Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
piątek, 29 czerwca 2018
TYSIĄC WSPANIAŁYCH SŁOŃC, Khaled Hosseini
W debiutanckim "Chłopcu z latawcem" Khaled Hosseini prezentował głównie bohaterów płci męskiej i co za tym idzie, męski punkt widzenia - mało tam było kobiecych postaci, mało o życiu kobiet w Afganistanie. Cieszy mnie więc, że autor zdecydował się poświęcić im całą swą drugą powieść i bez zbędnego upiększania pokazuje jak trudny jest ich los. Bo w rzeczywistości jest wręcz fatalny - prawa kobiet są przestrzegane w niewielkim stopniu, a jak pokazują rozmaite raporty międzynarodowych organizacji pozarządowych, ich sytuacja jest najgorsza w świecie.
poniedziałek, 25 czerwca 2018
CHŁOPIEC Z LATAWCEM, Khaled Hosseini
Wierzę, że są takie książki, które mogą nami wstrząsnąć i zmienić nasz sposób myślenia na świat i na życie, ale stawiają nam pewien wymóg: musimy być na nie gotowi. Czas, gdy po nie sięgamy, musi być ku temu odpowiedni. Gdy zrobimy to w złym momencie - cała mądrość w niej zawarta może nam umknąć, możemy jej nie zrozumieć i nie docenić odpowiednio. Może to nawet oznaczać, że książka musi na nas poczekać kilka lat - lub jeśli spojrzymy z innej perspektywy, my na książkę - ale przez ten czas dojrzewamy do tego, co najlepszego ma nam do zaoferowania. Tak właśnie jest ze mną i twórczością Khaleda Hosseiniego. O tym, że "Chłopiec z latawcem" jest wart przeczytania wiedziałam już od dawna, widziałam go na wielu listach najlepszych książek, słyszałam wiele zachwytów, jednak literatura, a raczej generalnie kultura Bliskiego i Środkowego Wschodu nigdy nie wydawała mi się na tyle pociągająca, by sięgać po książkę Hosseiniego. Musiały minąć ponad dwie dekady od ukazania się książki, abym do niej dojrzała - ale warto było dać sobie tyle czasu. Będąc po lekturze zarówno "Chłopca z latawcem" jak i "Tysiąca wspaniałych słońc" mogę zdecydowanie powiedzieć, że będą to książki, które zostaną ze mną na długo, a Hosseini trafił do czołówki moich ulubionych autorów.
Ta przetłumaczona na 42 języki i wydana w 38 krajach pozycja, początkowo miała ukazać się tylko w formie opowiadania. Historia dwóch chłopców puszczających latawce w Kabulu została zainspirowana w 1999 roku przez wiadomość, że w rodzinnym kraju autora, Afganistanie, Talibowie zakazali właśnie tej rozrywki. Na Hosseinim, który co prawda opuścił ojczyznę w wieku jedenastu lat, ale jako dziecko biegał z latawcem tak jak wielu afgańskich chłopców, informacja ta zrobiła tak ogromne wrażenie, że postanowił uczynić ją przedmiotem swego opowiadania. Odrzucone przez redakcje Esquire i The New Yorkera trafiło do szuflady na dwa lata - odkrywszy je ponownie w 2001 roku, autor postanowił stworzyć na jego podstawie książkę. Tym razem jego twórczość spotkała się z zainteresowaniem wydawców, na co wpływ mogła mieć m.in. sytuacja polityczna po atakach na WTC we wrześniu 2001 i wkroczenie Amerykanów do Afganistanu - i w maju 2003 roku "Chłopiec z latawcem" trafił na półki księgarń.
W książce znajdziemy kilka istotnych wątków, tym głównym jest jednak relacja dwóch chłopców, Amira i Hasana, i to jaki wpływ miała na całe ich dorosłe życie. Chociaż wychowywali się razem i byli towarzyszami zabaw, dzieliła ich przepaść społeczna ("Mieszkaliśmy w tym samym domu, ale w zupełnie innych kręgach istnienia"). Wywodzący się z bogatej i szanowanej rodziny Amir pobierał edukację i cieszył się różnymi luksusami i przywilejami, które były zupełnie poza zasięgiem jego kolegi. W tym samym czasie Hasan, z pochodzenia Hazar, członek mniejszości narodowej prześladowanej przez Pasztunów, wraz z ojcem pracujący w domu Amira jako służący, doświadczał licznych upokorzeń ze strony swych rówieśników, tym dokuczliwszych, im starsi się stawali. Związek tych dwóch był niejednoznaczny. Nie był to rodzaj przyjaźni, w której obie strony były równie zaangażowane i dawały z siebie po równo - bezinteresowne oddanie ubogiego chłopca, jego przywiązanie i miłość początkowo łaskawie przyjmowane przez Amira, z czasem zaczęły mu ciążyć, zwłaszcza gdy doszło do wydarzenia, które zaważyło na całej ich przyszłości, gdzie Amir zamiast obronić swego towarzysza przed krzywdą z rąk chuliganów, wybrał tchórzostwo. Odtąd obecność Hasana przypominała mu o słabości, jaką się wykazał, niegodnego postępowania, które mogłoby jeszcze bardziej narazić go na dezaprobatę ojca. W wyniku tego zdarzenia Amir odsuwa od siebie Hasana, a w rezultacie mały Hazar znika z jego życia na zawsze. Z konsekwencjami swoich czynów Amir będzie musiał mierzyć się przez całe swoje dorosłe życie, zawsze gdzieś w podświadomości będzie przeświadczony, że jest złym człowiekiem, który nie zasługuje na dobre życie. Dlatego gdy pojawi się szansa na odkupienie swoich win, chwyci jej się mocno.
Poczucia winy jest sporo w "Chłopcu..." Spowodowane jest nie tylko zdradą wobec towarzysza lat dziecięcych, ale także wobec własnej ojczyzny, którą Amir opuszcza na kilka dekad, pozostawiając za sobą przyjaciół i krewnych. Powrót do Afganistanu po latach okazuje się wstrząsającym przeżyciem, bowiem to, co zastaje to kupa gruzu i ludzi, którzy usiłują przeżyć pomimo restrykcyjnego rządu Talibów i wszechobecnej przemocy - widok tak odmienny od tego hołubionego w myślach. Podczas gdy on wiódł spokojne i bezpieczne życie za oceanem, Talibów oglądając jedynie na ekranie telewizora, tu na miejscu każdego dnia dochodziło do tragedii. Bezsilność, gniew i wyrzuty sumienia to emocje, które towarzyszą mu podczas odkrywania na nowo Kabulu. Jednak to właśnie powrót w rodzinne strony i konfrontacja z przeszłością stają się punktem zwrotnym dla bohatera - w momencie, gdy przestaje uciekać przed swoimi demonami i bierze sprawy w swoje ręce, w miejsce nieustającego poczucia porażki pojawia się uczucie spełnienia. I to właśnie jest główne przesłanie "Chłopca z latawcem" - przebaczenie jest możliwe. Chociaż czas nie wymaże dawnych grzechów, możemy mieć wpływ na przyszłość, nasze dobre uczynki są w stanie chociaż trochę zniwelować uczynione przez nas zło. "Znowu można być dobrym" słyszy Amir. Póki żyjesz, jesteś w stanie jeszcze wiele zmienić, jeśli tylko sobie na to pozwolisz.
