Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 czerwca 2018

MORDOBICIE. WOJNA SUPERBOHATERÓW. MARVEL KONTRA DC, Reed Tucker



Gdy dowiedziałam się, że książka "Mordobicie" pojawi się w polskich księgarniach, wiedziałam, że trafi na listę tytułów, które muszę koniecznie przeczytać. Po części dlatego, że doskonale wpisuje się w moje zainteresowania, ale przede wszystkim dlatego, że od dawna chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o rywalizacji Marvela i DC, dwóch gigantach rynku komiksowego i wreszcie nadarzyła się ku temu okazja dzięki książce Reeda Tuckera, który zabiera czytelnika w podróż przez dziesięciolecia trwania konfliktu pomiędzy tą dwójką.

A zaczyna się on w roku 1961, gdy wydawnictwo DC Comics dominowało na rynku komiksów w Stanach Zjednoczonych, a jego flagowe postaci osiągnęły status ikon: Batman, Superman i Wonder Woman, wydawało się więc, że nikt i nic nie jest w stanie zagrozić pozycji lidera. Jakim więc zaskoczeniem było pojawienie się konkurencji w postaci niewielkiej (w porównaniu do DC) oficyny, która pierwszym numerem swej najnowszej serii "Fantastic Four" oferowała czytelnikom zupełnie nową jakość  - bohaterowie komiksów byli bardziej przyziemni, głównie za sprawą rangi emocji, które pozwalały odbiorcom identyfikować się z nimi. Przyzwyczajeni do przygód nieskazitelnego Supermana, który, powiedzmy sobie to szczerze, już wtedy był trochę drewniany i trywialne problemy śmiertelników były mu zupełnie obce, czytelnicy z zapałem sięgnęli po emocjonujące przygody całej gamy nowych superbohaterów, bardzo nowoczesne w swojej formie. Komiksy Marvela były powiewem świeżości - bardziej kolorowe, bardziej przebojowe, ze znakomitymi rysunkami i wciągającymi scenariuszami, a człowiekiem odpowiedzialnym za ten sukces był nie kto inny jak Stan Lee, niespełniony pisarz, dzięki któremu Marvel stał się marką, którą znamy dzisiaj.
DC niesłusznie zlekceważyło przeciwnika, uważając, że tak kultowych tytułów jak tych z wspomnianą wcześniej trójką nie można przebić, tymczasem Marvel szturmem podbił serca geeków i ich portfele, w dość krótkim czasie stając się zagrożeniem dla nieprzerwanej dominacji DC.

Od tamtego czasu dwójkę tę łączy specyficzna relacja. Jak wiemy dzisiaj, głównie dzięki sukcesom ekranizacji (z którymi początkowo tak łatwo nie było - to szczególnie ciekawy wątek w książce!) Marvel znajduje się na szczycie, a DC wciąż usiłuje dogonić rywala, to zbliżając się do niego, to ponosząc kolejne porażki, jednak na przestrzeni lat oba wydawnictwa wzajemnie się inspirowały (czytaj: zżynały od siebie) i wykształciły coś na kształt symbiozy, bowiem jak dowiadujemy się z historii, którą z takim zapałem opowiada nam Tucker, jedno bez drugiego istnieć na rynku nie może.

Książkę Tuckera czyta się lepiej od niejednego thrillera. Autor ma dar opowiadania, za pomocą którego zamienia lawinę nazw i nazwisk w emocjonującą lekturę, naprawdę momentami trzymającą w napięciu, ale jednocześnie lekką i zabawną, bo autor ma wiele dystansu do tego, o czym pisze i to czuć. Jest to jednocześnie pozycja, od której w sumie lepiej się nie odrywać, w przeciwnym razie można stracić wątek i chwilową orientację, kto z kim i dlaczego - to właśnie ten korowód imion może zawrócić w głowie - ale to moje jedyne zastrzeżenie. Niekończące się migracje rysowników, scenarzystów, postaci, tymczasowe sojusze pomiędzy wielkimi graczami w efekcie których dochodziło do kolaboracji, tzw. eventów, które budziły ogromne emocje wśród fanów, wojny podjazdowe, szpiedzy i zdrajcy - możliwość poznania lepiej kulisów powstawania imperium DC i Marvela dodatkowo uatrakcyjnia "Mordobicie" - bo to również kawał historii i widać, że autor dokładnie zapoznał się z materiałami na ten temat i wie o czym pisze, o czym świadczyć mogą choćby obszerne przypisy.