Wielką siłą książki są motywy, które autor wkomponował w swoją powieść: przyjaźń, zdrada, wina, odkupienie, niełatwa miłość pomiędzy ojcem a synem, prześladowanie na tle rasowym. Zręcznie połączone przez autora, układają się w całość, która wzbudza w czytającym wiele uczuć, nie ocierając się przy tym o tanią emocjonalność. Poruszane problemy, chociaż wkomponowane w historię bohaterów pochodzących z Afganistanu i wyznających islam, są uniwersalne dla ludzi na całym świecie i każdy może się do nich odnieść. Jednocześnie autorowi udało się oddać niepowtarzalny klimat swojej ojczyzny i jest to zdecydowanie jedna z moich ulubionych cech tych dwóch dotychczas przeczytanych przeze mnie książek Hosseiniego, ta wyczuwalna obecność niemego bohatera jakim jest Afganistan, Kabul w szczególności. Targane konfliktami państwo, przechodzące z rąk do rąk, miejsce rozlewu krwi, głównie niewinnych ludzi, niegdyś tętniące życiem, pełne historii i kultury, zaś w momencie, gdy u władzy byli Talibowie - ruina, składowisko gruzów, wśród których ludzie usiłują zachować pozory normalności, a wielu z nich nie pamięta lub też nie zna życia innego niż to, w które wkomponowany jest huk spadających na domy pocisków.
Pytanie, które zazwyczaj stawiam sobie podczas czytania każdej książki, to czy jej przesłanie jest wciąż aktualne i czy będzie takie za lat dziesięć, dwadzieścia, sto - czy przetrwa próbę czasu. W przypadku "Chłopca z latawcem" odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca. "Chłopiec..." nie prędko straci swą moc poruszania czytelników na całym świecie i na długo pozostanie w gronie najbardziej wartościowych książek. A wracając do wstępu, w którym napisałam, że książka jest w stanie zmienić światopogląd czytającego: tak, Hosseini zmienił mój sposób patrzenia na region, który opisuje: umiejscowił go mapie mojej świadomości i zaludnił ludźmi takimi jak ja i moi bliscy, ludźmi, którzy pragną jedynie spokojnie cieszyć się swoją bliskością, a pozbawieni są tego luksusu. I dzięki temu właśnie "Chłopiec z latawcem" jest jedną z najlepszych i najważniejszych książek, które ostatnimi czasy przeczytałam.
A mowa o...
![]() |
| Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini, Wyd. Albatros, 18 maja 2018 roku, tyt. oryg. The Kite Runner, przekład: Maria Olejniczak-Skarsgard, 416 stron |
![]() |
| Książka na stronie wydawnictwa |
poniedziałek, 18 czerwca 2018
VATERLAND, Robert Harris
Jest rok 1964 i Niemcy przygotowują się właśnie do obchodów siedemdziesiątych piątych urodzin...Adolfa Hitlera, na których ma pojawić się sam prezydent Stanów Zjednoczonych, Joseph P. Kennedy, ojciec Johna F. Kennedy 'ego. Brzmi dziwnie i niepokojąco, prawda? Taka właśnie jest wizja Roberta Harrisa, twórcy światowych bestsellerów takich jak "Pompeje", "Monachium" czy "Autor widmo", specyficznych thrillerów, w których autor nawiązuje do autentycznych wydarzeń z historii i polityki. W "Vaterlandzie" Harris bierze na tapet drugą wojnę światową, a konkretnie nazistowskie Niemcy i stawia pytanie: jak potoczyłyby się losy świata, gdyby to Hitlerowi udałoby się wygrać wojnę?
Do roku 1942 bieg historii u Harrisa jest identyczny z tym, który znamy, potem jednak zaczyna się horror. Oto bowiem Naziści dowiadują się, że Brytyjczykom udało się rozszyfrować Enigmę i od tej chwili wydarzenia rozgrywają się na korzyść Niemiec. Inwazja na Normandię nie ma w ogóle miejsca, za to Wielka Brytania podpisuje w 1944 roku traktat pokojowy, a rodzina królewska ucieka do Kanady. Traktat podpisują również Stany Zjednoczone w 1946 roku. zaraz po tym, jak nad Nowym Jorkiem wybucha nieuzbrojona rakieta, będąca demonstracją niemieckich możliwości. A ponieważ Stanom udaje się pokonać w tym samym roku Japonię, to właśnie te dwa państwa stają się światowymi superpotęgami połączonymi kruchym, ale jednak sojuszem. Przyczajona na wschodzie Rosja teoretycznie została podbita podczas drugiego podejścia Niemców (pierwsze, zgodnie z tym co wiemy i dzisiaj, zakończyło się niepowodzeniem), kiedy to udało się odciąć armii rosyjskiej dostawy ropy, jednak pomimo formalnego aktu kapitulacji, nieprzerwanie od dwudziestu lat Rosjanie toczą wojnę partyzancką.
Jak w tym wszystkim ma się kwestia Holocaustu? To właśnie zagłada Żydów jest najpilniej strzeżonym sekretem przez Nazistów sekretem, który ujawniony mógłby zmienić obecną sytuację polityczną: świat bowiem ciągle nie wie nic o obozach, o pociągach, którymi zwożono setki tysięcy ludzi, po to, by ich zgładzić w jak najbardziej efektywny sposób. Chociaż chodzą na temat zniknięcia Żydów różne pogłoski, nikt naprawdę nie zdaje sobie sprawy z rozmiaru eksterminacji, do której posunął się Hitler wraz ze swoimi ludźmi. W samych Niemczech ludzie lokowani są w mieszkaniach i lokalach, które niegdyś należały właśnie do Żydów - większość nie poddaje nigdy w wątpliwość co też mogło się stać z poprzednimi właścicielami, biernie podporządkowując się woli państwa w myśl zasady, iż wie ono najlepiej co dobre dla swoich obywateli. Zniknięcie z powierzchni Ziemi kilku milionów ludzi przeszło zatem niemal nie zauważone, a jego sprawcy wciąż pozostają bezkarni i nie zanosi się na to, by mieli kiedykolwiek ponieść konsekwencje swoich działań.
Do zdecydowanego atutu "Vaterlandu" należy odtworzenie przez Harrisa nazistowskiej propagandy. Bazując na dostępnej wiedzy o jej faktycznym działaniu, autor rozciąga jej wpływy na czasy powojenne w nowej, alternatywnej rzeczywistości, a efekty robią wrażenie. Oto bowiem Niemcy stały się państwem totalitarnym, gdzie trudno znaleźć jakąkolwiek opozycję - wszelkie działania w tym kierunku zostają stłumione w zarodku, często właśnie dzięki pomocy obywateli, którzy już od najmłodszych lat wychowywani są w duchu bezkrytycznego uwielbienia dla Rzeszy, nawet jeśli oznacza to denuncjowanie członków własnej rodziny - nie liczą się więzy krwi, liczy się tylko i wyłącznie patriotyzm. Stąd również i tytuł książki: "Vaterland", czyli kraj ojców - tylko ojczyzna ma znaczenie dla prawdziwych Niemców. Nawet jeśli owa ojczyzna robi im pranie mózgów, ogranicza ich swobodę i prawa, a za pomocą kontrolowanych ostrą cenzurą mediów przekazuje im odpowiednio spreparowane wiadomości ze świata, tak operując nimi, aby tylko ziemia ojczysta była tym najwspanialszym i najidealniejszym miejscem na całej Ziemi. Nawiasem mówiąc, czy nie brzmi to bardzo znajomo i bardzo aktualnie?