Jeżeli więc chociaż trochę interesuje was popkultura i świat komiksów lub ich ekranizacji - sięgajcie śmiało po książkę Tuckera - do jej przeczytania nie jest potrzebna dogłębna znajomość komiksów, wystarczy podstawowa wiedza na ich temat - nawet jeśli sprowadza się ona do imion najbardziej znanych superbohaterów typu Batman czy Spiderman. Rywalizacja dwóch tytanów, chociaż rozgrywająca się za pomocą ołówków i szpuli filmowych, okazuje się być historią, o której nie wiedzieliście, że potrzebujecie w swoim życiu: wciąga, bawi, edukuje i nie pozwala tak szybko o sobie zapomnieć. Zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.


A mowa o...
Mordobicie. Wojna superbohaterów. Marvel kontra DC, Reed Tucker, Agora, 18 kwietnia 2018r., tyt. oryg. Slugfest: Inside the Epic, 50-year Battle between Marvel and DC, przekład: Krzysztof Kurek, 480 stron

piątek, 4 maja 2018

ZADZIWIAJĄCY ŚWIAT PTAKÓW, Jim Robbins


Zajęci swoimi sprawami, ciągle w pośpiechu, mijamy je codziennie; przyzwyczajeni do ich obecności, nie poświęcamy im zbyt wiele uwagi. Nawet ich ćwierkanie, wkomponowane w miejskie hałasy, niekoniecznie robi na nas wrażenie. Większość z nas potrafi nazwać tylko te najpospolitsze gatunki, gdy tym czasem na całym świecie jest ich około 10 tysięcy. W dobie tanich linii lotniczych, gdy lot samolotem jest na wyciągnięcie ręki dla każdego z nas, przestaliśmy chyba trochę zazdrościć ptakom. Traktujemy je jako coś naturalnego, wpisanego w nasze środowisko tak jak i drzewa i krzewy, które otaczają nasze domy, ale czy nie straciliśmy czasem zdolności zachwycania się nimi? Co tak naprawdę wiemy o ptakach? Czy czasami nie zdarza nam się zapomnieć o tym jak fascynujące są te zwierzęta, tak genialnie obdarzone przez naturę? Wciąż dowiadujemy się o nich nowych rzeczy, wciąż są nas w stanie zainspirować i zaskakiwać.

Jim Robbins, dziennikarz piszący dla The New York Times i Conde Nast, zajmujący się tematami dotyczącymi nauki i problemów środowiska naturalnego, w swojej znakomitej książce "Zadziwiający Świat Ptaków" uświadamia nam jak wyjątkowymi stworzeniami jesteśmy otoczeni. Jest to lektura naprawdę niebanalna, będąca i owszem, zbiorem wiadomości o tych zwierzętach, ale napisana jest w sposób zachęcający do jej zgłębiania, przystępny, a jednocześnie sprawiający dużą satysfakcję bardziej wymagającym czytelnikom. Fascynację autora tematem czuć bardzo wyraźnie i w trakcie czytania udziela się ona czytającemu. Widać, że ptaki nie są mu obojętne i poprzez dzielenie się wiedzą na ich temat, stara się uczulić odbiorców swojej książki na wszelkie możliwe zagrożenia na jakie mogą być one wystawione za sprawą działań człowieka.
Kiedy przyglądam się niezwykłym ruchom kolibra i czuję jego maleńkie, drżące serce, uświadamiam sobie, że ptaki (nie tylko kolibry, ale wszyscy członkowie królestwa ptaków) ucieleśniają najbardziej kuszące aspekty natury. "Mało które stworzenie wydaje się tak pełne życia w każdej cząstce ciała - napisał poeta Saint-John Pearse. - Nawet w bezruchu stanowią kwintesencję witalności". Są naszą codzienną więzią z cudem natury, urzekają nas swoimi niebywałymi barwami, śpiewem, kształtami, rozmiarami i zdolnościami. Wołają do nas z innego czasu, wydobywają głęboko ukryte wspomnienia naszej ewolucyjnej przeszłości i przypominają naszą odległą historię, kiedy żyliśmy w środowisku naturalnym. No i rzecz jasna symbolizują ludzką tęsknotę za lataniem. "Kto raz zazna latania - napisał Leonardo - zawsze już będzie chodzić po ziemi z oczami wpatrzonymi w przestworza, w których był i do których zawsze będzie pragnął wrócić".*
Jest to przede wszystkim pozycja, w której znajdziemy mnóstwo ciekawostek i informacji, podzielonych tematycznie na cztery części. Każda z nich składa się z rozdziałów, które łączy jedna myśl przewodnia, jeden konkretny aspekt ptasiego funkcjonowania, czy to w środowisku, czy też mający związek z ptasią fizjonomią. Dowiedzieć możemy się na przykład: co wspólnego z dinozaurami mają ptaki - odpowiedź naprawdę zaskakuje!, że kury były i nadal są czczone w wielu kulturach na świecie, a to co robi z tymi ptakami przemysł żywieniowy to czysta abominacja. Znajdziemy rozdział w całości poświęcony ptasiemu guano, który śmiało można nazwać odą do ptasich odchodów - tak cudowne właściwości ma nawóz pochodzący od pierzastych przyjaciół. Jest także rozdział, w którym czytelnicy dowiedzą się, że powiedzenie "ptasi móżdżek" stopniowo traci na swym obraźliwym charakterze, bowiem pojawia się coraz to więcej dowodów na podobieństwo budowy mózgu ptasiego i człowieczego. Jednym słowem: ptaki zachwycają i zaskakują tutaj na każdym kroku, niezależnie od tego, czy są to gatunki dziko żyjące, czy też może tuż obok nas, w centrach wielkich miast, tak jak gołębie:
Gołębie są idealnym przedmiotem badań dla geografa zwierząt. Występują na każdym kontynencie oprócz Antarktydy i żyją w miejscach, w których nie ma wielu innych ptaków, wypełniając centra miast na całym świecie swoim miękkim gruchaniem i trzepotem skrzydeł przy podrywaniu się do lotu. Jakie byłyby wielkie miasta świata bez tych wszechobecnych stad? Z pewnością czystsze, ale niemal zupełnie pozbawione pozaludzkiego życia. Stado wzbijających się jednocześnie gołębi odrywa nasz wzrok od zatłoczonych i hałaśliwych ulic, od cieni budynków, i kieruje go ku słonecznemu niebu. Przypomina o naturalnym świecie, który istnieje poza ruchliwym, nadmiernie skoncentrowanym życiem miejskim.**
Warto więc sięgnąć po książkę Robbinsa, nie tylko po to aby przeczytać znakomitą, bogatą w informacje publikację, ale aby dać się zarazić tą pasją, jaką pała autor i samemu zacząć patrzeć inaczej, uważniej na otaczające nas środowisko. Warto więc mieć na uwadze tę pozycję, niezależnie od pory roku i zainteresowań, bo pod piękną oprawą graficzną kryje się naprawdę wspaniała treść, która uświadamia jak wiele mamy wspólnego z ptakami i jak wiele czasami im zawdzięczamy.


* Zadziwiający świat ptaków, Jim Robbins, str 48
**Tamże, str 311
A mowa o...

Zadziwiający świat ptaków. Co ptaki śpiewają o nas samych, Jim Robbins, Feeria Science, 4 kwietnia 2018r., tyt. oryg.: The Wonder of Birds: What They Tell Us about Ourselves, the World, and a Better Future, przekład: Anna Binder, 400 stron