Pomimo zachwytu nad kompleksową budową całej tej alternatywnej historii, książkę trudno określić mianem doskonałej. Chociaż świat stworzony przez autora jest bez zarzutu, główni bohaterowie "Vaterlandu" niestety zawodzą. Xavier March, detektyw policji kryminalnej, z zamysłu jest dla takiego czasu i miejsca akcji postacią wręcz idealną - wysoko postawiony pracownik niemieckiej policji, budzący strach i respekt z racji sprawowanego stanowiska, jednocześnie kwestionuje to, co dzieje się wokół niego, w głębi duszy nie zgadza się z propagandą rządu i widzi jej szkodliwość. Zdaje sobie sprawę, że imperium niemieckie zbudowane zostało na trupach wielu niewinnych ludzi - jak wielu, będzie mu dopiero pisane odkryć. Chociaż przezornie nie dzieli się z nikim swoimi poglądami, jego brak zaangażowania w działalność partyjną nie przechodzi niezauważony. Może się tylko domyślać co dzieje się za jego plecami - w rzeczywistości staje się przedmiotem wielu donosów, nawet ze strony osób, które uważa za najbliższe. Szkoda zatem, że brak tej postaci większej głębi. Autor miał tu zdecydowanie szerokie pole do popisu, tworząc człowieka mocno skonfliktowanego wewnętrznie pomiędzy służbą dla narodu niemieckiego, którego jest obywatelem i na którego dobru powinno mu zależeć jako patriocie, a świadomością, że jest na rozkazach ludzi, którzy mają na rękach krew milionów ofiar. Trochę tu tego zabrakło, nie widać również przemiany, jaką naturalnie w tych okolicznościach powinien przejść bohater.
Jakże wiele książka mogła zyskać, gdyby tylko autor nie zdecydował się na zamieszczenie sztampowej postaci kobiecej i sztampowego wątku miłosnego. Już w momencie gdy na horyzoncie pojawia się piękna młoda dziennikarka, oczywiście będąca Amerykanką, co tym bardziej jest atrakcyjne dla udręczonego niemiecką propagandą Marcha, wiadomo, że tych dwoje będzie razem i wiadomo również, że z racji pochodzenia obojga żadne "długo i szczęśliwie" nie wchodzi w rachubę. Szkoda, że przy tak misternie i pieczołowicie stworzonym świecie przedstawionym, gdzie widać jak niesamowity ogrom pracy został włożony przez pisarza, gdzie postaci autentyczne mieszają się z fikcyjnymi, a wydarzenia pseudo historyczne są tak przemyślane, że momentami ciężko odróżnić fikcję od faktu, autor zdecydował się na tak banalną historię związku dwojga ludzi, a jedyna znacząca postać płci żeńskiej służy poza tym tylko popychaniu gdzieniegdzie akcji do przodu.
Podsumowując, jest to bardzo dobry thriller, niepozbawiony wad, ale przerażający, i to nie tylko rozmachem bestialstwa, do jakiego zdolny jest gatunek ludzki. Najbardziej mrożąca krew w żyłach jest świadomość, że wizja, którą przed czytelnikiem roztacza autor, była - i wciąż tak naprawdę pozostaje - bardzo prawdopodobna, a porządek świata jaki dzisiaj znamy, mógł wcale nie zaistnieć. Robert Harris daje nam wgląd w przerażającą przeszłość, która na szczęście nie miała nigdy miejsca, a która z powodzeniem może służyć jako przestroga przed państwem totalitarnym, zagrożeniem wciąż bardzo realnym w naszych czasach, co jesteśmy w stanie sobie uzmysłowić jeśli tylko dokładnie prześledzimy wiadomości napływające z kraju i świata.
![]() | ||||
| Vaterland, Robert Harris, wyd. Albatros, 4 kwietnia 2018r., tyt. oryg. Fatherland, przekład: Andrzej Szulc, 432 strony |
![]() |
| Książka na stronie wydawnictwa |
czwartek, 7 czerwca 2018
NATURALNA KOLEJ RZECZY, Charlotte Wood
O tym, że niektóre książki na wyrost i na siłę przyrównywane są do tytułów o klasę lepszych, czytelnicy wiedzą dobrze. O rekomendacjach innych autorów nawet nie wspominam (Stephen King ma tutaj sporo na sumieniu). I tak niestety ma się sytuacja z "Naturalną koleją rzeczy", książką, która sama w sobie nie jest zła, rewelacyjna też na pewno nie, ale gdy czytelnika mami się obietnicą, że jest to współczesna "Opowieść podręcznej" i wprowadza się go w błąd obiecując dystopię, to niestety, ale książce mocno się obrywa, ponieważ nie spełnia tych wymagań. A nie jest ona w stanie tego zrobić - zwyczajnie nie jest to pozycja o cechach dystopii ani nie wpisuje się w nurt literatury feministycznej tak jak wspomniane dzieło Margaret Atwood. Czym zatem jest książka Charlotte Wood?
Jej bohaterkami, i owszem, są młode kobiety, które wybudzają się z wywołanego narkotykami snu, ku swojemu zaskoczeniu, w głębokiej głuszy, australijskiej, bo właśnie w Australii ma miejsce akcja książki. Okazuje się, że są one w niewoli, a przebywają na terenie czegoś, co przypomina opuszczoną farmę, gdzie kontrolę nad nimi sprawują najemnicy w postaci dwóch mężczyzn i kobiety. Dziewczynom ogolone zostają głowy, za ubranie służą im staromodne, niewygodne uniformy, noce spędzają w ciasnych, brudnych boksach, w których niegdyś trzymano zwierzęta. Dnie wypełnia im ciężka fizyczna praca, polegająca na układaniu ciężkich, betonowych bloków na drodze, którą już wkrótce, już zaraz, przyjechać ma tajemniczy Hardings. Szanse na ucieczkę są niewielkie - ogromny teren gęstego lasu, w środku którego znajduje się farma, otoczony jest metalowym płotem pod napięciem. Wbrew zapewnieniom strażników, Hardings wciąż nie przybywa, a zapasy żywności kurczą się z każdym dniem...
Jest kilka ciekawych rzeczy w książce Wood. Pierwszą jest zdecydowanie pomysł, aby bohaterkami w niewoli uczynić dziewczyny, kobiety, które znane są opinii publicznej, ponieważ każda z nich miała swoje niechlubne pięć minut jako uczestniczka seks-skandalu. Jedna była ofiarą zbiorowego gwałtu, inna została molestowana przez księdza, jeszcze inna wdała się w romans z wysoko postawionym politykiem. Wszystkie trafiły na pierwsze strony gazet, niezależnie od tego, jak bardzo je skrzywdzono, zostały napiętnowane przez społeczeństwo i stały się naznaczone przez to, co je spotkało. Jako niewygodne dla innych, bo będące dowodem czyjegoś grzechu, zostały skazane na izolację i pobyt w interiorze. Szkoda, że autorka nie zdecydowała się rozwinąć tego wątku; był on faktycznie pretekstem do opowiedzenia większej historii o losie kobiet na świecie, został on jednak potraktowany po macoszemu i już gdzieś od połowy coraz go mniej - chociaż nawiązanie do uciemiężonej, niewygodnej kobiecości pojawia się pod nieco inną postacią, o czym już zaraz.
Mocnym atutem powieści jest ta wszechobecna dzikość, z którą nie można walczyć, która przenika na wskroś i budzi pierwotne instynkty w ludziach skazanych na własne towarzystwo, a jak z czasem się okaże, także i na własne siły, aby przetrwać. Układ sił: oprawca-ofiara, czyli strażnik kontra więźniarka, z czasem ulegnie odwróceniu. Władza przypadnie temu, kto wykaże się większą odpornością, komu łatwiej przyjdzie się przystosować do otoczenia. A ono będzie wymagało porzucenia dotychczasowych nawyków i zahamowań, i odnalezienia w sobie zupełnie pierwotnych instynktów. Tak pierwotnych jak zastawianie sideł na króliki, których pełno w okolicznych lasach i na polach. I te oto króliki pojawiają się jako symbol. Te małe futrzaste gryzonie, które przecież są plagą nękającą Australię, a w obronie przed nimi postawiono ogromny, długi i koszmarnie kosztowny płot - który oczywiście okazał się pomysłem chybionym - są oczywistym symbolem płodności. Trudno tutaj nie dostrzec tej analogii, oczywiście, gdy zna się znaczenie tych zwierząt dla Australijczyków. Te pohańbione kobiety to obiekty seksualne, płodne, bezwolne, a zarazem źródło pokus, które trzeba usunąć z pola widzenia, podobnie jak króliki zamknąć, aby nie rozprzestrzeniały się wśród "normalnych" ludzi - to właśnie sugeruje istnienie tego książkowego płotu.
Tak więc jest to jak najbardziej książka o kobiecości, jej sile, o tym co wiąże się z byciem kobietą. O poszukiwaniu siły wewnątrz siebie, wyzwoleniu jej wbrew przeciwnościom. Czy ukazuje dramatyczne konsekwencje wynikające z walki płci jak miało to miejsce w "Opowieści podręcznej"? Nie sądzę, aby to właśnie miało miejsce u Charlotte Wood. Jej książka nie jest globalną przestrogą jak miało to miejsce u Atwood, walka kobiety w "Naturalnej kolei rzeczy" jest jednak zbyt indywidualna, odnosi się bardziej do jednostki niż do całego gatunku ludzkiego. Gdyby któraś z tych dwóch książek miała służyć jako podręcznik dla
mężczyzn w celu przyswojenia sobie profeministycznych wartości, z
pewnością nie byłaby to książka Wood. Sytuacja, w jakiej znajdują się bohaterki, jest zbyt niejednoznaczna, nie mamy wiedzy o tym co naprawdę uważa reszta populacji, obserwujemy tylko grupę ludzi. Nawet reminiscencje bohaterek ukazujące wydarzenia sprzed uwięzienia nie mówią nam zbyt wiele na ten temat.
Jak już wspomniałam na początku, nie uważam, aby była to zła książka. Oferuje kilka ciekawych pomysłów, napisana jest w sposób interesujący, aczkolwiek miejscami nierówny. Zdarzają się prawie poetyckie fragmenty, które są w stanie urzec, język autorki traci jednak zbyt często swoją urokliwość na rzecz ordynarności. Również absurdalność (i obrzydliwość) niektórych wątków wydaje się nie mieć uzasadnienia dla fabuły i może razić. Wydaje mi się jednak, że gdyby pozwolono czytelnikowi podejść do tego tytułu bez narzuconych z góry oczekiwań, dałoby się znieść nawet i te niedociągnięcia, wystarczyłoby dać czytającemu swobodnie zinterpretować książkę bazując na jego własnych skojarzeniach.
![]() |
| Naturalna kolej rzeczy, Charlotte Wood, Wyd. Kobiece, 13 kwietnia 2018r., tyt. oryg. The Natural Way of Things, przekład: Daria Kuczyńska-Szymala, 288 stron |
poniedziałek, 4 czerwca 2018
AMY I ISABELLE, Elizabeth Strout
Amy i Isabelle, matkę i córkę mieszkające w Nowej Anglii w niewielkiej miejscowości noszącej wdzięczną nazwę Shirley Falls, łączy skomplikowana relacja. Od zawsze tylko we dwie, nie wyobrażają sobie życia jedna bez drugiej, kochają się i potrzebują. Sekret z jakim od lat żyje Isabelle, a mianowicie posiadanie dziecka z nieprawego łoża, izoluje ją nie tylko od innych ludzi, ale przede wszystkim od własnej córki, której trudno jest zrozumieć jej zachowanie, nie znając jego przyczyny. Skrywane żale i niedopowiedzenia tworzą jednak między nimi dystans, który wydaje się przeszkodą nie do pokonania, nie pomaga również, że nie potrafią okazać sobie ciepła i miłości, najprostsze gesty przychodzą im najtrudniej. Wytrzymałość więzi jaka je łączy, wykształconej w trakcie wspólnego życia, zostaje w końcu wystawiona na próbę w pewne gorące wakacje, gdzieś w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.
Cała miłość tego świata nie mogła uchronić nikogo przed okropną prawdą: przekazujesz to, czym jesteś.Dojrzewająca szesnastolatka, której ciało emanuje rozkwitającą seksualnością, podejmuje próbę buntu wobec sztywnego i pozbawionego czułości rygoru matki. Szuka bodźców, które mogłyby stymulować ją intelektualnie - zadania tego podejmuje się nauczyciel pracujący na zastępstwie, z którym rozmowy o sztuce wkrótce zastąpione zostaną przez sekretne wycieczki obojga do lasu. Samemu związkowi tej dwójki Strout poświęca w gruncie rzeczy niewiele miejsca. Dość prędko nadchodzi jego kres, o wiele istotniejsze w gruncie rzeczy jest to, co dzieje się gdy dowiaduje się o nim Isabelle. Dla kobiety, która uważa, że najlepsze chwile swojego życia ma za sobą, że zmarnowała życie, aby wychować samotnie dziecko, ta kobieta, która jest boleśnie świadoma swoich braków w wykształceniu, której wstyd z powodu posiadania nieślubnego dziecka każe trzymać się gdzieś na obrzeżach miejscowej społeczności, dla niej nie ma większej zdrady niż ta, której dopuszcza się dziewczyna spotykając się po kryjomu z dużo starszym od siebie mężczyzną. Co ciekawe, w Isabelle pojawia się chęć obrony córki przed wykorzystującym jej naiwność nauczycielem, ale nie jest to tak silna reakcja, jak zazdrość, którą czuje. Pragnąca nade wszystko męskiej miłości i uwagi Isabelle, fantazjująca po cichu o "porządnym" mężczyźnie, za którego wzór uważa swojego szefa, w rzeczywistości bezbarwnego pantoflarza, jest wręcz przytłoczona zazdrością, jaka ją ogarnia, uważa bowiem za niesprawiedliwe, że to właśnie wychowywana przez nią nastolatka stała się obiektem czyjejś atencji.
Ale co można było zrobić? Tylko iść dalej. Ludzie żyli dalej, robili tak od tysięcy lat. Przyjmowali otrzymywaną dobroć, pozwalali, by wsiąkła w nich jak najgłębiej, a pozostałe ciemne zakamarki nosili w sobie, mając świadomość, że z upływem czasu staną się one w miarę znośne.Subtelna, grająca na niuansach, w stonowany sposób mówiąca o całej palecie emocji, proza Elizabeth Strout, skupiając się na zwyczajnych codziennych czynnościach, takich jak zakupy czy nudny dzień w pracy, tworzy większy obraz. Obraz normalnego, nieupiększonego na siłę życia, w którym raz po raz dochodzi do małego, prywatnego trzęsienia ziemi, które obraca w ruinę to, co udało się dotychczas zbudować. Spektrum poruszanych tematów przez Strout w "Amy i Isabelle" jest szerokie: to opowieść o macierzyństwie, o trudach samotnego rodzicielstwa, o błędach wychowawczych - tych, których usiłujemy uniknąć i tych, które popełniamy nieświadomie. To opowieść o dorastaniu, odkrywaniu siebie, wyodrębnianiu własnego indywidualnego głosu, o braniu tego co świat ma nam do zaoferowania, zachłystywaniu się wolnością, o wyciąganiu wniosków z popełnianych błędów. To wreszcie opowieść o zdradzie, o krzywdzeniu się nawzajem, o tym co pcha ludzi do zadawania sobie ciosów i o tym, jak wielką siłę mają w sobie, ponieważ są w stanie podnieść się i przeć dalej do przodu, może nie zostawiając całego zła za sobą, ale żyjąc mimo niego.