poniedziałek, 12 marca 2018

ELEGIA DLA BIDOKÓW, J.D.Vance



Książka Vance'a jest ciekawym portretem tej części społeczeństwa amerykańskiego, o której w Polsce wiemy stosunkowo niewiele. Hillbillies, czyli biali mieszkańcy rolniczych terenów amerykańskiego Południa, lub, jak w przypadku autora, górskiego obszaru Appalachów, w kulturze zazwyczaj przedstawiani są, oczywiście stereotypowo, jako ludzie o kiepskim stanie uzębienia, chodzący na co dzień w słomkowym kapeluszu, boso, w powyciąganych łachach, które skądś wygrzebali albo dostali z drugiej, trzeciej, a nierzadko czwartej ręki; oczywiście, zgodnie z tym stereotypem nie posiadają żadnych ambicji w życiu poza pędzeniem bimbru, graniem na banjo i jeżdżeniem po okolicy rozklekotaną półciężarówką. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, wygląda nieco inaczej. Warto jeszcze wspomnieć, że przy okazji zgłębiania tematu okazało się, że słowa hillbilly i redneck jednak nie zawsze mogą być stosowane zamiennie, chociaż ich wydźwięk jest podobny (tutaj link dla zainteresowanych do strony po angielsku, ładne i konkretne wyjaśnienie subtelnej różnicy bez uciekania się do tanich żartów takich jak ten, że hillbilly, w przeciwieństwie do rednecka, nie sypia ze swoją siostrą).

Kim jest autor? J.D. Vance to zaledwie trzydziestoletni prawnik, wywodzący się z bidoków z Ohio, człowiek dumny ze swego pochodzenia, a jednocześnie chlubny przykład na to, że pomimo niesprzyjających warunków, czyli, jak w przypadku autora - biedy i patologii w domu rodzinnym, wciąż można zdobyć wyższe wykształcenie i osiągnąć w życiu sukces. "Elegia dla bidoków" jest zarazem osobistą opowieścią o burzliwym i trudnym dzieciństwie i dorastaniu w cieniu matki-narkomanki, jak i hołdem dla twardych ludzi, jakimi byli jego dziadkowie, którzy wpoili mu najważniejsze wartości. Podczas gdy matka Vance'a uzależniała się od coraz to innego narkotyku, a  w jej życiu pojawiał się co jakiś czas nowy mężczyzna, on sam będąc dzieckiem, a potem już nastolatkiem, zawsze mógł liczyć na wsparcie Memaw i Pepaw, czyli babci i dziadka, którzy widząc upadek córki, chcieli uchronić wnuka od takiego samego losu. W środowisku, w którym żyli, ludzi niezamożnych, najczęściej bezrobotnych, polegających częściej na zasiłkach niż na własnych możliwościach zarobkowych, uzależnionych od alkoholu i narkotyków, tylko odpowiednia dyscyplina i motywacja mogła odnieść skutek, a na szczęście dziadkowie nie szczędzili młodemu Vance'owi ani jednego, ani drugiego. I to właśnie oni stoją na piedestale w jego opowieści, która jest swoistym hołdem ku ich pamięci. Wspominając ich, autor nie upiększa niczego, nie cofa się przed przywołaniem ich niechlubnych występków i zachowań, bo jako bidoki z pokolenia na pokolenie, mieli ich całkiem sporo. Przy czym warto wspomnieć, że Memaw nie jest tutaj typową babcią, która robi na drutach i piecze ciasto - to kobieta o złotym sercu, ale i niewyparzonym języku, nie przywiązująca uwagi do społecznych konwenansów, stojąca, w myśl zasady, która przyświeca każdemu bidokowi, murem za swoją rodziną. Gdyby ta solidarność wymagała od niej użycia przemocy czy też nawet pozbawienia kogoś życia w imię honoru rodziny, bez mrugnięcia okiem posunęłaby się do najgorszego; w przypadku autora na szczęście skończyło się na uświadomieniu jak istotne jest, aby skupił się na zdobywaniu wykształcenia.

Dla mnie "Elegia" nie jest jednak manifestem politycznym, nie widzę w niej odniesień do kampanii prezydenckiej, według mnie wcale nie zawiera odpowiedzi na pytanie, dlaczego właśnie Trump wygrał kampanię. To co widzę na pewno, to obraz społeczeństwa popadającego w coraz większy marazm i jego postępujący rozpad. Vance, dzisiaj bardziej jako obserwator, był niegdyś jego częścią, więc wszystkie jego spostrzeżenia są jak najbardziej wiarygodne, o lepszą perspektywę nie można prosić. Powrót w rodzinne strony przynosi gorzką refleksję nad przyszłością tych ludzi, którzy wydają się być pozostawieni na pastwę losu. Zamykane zakłady pracy, szkodliwa gorliwość państwa w wypłacaniu zasiłków, które rozleniwiły i zamiast stać się sposobem na przeżycie, stały się sposobem na życie, ale najbardziej przeraża niechęć rządu do podjęcia jakichkolwiek działań w celu poprawienia tej sytuacji i przywrócenia równowagi w tym środowisku.

To, co rzuciło mi się w oczy, to kilkakrotne stwierdzenie autora na przestrzeni książki jakoby bidoki, czyli biała klasa robotnicza Appalachów i wyżyny Ozarks, znajdowały się w najgorszej sytuacji ze wszystkich grup społecznych w Stanach. Wliczając w to również osoby czarnoskóre. Jest to bardzo odważna spekulacja, nie poparta żadnymi konkretnymi badaniami, bardzo ryzykowna dla osoby, która decyduje się na wypowiadanie podobnych założeń. Lokalny patriotyzm jest w autorze silny, brawo, ale wobec nastrojów jakie panują obecnie na świecie, a już chyba najbardziej w USA, gdzie powstał ruch Black Lives Matter, gdzie po dziś dzień widoczne są skutki niewolnictwa i segregacji rasowej, wypadałoby jednak wykazać się większym rozsądkiem. Vance szkodzi w ten sposób nie tylko sobie, ale i swoim pobratymcom, którzy, nomen omen, w Stanach mają łatkę rasistów. Stawianie ich ponad ludzi, którzy codziennie muszą walczyć z mniej lub bardziej widocznymi oznakami nietolerancji na tle rasowym, każe się zastanowić, czy jest to zwykła nierozwaga ze strony autora, czy kryje się za tym coś więcej.

Dla tych, którzy nie szukają w "Elegii" wielkiej polityki, książka ta będzie idealnym pretekstem, aby poznać Stany Zjednoczone bez upiększeń, bez photoshopa, pozwoli zajrzeć tam, gdzie niechętnie zaprasza się obcych. Jest to interesujące studium biedy i tego, jak w patologicznym niemal środowisku, można znaleźć motywację i siłę, aby się z niego wyrwać, a największym atutem książki są autentyczność i dystans autora do opowiadanej przez siebie historii własnej rodziny. Ciekawa pozycja, naprawdę warto się z nią zapoznać.

A mowa o...

Elegia dla bidoków, J.D. Vance, wyd. Marginesy,15 lutego 2018r., tyt. oryg. "Hillbilly Elegy", przekład: Tomasz S. Gałązka, 304 strony

Szczerze mówiąc, gdy myślę o bidokach, zawsze przypomina mi się film braci Coen "Bracie, gdzie jesteś?", który serdecznie polecam, zresztą jak każdy film braci Coen.



czwartek, 18 stycznia 2018

TO JEST NAPAD! CZYLI KAWAŁEK NIEZNANEJ HISTORII AMERYKI, Marek Wałkuski



Charakterystyczna scena: uzbrojeni po zęby ludzie w kominiarkach wbiegają do banku, terroryzują kasjerów i klientów bronią, ładują jak najwięcej pieniędzy w wielkie worki, po czym znikają równie prędko jak się pojawili. Taki klasyczny obrazek z filmu kojarzy prawie każdy, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie określić, jaki to był konkretnie film i kiedy go widzieliśmy, niezaprzeczalnie jednak jest to uproszczony schemat napadu na bank, jaki funkcjonuje w naszych wyobrażeniach. Jednak w rzeczywistości, ile napadów na bank, tyle indywidualnych scenariuszy, o czym przekonuje nas dziennikarz radiowej Trójki, Marek Wałkuski, od dziesięciu przeszło lat relacjonujący na antenie radia anegdoty związane z mniej lub bardziej udanymi rabunkami mającymi miejsce w Stanach Zjednoczonych, kolebce napadów na bank. Po przeczytaniu jego książki, "To jest napad!", trudno nie oprzeć się wrażeniu, że stały się one wręcz tradycją narodową tego kraju.