Wkomponowany w historię mieszkańców Shirley Falls zostaje rytm pór roku i przyroda, która wydaje się wiernie oddawać nastroje i losy bohaterów. Jest więc zima, ponura, mroźna, jest śnieg, spod którego niewiele widać. Biel spowijająca świat oślepia i nie pozwala dojrzeć, co się pod nią znajduje, niczym kłamstwa tworzone częściej dla uspokojenia własnego sumienia niż dla rzeczywistego ukrycia własnego karygodnego postępku. Wiosenny wybuch wszelkiej zieleni i kwiecia pokrywa się w czasie z odkrywaniem własnej seksualności przez młodziutką Amy. Niczym Matka Natura budząca się do życia, młoda dziewczyna otwiera się na zmiany zachodzące w jej ciele i psychice, odkrywa w sobie pragnienia, o których istnieniu dotąd nie zdawała sobie sprawy. Upalne, duszne lato przynoszące bezwietrzne, paraliżujące gorącem długie dni i noce, doskonale podkreśla - i podkręca - napięte nastroje mieszkańców. Nadejście zaś jesieni zwiastuje przemijanie tego etapu życia Amy i Isabelle, gdy były dla siebie całym światem - odkrycie prawdy o swoim pochodzeniu staje się momentem, gdy przed obiema kobietami otwierają się zarazem nowe horyzonty, o istnieniu których jeszcze do niedawna nie zdawały sobie sprawy.
"Amy i Isabelle" to znakomity debiut, zapowiadający ogromny talent i wrażliwość przyszłej zdobywczyni nagrody Pulitzera. To nie tylko historia o niełatwym związku matki i córki, to powieść o nas, zwyczajnych ludziach, o decyzjach jakie podejmujemy i ich konsekwencjach, które kładą się cieniem na całym późniejszym życiu. Świetna, stonowana proza opisująca po mistrzowsku słodko-gorzką codzienność, w której nie sposób nie rozpoznać elementów, które znamy z własnego doświadczenia.
![]() |
| Amy i Isabelle, Elizabeth Strout, Wielka Litera, 9 maja 2018r., tyt. oryg. Amy and Isabelle, przekład: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik, 448 stron |
piątek, 25 maja 2018
ZANIM POZWOLĘ CI WEJŚĆ, Jenny Blackhurst
Książka Jenny Blackhurst "Zanim pozwolę ci wejść", która niedawno miała swoją premierę w Polsce, wyszła w serii, w której ukazały się również książki Alex Marwood i Tany French. Bardzo sobie cenię książki Marwood, miałam więc nadzieję na klimatyczny thriller psychologiczny, w którym wątki obyczajowe będą grały główną rolę. I nie zawiodłam się, bowiem to właśnie dostałam - dość kameralną historię o obsesji, zdradzie i maskach, jakie na co dzień nakładamy, a do tego znakomicie zbudowane napięcie, które nie pozwoliło mi odłożyć książki - a czasem i przerwać jej słuchania, bowiem lekturę egzemplarza papierowego przeplatałam audiobookiem, kiedy obowiązki domowe kazały mi zająć ręce czymś innym niż lekturą.
Jenny Blackhurst jest młodą brytyjską autorką, w której dorobku znajdują się już trzy książki, gdzie "Zanim pozwolę ci wejść" jest następną po debiutanckim "How I Lost You". Jest to historia trzech przyjaciółek znających się od dziecka, która rozpoczyna się dla nas w momencie, gdy jedna z nich, pani psycholog Karen, odbywa pierwsze spotkanie z nową pacjentką, Jessicą. W dziewczynie jest coś, co budzi niepokój lekarki, pewna źle skrywana wrogość, która zaskakuje u osoby, którą widzi pierwszy raz na oczy. Z czasem okazuje się, że w życiu Karen i jej przyjaciółek zaczyna dochodzić do pewnych niepokojących zdarzeń, które pozornie noszą znamiona zwykłej ludzkiej nieostrożności, jednak psycholożka podejrzewa, że mają one związek z Jessicą. Dlaczego obca osoba miałaby działać na szkodę którejkolwiek z nich? Jakie są jej motywy?
To przede wszystkim książka o kobietach, ale skierowana nie tylko do nich - warto by sięgnęli po nią także mężczyźni, bowiem autorce udało się całkiem nieźle nakreślić obraz kobiecej psychiki, co mogłoby pomóc niejednemu panu w zrozumieniu płci pięknej. Doceniam obraz macierzyństwa, jaki pokazuje nam autorka, trafnie i bez zbędnego upiększania, bez popadania w stereotypy. Doceniam historię studentki, która podjęła kiedyś złą decyzję i poniosła jej srogie konsekwencje. Doceniam postać silnej kobiety, która mierzy wysoko i ciężką pracą toruje sobie drogę na szczyt w środowisku zdominowanym przez mężczyzn. Wszystkie są bardzo wiarygodne, nie przerysowane na siłę. W ich charakterystyce Blackhurst uchwyciła ten szczególny sposób w jaki odbiera je społeczeństwo i role, jakie usiłuje im narzucać. Robiąca karierę kobieta nie może zawdzięczać awansu swoim umiejętnościom, tylko najpewniej uzyskuje go przez łóżko szefa. Samotna kobieta po trzydziestce jest albo skostniałą, zimną starą panną, albo niewyżytą, nie potrafiącą się ustatkować imprezowiczką. Matka poświęcająca karierę na rzecz opieki nad dzieckiem to nie przemęczony obowiązkami i wiecznie niewyspany człowiek, tylko bezmózgi robot zaprogramowany do zmiany pieluch. Łatwo jest przypiąć łatkę, nie wysilając się na zrozumienie czyjejś sytuacji - ja taką przestrogę przed pójściem na skróty znajduję właśnie w "Zanim pozwolę ci wejść".
Ogromną rolę w książce odgrywa motyw zaufania i zdrady, oba ukazane w ciekawy sposób, bo nie ograniczający się tylko do związku dwojga partnerów, ale również w odniesieniu do przyjaźni. To ona jest tutaj cichym bohaterem wysuwającym się na pierwszy plan. Co decyduje o tym, że wybieramy kogoś na swojego przyjaciela? Jakie cechy musi posiadać ta osoba? Na ile jesteśmy w stanie przed kimś się otworzyć, dać mu dostęp do najintymniejszych sfer naszego życia? Czy powinniśmy oczekiwać w zamian tego samego? Czy warto jest bezgranicznie ufać drugiemu człowiekowi, a nawet powierzać mu swoje bezpieczeństwo? Jak bardzo jesteśmy w stanie kogoś poznać - wiemy, że jesteśmy szczerzy w naszej znajomości, ale czy kiedykolwiek jesteśmy w stanie poznać motywy kierujące innymi? Te wszystkie pytania nasuwały mi się w trakcie lektury, gdy śledziłam losy trzech przyjaciółek, których lojalność wobec siebie, wraz z nakręcającą się spiralą zdarzeń, została poważnie wystawiona na próbę.