Z raportów FBI wynika, że najwięcej skoków na banki ma miejsce w piątek. Najpopularniejsza pora dnia to godziny przedpołudniowe - od 9 do 11 rano. Położenie banku nie ma znaczenia. Równie często rabowane są banki w dużych aglomeracjach, jak i te na przedmieściach czy w małych miasteczkach. Wbrew temu co pokazuje się w filmach, napady na banki mają zazwyczaj spokojny przebieg. Choć w większości przypadków sprawcy demonstrują broń albo udają, że ją posiadają,  to tylko w jednym na 35 napadów dochodzi do użycia przemocy. W 2016 roku w ponad 4200 napadach obrażenia odniosły jedynie 43 osoby. W wielu przypadkach byli to sami sprawcy, którzy podczas ucieczki spowodowali wypadki samochodowe lub zostali postrzeleni przez policjantów. W 2016 roku podczas napadów na banki zginęło osiem osób, w tym siedmiu rabusiów.
Obok anegdotek znajdziemy również całkiem poważne informacje, autor przybliża nam bowiem historię banków, broni, pieniędzy, jak pracuje policja i FBI, czyli wszystko to, co związane jest z tematem przewodnim książki. Obserwując, jak zmieniał się charakter banków, rodzaj i dostępność broni, a także jak na przestrzeni lat ewoluował scenariusz samego napadu, kto go dokonywał kiedyś, a kto obecnie, możemy wiele dowiedzieć się o samych Stanach Zjednoczonych, wiele nam to mówi o tym jakie zmiany zaszły w społeczeństwie w ciągu tych kilku stuleci. Sporą część poświęcono słynnym napadom i rabusiom, którymi ekscytowały się media i zafascynowani byli postronni obserwatorzy, a ich życie i wszelkie działania poza prawem obrosły w legendę. Ludzie ci znaleźli swoje miejsce w kulturze jako niepokorni buntownicy wyłamujący się z systemu, żyjący na krawędzi, do dzisiaj wszakże stanowią symbol rebelii - dość wspomnieć film z Bradem Pittem, który wcielił się w rolę Jessie James'a czy też choćby odwołania do Bonnie i Clyde'a w piosenkach Beyonce i Jay-Z.

To jest jedna z tych książek, podczas czytania których nie jestem w stanie usiedzieć na miejscu, ale koniecznie muszę podzielić się dopiero co przeczytanym fragmentem z całym światem, ewentualnie z moim mężem, gdyż to właśnie on, nieszczęsny, przeważnie jest na podorędziu. Bombarduję go wówczas serią zdań rozpoczynających się od: "A czy wiesz/wiedziałeś, że..." lub "Słuchaj, to jest dobre...". "To właśnie napad!" jest ogromną skarbnicą wiedzy na temat nie tylko samych napadów, ale i historii i kultury samych Stanów Zjednoczonych. Jestem pełna podziwu dla autora, jak lekko i przystępnie, wręcz w gawędziarskim tonie prowadzi czytelnika przez meandry historii, nie nudząc, ale bawiąc. 

A oto jedna z moich ulubionych anegdot mówiąca o tym, że nie każdy, kto napada na bank, robi to kierowany żądzą natychmiastowego wzbogacenia się:
(..) Zrozumienia u sędziego nie znalazł natomiast siedemdziesięcioletni Lawrence Ripple z Kansas City, który chciał iść do więzienia, ponieważ nie mógł wytrzymać nieustających kłótni z żoną. Gdy we wrześniu 2016 roku po raz kolejny zaczęła się na niego wydzierać z powodu nie naprawionej pralki, wziął długopis i kartkę, napisał coś na niej i wyszedł z domu, zapowiadając, że woli zgnić za kratami, niż z nią żyć. Kilka minut później wszedł do banku i podał kasjerowi kartkę z tekstem: "Mam pistolet . Daj mi wszystkie pieniądze". Gdy otrzymał plik banknotów, siadł na podłodze w korytarzu i wdał się w pogawędkę z bankowym strażnikiem. Po aresztowaniu opowiedział agentom FBI, jaką to zołzę poślubił, i wyjaśnił, że nie mógł wytrzymać ciągłych awantur. Sędzia Carlos Murguia nie posłał jednak Ripple'a do więzienia, tylko wymierzył wyrok pół roku... aresztu domowego.
Książkę serdecznie polecam każdemu, niezależnie od wieku, płci czy zainteresowań - podczas czytania zawsze staram się być obiektywna i zwracać uwagę na wady i zalety mojej aktualnej lektury, a tutaj nie jestem w stanie do niczego się przyczepić. Jest napisana bardzo przystępnie, gawędziarsko, widać duże poczucie humoru autora i naprawdę wiele można się z niej dowiedzieć, nie tylko o samych rabunkach, ale też o kulturze i historii Stanów Zjednoczonych. I jeszcze do tego tak pięknie wydana, że czytanie jej jest czystą przyjemnością - oprawa miękka, ale jednocześnie dość sztywna, aby dać komfort trzymania, gładki, "śliski", jak ja to nazywam po laicku, papier, dużo zdjęć i ilustracji. Może lepiej nie używać zawartych tutaj anegdot i wiadomości do planowania idealnego napadu na bank, ale przeczytać tę książkę naprawdę warto.