"Zanim pozwolę ci wejść" to bardzo dobra rozrywka z przesłaniem, udowadnia, że bez efektownych zwrotów akcji i bez krwawych opisów też można bawić czytelnika. Trzyma w napięciu i intryguje, zapewnia wiele wrażeń i niesie z sobą ostrzeżenie: czy na pewno wiesz wszystko o ludziach, którzy cię otaczają? Ja ze swej strony polecam książkę w wersji audio, której słuchałam naprzemiennie z czytaniem wersji papierowej. To był mój pierwszy audiobook przesłuchany do końca, moje wcześniejsze podejścia zwykle kończyły się jeszcze przed końcem pierwszego rozdziału - lektorzy spisali się na medal, naprawdę się wciągnęłam i w odpowiednich momentach faktycznie przechodziły mnie ciarki. Mam nadzieję, że pozostałe książki Jenny Blackhurst zostaną u nas również wydane, z chęcią sięgnę po kolejną książkę jej autorstwa.
A mowa o...
![]() |
| Zanim pozwolę ci wejść, Jenny Blackhurst, Albatros, 9 maja 2018r., tyt. oryg. Before I Let You In, przekład: Anna Dobrzańska, 384 strony |
czwartek, 17 maja 2018
NAMIOT FATIMY, Miral at Tahawi
Niewielka książeczka, która mnie pokonała. Miała być moim oknem na literaturę Bliskiego Wschodu, błyskiem koloru pomiędzy pochmurnymi kryminałami i thrillerami, po które ostatnio najczęściej sięgam, tymczasem zmęczyła mnie i zniechęciła, pozostawiając żal wobec niespełnionych oczekiwań. Nie jestem fanem punktowania książek za okres czasu, w jakim uda mi się je przeczytać. Argument "czytało się szybko" nie jest dla mnie równoznaczny z jakością tytułu, po który sięgam. Przyjemnie jest zatracić się w lekturze i z wypiekami na twarzy śledzić rozwój wydarzeń, jednak czasami najlepszą książką może okazać się paradoksalnie ta, w której nic się nie dzieje, za to jest napisana pięknym literackim językiem i każda minuta z nią spędzona jest czystą wręcz przyjemnością. "Namiot Fatimy" jest jednak takim przypadkiem, gdzie ani akcja, ani język nie są w stanie mnie zainteresować i przykuć moją uwagę, a każda próba czytania kolejnych stron kończyła się porażką.
Uwielbiam baśniowe klimaty, opowieści pełne magii. Realizm magiczny, który i tutaj występuje - jestem zwolenniczką doprawiania rzeczywistości odrobiną elementów nie z tej ziemi. Ale mieszanie prawdy i ułudy w książce Miral at Tahawi było dla mnie nie do przejścia. Opowieść tytułowej Fatimy, małej dziewczynki, która przez wzgląd na swoją płeć skazana jest na życie w zamknięciu, odosobnieniu razem z innymi kobietami, a która ucieka w świat miejscowych legend i podań, mogła być fantastycznym doznaniem czytelniczym. Mogła, ale nie była. Brak rozróżnienia prawdy od fikcji, wydarzenia i bohaterowie, które pojawiały się znienacka, bez żadnego konkretnego wyjaśnienia czy powodu, tylko po to, by zaraz zniknąć, brak wyraźnego ciągu logicznego, pełno niedopowiedzeń - każdy element z osobna lubię w czytanej przeze mnie literaturze, jednak zebrane wszystko naraz powodowało u mnie tylko ból głowy i złość. I to nie złość na książkę, nie na autorkę, ale na mnie samą, że to być może ja nie jestem wystarczająco dobrym czytelnikiem. Potem powtarzałam sobie jednak, za każdym razem, gdy podejmowałam walkę z kolejnymi rozdziałami i gdy ogarniało mnie to zniechęcenie, że przecież nie każda książka musi mi się spodobać, nie każdy wybór może być dobry, a porażki są wpisane w życie czytelnika, nawet jeśli stara się bardzo rozważnie dobierać to, co czyta.
I także tutaj znalazł się jeden bardzo pozytywny aspekt, na który koniecznie trzeba zwrócić uwagę. A mianowicie ukazanie sytuacji kobiet z trochę innej perspektywy. Zwykle muzułmanki są postrzegane jako ofiary mężczyzn, zepchnięte na bok i skazane na ich łaskę i niełaskę. Tymczasem książka Miral at Tahawi odczarowuje trochę ten stereotyp, jako winnego wskazując nie mężczyznę, ale...inne kobiety, a dokładniej seniorki rodów, które nieformalnie przewodzą swoim rodzinom. To właśnie one determinują, co dzieje się z kolejnymi pokoleniami, dbają o zachowanie tej samej tradycji, która przed laty kazała im również się podporządkować, nierzadko wbrew ich woli. Życie kobiety jest przeklęte i naznaczone bólem, a piekło na ziemi urządza jej nie ojciec, nie mąż, ale właśnie druga kobieta.
Kobiety rozmawiały, pochłaniając mięso wyłożone na kawałki chleba maczanego w zupie:
- Dwie siostry w jednym domu. Wsparcie i oparcie.
Na to odezwały się inne:
- Boże, opieka nad dziewczętami to same kłopoty.
Babka ochoczo wygłosiła lekcję:
- Boże, przecież dziewczęta to samo źródło nieszczęść...Nie ma sensu się nimi zajmować. To jedynie towar, który hoduje się dla kogoś innego. Jeżeli zostawisz je samym sobie, ten towar straci na wartości. Kiedy go sprzedasz, poniesiesz stratę.
- Prawdę powiadasz, ciotko Hakimo. Wychowujemy i wzdychamy, a one i tak dostają się komuś innemu.
- Strzeż nas, Boże, przed nieszczęściem z ich przyczyny. To Bóg nie chciał, żeby żadna z moich córek nie przeżyła. Ludzie pytali:"Hakimo, gdzie się podziały twoje córki?" Odpowiadałam:"To Bóg chroni mnie przed tą zarazą. Modliłam się, modliłam i wyprosiłam."
- Mówisz prawdę, babciu. Masz absolutną rację. Wszystkie poumierały ot, tak...To wola boska, babciu, czy może...?
- Wola boska, moje dziecko. Wyprosiłam to modlitwą i żadna z nich nie przeżyła. Długa droga prowadzi jednak od chwili, gdy Pan daje skrzeczącą córkę, do chwili, gdy ją zabiera. Niestety mojego syna Bóg ciężko doświadczył, oj ciężko, ale on to wszystko cierpliwie znosił.
A mowa o...
![]() |
| Namiot Fatimy, Miral at Tahawi, Smak Słowa, 2009r., tyt. oryg. Al-Chiba, przekład: Izabela Szybilska-Fiedorowicz, 160 stron
|
środa, 11 kwietnia 2018
KORPOŻYCIE ŚWINKI MORSKIEJ, Paulien Cornelisse
Gdyby jeszcze miesiąc temu ktoś powiedział mi, że książka o śwince morskiej pracującej w korporacji skradnie moje serce, śmiałabym się długo, oj bardzo długo. Tymczasem ta mała książeczka, do której podchodziłam bez większych oczekiwań, ale z lekką rezerwą - to w końcu książka o gryzoniu, który pracuje w firmie - okazała się bardzo przyjemną lekturą na jeden wieczór, lekką i zabawną, bardziej życiową niż mogłoby się wydawać i nie aż tak bardzo na tej strasznej korporacji skupioną.