A mowa o...

To jest napad!Czyli kawałek nieznanej historii Ameryki, Marrek Wałkuski, wyd. Editio, 25 października 2017r., 336 stron

środa, 8 listopada 2017

IKIGAI, Ken Mogi


Zacznijmy od tego, że trwający obecnie trend na poradniki podpowiadające jak na przykładzie nawyków mieszkańców innego państwa osiągnąć szczęście, przez długi czas mnie nie ruszał. Jako mama dwóch małych ruchliwych dziewczynek, wiem, czego potrzebuję, aby osiągnąć ten rodzaj zadowolenia, o który się rozchodzi na kartach tych pięknie wydanych książek - jestem najszczęśliwsza, kiedy mam przy sobie moją rodzinę, a drugi taki moment następuje, kiedy wszyscy oni idą sobie grzecznie spać i mam czas dla siebie, który przeważnie i tak oznacza zaśnięcie nad książką, ale hej, przez pół godziny będzie hygge, czy inaczej nazywająca się filozofia, brzmiąca jak nazwa mebla rodem z Ikei. Zgódźmy się, że jestem raczej sceptycznie nastawiona do tego typu literatury, bo wierzę, że mówi ona z reguły o sprawach bardzo oczywistych, w bardzo specyficzny sposób - książki te zachwycają oprawą graficzną, wizualnie z pewnością dostarczają wielu pozytywnych wrażeń, jednak tutaj kończy się ich funkcjonalność, prędzej posłużą jako album do przeglądania niż wartościowe źródło informacji. Skąd więc u mnie zachwyt  książką, która teoretycznie wpisuje się w tę modę? Bo "Ikigai" jest czymś innym i wielka chwała mu za to.

Zanim przejdziemy do wyjaśnień, co to właściwie takiego, wyznam jeszcze, że nic mnie tak nie drażni jak forma, którą mają poradniki. Wstęp, w którym autor na pięćdziesięciu stronach przekonuje czytelnika jak cudowną książkę trzyma w rękach i jak bardzo pomoże mu ona zmienić życie, a potem kolejne rozdziały w których autor jakby zapomina o istnieniu wstępu i znowu tłumaczy czytelnikowi, że czytana właśnie książka zaraz, już za moment dokona rewolucji w jego życiu, a potem nie wiadomo kiedy pojawia się strona końcowa. Na szczęście w przypadku "Ikigai" nie ma z tym problemu, to nie jest standardowy poradnik, ale bardziej przewodnik po tej filozofii, "odkrywcza wyprawa" jak mówi sam autor, japoński neurobiolog wykładający w Tokyo Institute of Technology, i ma rację. Ta niewielka książeczka przedstawia jak w Japonii ikigai wcielane jest w życie i na czym ono polega.

Ikigai to wywodząca się właśnie z  Japonii filozofia opierająca się na pięciu filarach: zaczynanie od rzeczy małych, uwalnianie siebie, harmonia i trwanie, drobne przyjemności i tu i teraz. "Nie wykluczają się wzajemnie, nie wymagają wyrzeczeń, a jeden nie jest ważniejszy od drugiego. Są jednak nieodzowne dla zrozumienia ikigai.(...)"* Samo ikigai tłumaczy się jako "powód, dla którego chcesz wstać z łóżka", mnie zaś wstawanie przychodzi ciężko, więc po cichu liczyłam, że dowiem się, jak pokonać lenia porannego i zacznę wstawać bladym świtem rześka i szczęśliwa mimo przespania tylko kilku godzin. Oczywiście, niewiele się zmieniło pod tym względem, ale choć brutalna rzeczywistość każe mi porzucać ukochane leże, robię to trochę bardziej świadomie. Wiem, że zaraz wstawię wodę na herbatę, którą będę mogła się podelektować, może dodatkowo do pysznego śniadania dorzucę kostkę gorzkiej czekolady na osłodę, może nawet będą trzy kostki, ale z pewnością poprawi mi to nastrój. I wiem, że jutrzejszy poranek nie będzie gorszy, bo chociaż wstanę wcześniej niż reszta Polaków, to będę miała dodatkowe pół godziny na zrobienie gorącej czekolady, do której dorzucę pianki i bitą śmietanę. To jest ikigai. To, że od czasu do czasu coś napiszę i opublikuję na blogu też jest ikigai - bo robię coś dla siebie, coś co sprawia mi radość. Fajnie, jeśli znajdzie się ktoś, kto to doceni, ale liczy się przede wszystkim moje zadowolenie.