Ale od początku...Co robi świnka morska w korpo? Cavia, bo tak na imię ma nasza bohaterka, pracuje w dziale promocji bliżej nieokreślonej firmy - nie dane nam jest dowiedzieć się jaki konkretnie produkt jest promowany, w ogóle nie wiemy nic o tym jakie konkretnie produkty lub usługi tworzy/sprzedaje firma Cavii. Owszem, to pytanie mnie nurtowało, ale nie tak bardzo jak to co mianowicie robi świnka morska w biurze? Początkowo myślałam, że chodzi o zwierzątko, rodzaj maskotki, które sobie żyje w klatce gdzieś w pomieszczeniu socjalnym, ale nie, Cavia, świnka morska, chodzi do pracy każdego dnia, pije kawę i przytrafiają jej się różne rzeczy. Zachowuje się całkowicie jak człowiek, co więcej, nikt z jej współpracowników, którzy są ludźmi, nie widzi nic dziwnego w tym, że pracuje razem ze zwierzakiem. Skoro oni nie widzą problemu, to ja też przeszłam nad tym do porządku dziennego, tłumacząc sobie, że autorka, która jest artystką kabaretową i felietonistką, stworzyła pewnego rodzaju konwencję, mnie przypominającą coś w rodzaju komiksu, tylko bez ilustracji...
W całej książeczce, skrzącej się od humoru, poza oryginalną główną bohaterką, nie ma nic, co odbiegałoby od tej rzeczywistości, którą znamy. Wręcz przeciwnie, podczas lektury odkryłam, że z wieloma konceptami i przemyśleniami autorki jestem w stanie się utożsamić. Przede wszystkim są to typy osobowości, które są reprezentowane przez współpracowników Cavii - mając doświadczenie na kilku miejscach pracy, rozpoznawałam w "Korpożyciu..." kolejne, dobrze mi znane zachowania i metody działania. Manager, który wychodzi z siebie, aby podlizać się szefom, a nie szanuje swoich podwładnych, rzuca bardzo niepoprawne politycznie uwagi i oczekuje, że wszyscy będą śmiali się z jego żenujących dowcipów - odhaczony. Starsza stanowiskiem i stażem pracy współpracownica, która ciągle patrzy Ci na ręce, czekając na moment, kiedy zaliczysz jakąś wpadkę, aby wykorzystać ją przeciwko Tobie - odhaczona. Kolega gej - tutaj trąci nieco poważniejszym stereotypem, ale owszem - odhaczony. Bliska koleżanka, której można zwierzyć się z każdego biurowego dramatu - odhaczona. Wciąż zmieniane, ale różniące się detalami, instrukcje wykonywania konkretnych obowiązków - odhaczone. Anegdoty wykorzystujące akcesoria biurowe - odhaczone. Nieodzowna i nieoceniona obecność kawy w życiu każdego, kto posiada jakąkolwiek pracę - odhaczone.
Jedyne czego tutaj nie znalazłam, to tej zapowiadanej satyry na korporacje, próby ośmieszenia ich sposobów funkcjonowania. Owszem, pojawiło się kilka absurdów, ale moim zdaniem są to sytuacje, które mają miejsce nie tylko w ogromnych firmach, ale można się na nie natknąć w każdej innej profesji. Żadnych ogromnych dramatów zatem tutaj się nie znajdzie, ale prędzej historię kogoś, kto utknął w rutynie i wie, że potrzebne mu są zmiany, ale nie potrafi się przemóc. Może więc i główna bohaterka podczas deszczowych dni zalatuje mokrym futrem, ale nie przeszkadza to w wyciągnięciu morału z jej przygód.
Jeśli więc chcecie odpocząć od wielkiej literatury, szukacie czegoś niezobowiązującego przy czym można miło spędzić wieczór i się zrelaksować, to "Korpożycie świnki morskiej" może okazać się trafieniem w dziesiątkę. I nie zrażajcie się tym, że bohaterką książki jest puchaty gryzoń - podczas lektury niejednokrotnie złapiecie się na myśli, że to akurat najnormalniejsza postać w całej tej uroczej i zwariowanej książce...
A mowa o...
![]() |
| Korpożycie świnki morskiej, Paulien Cornelisse, wyd. Muza, 14 marca 2018r., tyt. oryg. De verwarde cavia, przekład: Sylwia Walecka, 254 strony |
poniedziałek, 9 kwietnia 2018
ODKRYWCA, Katherine Rundell
Kto z nas nie marzył kiedyś o tym, żeby rzucić wszystko i udać w nieznane, przeżyć przygodę swojego życia? Niczym wytrawni podróżnicy zobaczyć kawałek świata, pokonać przeciwności losu i poznać sekrety, które skrywają się wśród dzikich, nietkniętych ludzką nogą obszarów. Nowa książka Katherine Rundell, która w "Dachołazach" zabrała nas na dachy Paryża, niejako umożliwia czytelnikom spełnienie tego marzenia, nie wysuwając przy tym nawet nosa poza dom.
"Odkrywca" to opowieść o czwórce dzieci, których samolot przelatując nad dziewiczą, nienaruszoną przez cywilizację amazońską dżunglą ulega wypadkowi - z dziećmi z dorosłych osób leci tylko pilot, który niestety ginie podczas katastrofy. Fred, Constance, Lila i jej braciszek Maks wspólnym wysiłkiem, metodą prób i błędów organizują sobie nocleg i szukają choćby namiastki pożywienia, ale ich celem jest nie tylko przetrwanie w dżungli, lecz przede wszystkim znalezienie drogi i środku lokomocji, które pomogły by im dostać się do jakiejkolwiek ludzkiej osady, a stamtąd - prosto do domu.
Autorka poprzez wielką przygodę swoich małych bohaterów przekazuje nam kilka ważnych lekcji. Po pierwsze, wiedza jest wręcz bezcenna. Ta o otaczającym nas świecie, w erze smartfonów i pozornie wszechobecnego Internetu, wydaje się być osiągalna w sekundę za pomocą tylko kliknięcia. Co się stanie, gdy człowiek nie będzie miał możliwości z niej skorzystać? Jak wtedy da sobie radę? Czy sprosta wyzwaniu i przeżyje, czy też będzie bezradny wobec swojej niewiedzy i czeka go zagłada? A jakie szanse na przetrwanie będzie miało dziecko? Czy młody człowiek, który chętnie chłonie różne ciekawostki i informacje o różnym stopniu przydatności, a jednocześnie pełen pomysłów, które mogłyby nie przyjść do głowy dorosłemu, nie będzie jednak miał większej szansy na wydostanie się z tarapatów?
Drugą istotną kwestią jest przyjaźń i umiejętność pracy w zespole. Zetknięcie się czworga silnych charakterów uświadamia, że czasami należy schować własne ego do kieszeni i pogodzić się z tym, że są w życiu takie chwile, gdy tylko współpraca może przynieść korzyści, a upieranie się przy własnym zdaniu nie zawsze wychodzi na dobre. Przy czym warto wspomnieć, że małych rozbitków łączyła nie tylko fatalna sytuacja, w jakiej nagle się znaleźli, ale również i przyjaźń. Pomiędzy dziećmi, początkowo sobie obcymi, wraz z upływem czasu i często dramatycznymi perypetiami na drodze do wyzwolenia z lasów Amazonii, zrodził się najpierw szacunek, który prędko dał początek naprawdę pięknej relacji, która miała się okazać niezwykle trwała.