Ale mój ulubiony przykład na stosowanie ikigai na zdecydowanie większą skalę pochodzi właśnie z książki Kena Mogi i świadczy jednocześnie o tym, jaka ona jest cudowna. A mianowicie chodzi o cykliczną renowację świątyni Ise, jednej z najważniejszych instytucji religii shinto, uważanej za najświętszej miejsc kultu religijnego.
"Co dwadzieścia lat Wewnętrzne i Zewnętrzne chramy są ostrożnie rozbierane, po czym w nowym miejscu powstaje kolejny, dokładnie taki sam budynek, wznoszony ze świeżego drewna. Obecna siedziba pochodzi z 2013 roku, a kolejna odbudowa odbędzie się w 2033 roku. Zachowane świadectwa pokazują, że taka rekonstrukcja odbywa się przez ostatnich 1200 lat, a odstępstwa zdarzały się tylko wtedy, gdy toczyły się walki lub trwały niepokoje społeczne. Aby nowa świątynia była dokładnym odwzorowaniem poprzedniej, niezbędne są staranne przygotowania. Na przykład hinoki (cyprysik japoński) to drzewo, które trzeba sadzić z kilkudziesięcioletnim wyprzedzeniem, by wykorzystać bale podczas przebudowy. Żeby ich nie zabrakło, w całej Japonii znajdują się rezerwaty hinoki przeznaczonych na potrzeby świątyni. Niektóre bale muszą mieć określone wymiary, co zapewniają tylko drzewa rosnące ponad 200 lat.(...)"**
Jestem pod ogromnym wrażeniem - zachwyca mnie ta dokładność, dbanie o szczegóły, wybieganie tak bardzo w przyszłość z planowaniem, aby w następnym pokoleniu nie zabrakło odpowiednich budulców do odtworzenia świątyni. Zachwyca również sumienność i odpowiedzialność ludzi, którzy pracując w kompleksie świątynnym są częścią mechanizmu o przeszło tysiącletniej tradycji, dzięki któremu miejsce to trwa niezmiennie w harmonii od tylu wieków, wpisując się jednocześnie mocno w założenia ikigai. Jest to najbardziej imponujący przykład funkcjonowania tej filozofii w kulturze japońskiej, ale nie jedyny w książce. Takich smaczków jest zdecydowanie więcej i to pochodzących z różnych dziedzin życia, np. gastronomii, sumo czy ze środowiska fanów mangi i anime.

Brak nachalności typowej dla poradników, mnogość informacji na temat życia i kultury w Japonii, lekki i niespieszny ton, którym autor snuje swoją opowieść, stanowią o sile tej niewielkiej i dość niepozornej książeczki. Czy warto po nią sięgnąć? Nasze problemy po jej przeczytaniu nie przestaną magicznie istnieć i nie staniemy się z miejsca najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. Ale pomijając jej wartość edukacyjną, bo naprawdę można dzięki niej poznać odrobinę lepiej ten fascynujący kraj jakim jest Japonia, to myślę, że społeczeństwu, które ma status jednego z najbardziej długowiecznych na świecie, można okazać trochę zaufania.


Ikigai. Japońska sztuka szczęścia, Ken Mogi, wydawnictwo Wielka Litera, 11 października 2017, tyt. oryg. The Little Book of Ikigai, przekład: Małgorzata Maruszkin, 208 stron

Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Wielka Litera.


*   Ken Mogi, Ikigai, wy. Wielka Litera, str 7
** Tamże, str 117-118