Trzecim, równie ważnym, a może najważniejszym przesłaniem, jakie płynie z książki Rundell, jest bezwzględna konieczność walki o pozostawienie tych niewielu dziewiczych zielonych terenów Ziemi w stanie nienaruszonym, jak najdłużej jest to tylko możliwe. Jakie są skutki ingerencji człowieka w przyrodę, nadmierne eksploatowanie zasobów naturalnych planety, przeludnienie, zaśmiecenie - wszyscy już dobrze wiemy, wystarczy wspomnieć o efekcie cieplarnianym i dziurze ozonowej. Nie da się naprawić szkód wyrządzonych naturze, ale można powstrzymać dalszą degradację, nawet jeżeli oznaczałoby to rezygnację z prowadzenia prac naukowców m.in. na obszarze Amazonii. Edukacja w tym temacie jest bardzo ważna, dlatego bardzo podoba mi się, że autorka porusza go w swojej książce przeznaczonej dla młodszych czytelników, pomagając im stać się świadomymi dorosłymi.
Na specjalną wzmiankę zasługuje oprawa graficzna tej książki - okładka jest cudowna, od razu przywodzi na myśl tętniący życiem amazoński las i wielką przygodę, która czeka na czytelnika. Czytanie uprzyjemniają przepiękne ilustracje - czy są rozpięte na obie strony, czy też w postaci drobnych zdobień - sprawiają, że kontakt z "Odkrywcą" jest jeszcze większą ucztą literacką.
Nie mogę się wprost doczekać, aż moje córki, tak bardzo ciekawe świata, będą na tyle duże, aby sięgnąć po książki Rundell. Jednocześnie cieszę się, że ta wielka przygoda jest jeszcze przed nimi i że będę mogła im towarzyszyć podczas jej przeżywania. Mam nadzieję, że "Odkrywca" utrwali je tylko w przekonaniu, że dobrze jest wiedzieć dużo i warto pielęgnować w sobie tę ciekawość i pasję odkrywcy, nawet jeśli te nasze odkrycia pozostają niezauważone przez świat. To mówiąc, czekam niecierpliwie na kolejne książki autorki.
A mowa o...
![]() |
| Odkrywca, Katherine Rundell, Poradnia K, 14 marca 2018r., tyt. oryg. The Explorer, przekład: Paweł Łopatka, 372 strony |
"Dachołazy" Katherine Rundell na blogu - TUTAJ
czwartek, 29 marca 2018
WYGINACZE ŁYŻECZEK, Daryl Gregory
Z pewnością każdemu zdarzyło się chociaż raz zadać sobie pytanie, jak by to było, gdybyśmy mogli, chociaż na krótko, mieć jakieś super moce. Czy byłaby to telekineza, czytanie w myślach, przenikanie przez ściany lub też może bycie niewidzialnym? Gdy byłam młodsza, moją ulubioną fantazją była teleportacja na zawołanie, którą mogłabym wykorzystać, powiedzmy to sobie szczerze, w sposób nie do końca zgodny z prawem i wchodzić dzięki niej w posiadanie różnych fajnych rzeczy (książek...). I tutaj nasuwa się kolejne pytanie - czy mając ową specjalną moc korzystalibyśmy z niej w sposób odpowiedzialny, używając jej do pomagania innym, czy też raczej skupilibyśmy się na własnych potrzebach i dążyli do osiągnięcia jak największego komfortu życia, łamiąc czasami prawo? "Wyginacze łyżeczek" to wyśmienita książka, która skupiając się na losach nie tylko jednej osoby o nadnaturalnych zdolnościach, ale całej rodziny obdarzonej rozmaitymi umiejętnościami, stara się poniekąd odpowiedzieć na te pytania.
Co wyniknie ze związku zręcznego i przedsiębiorczego kanciarza z telepatką o naprawdę zaskakujących zdolnościach? Gdy Teddy Telemachus poznaje swoją przyszłą żonę Maureen, nie wie jeszcze, że razem dadzą początek Niesamowitej Rodzinie Telemachusów (za to ona pewnie trochę się tego spodziewała). Na świat przyjdzie trójka ich dzieci, każde obdarzone innymi zdolnościami. Irene, najstarsza, jest chodzącym wykrywaczem kłamstw - jest w stanie rozpoznać, gdy ktoś mówi nieprawdę. Frankiemu dostała się telekineza, a Buddy, najmłodszy, widzi wydarzenia z przyszłości. Żeby nie było za idealnie, ich umiejętności nie są w stu procentach niezawodne, wręcz przeciwnie - często zawodzą, a nawet obracają się przeciwko nim. Fantastyczna rodzinka w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku była o krok od podbicia serc Amerykanów i osiągnięcia wielkiego sukcesu, jednak występ, który miał o tym zadecydować, okazał się klapą i nieoczekiwanie stał się początkiem bardzo złej passy Telemachusów, która musiała przetrwać nie tylko wewnętrzne spięcia pomiędzy członkami rodziny, ale i utratę jednego z nich, co rzuciło się cieniem na pozostałych.
I chociaż w książce nie brakuje scen, podczas których bohaterowie używają swoich paranormalnych umiejętności, to nie na tych fantastycznych elementach skupia się autor. Autor dokonał ciekawego zabiegu - obdarzonych mocami ludzi, zamiast ubrać ich w trykot, dać pelerynkę i kazać im ratować ludzkość, wcisnął w szarą zwykłą rzeczywistość i to właśnie przetrwanie wśród zwykłych śmiertelników staje się wyzwaniem dla tych nietuzinkowych postaci, które muszą zachowywać się jakby żadne z nich nigdy nie było częścią Niesamowitej Rodziny, która zachwycała publiczność swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami. Czytanie o ich perypetiach jest tym ciekawsze, że autor stworzył galerię naprawdę fascynujących charakterów o dopracowanych osobowościach.
Dzięki temu, że poznajemy opowieść, zarówno tę sprzed lat jak i tę bieżąca z perspektywy każdego z Telemachusów, mamy nie tylko dokładniejszy wgląd w ich uczucia i myśli, ale też we wszystkie wydarzenia, co pozwala nam lepiej zrozumieć fabułę, która początkowo wydaje się nieco zagmatwana, ale potem z każdym rozdziałem wszystkie elementy wskakują na swoje miejsce i pięknie układają się w całość. W rezultacie otrzymujemy książkę, która jest jednocześnie zabawną komedią pomyłek, opowieścią o odnajdywaniu swojego miejsca w społeczeństwie i wśród bliskich, o tym, jak piękna, choć jednocześnie trudna bywa inność, historią pewnej oryginalnej rodziny, która stała się chyba moją ulubioną literacką familią (sorry, Borejkowie...), a wszystko to okraszone jest wątkiem porachunków mafijnych i nadprzyrodzonymi umiejętnościami, na które łasi się samo CIA.
Ciekawa jestem, czy książka trafi kiedyś na ekran - bardzo bym tego chciała, bo ma ogromny potencjał na znakomity film, jest prawie gotowym materiałem na scenariusz. "Wyginacze łyżeczek", to wyborna mieszanka komedii, sensacji i elementów paranormalnych, która nie tylko zapewni czytelnikowi znakomitą rozrywkę, ale także pomoże mu sobie uświadomić, że największą supermocą, jaką może posiadać człowiek, jest jego rodzina. Dla tych, którzy potrzebują gwarancji jakości w postaci nagrody literackiej bądź choćby nominacji to takowej, książka została nominowana do nagrody Nebula za rok 2018 (ogłoszenie zwycięzcy w maju 2018).
A mowa o...
![]() |
| Wyginacze łyżeczek, Daryl Gregory, wyd. Czarna Owca, 31 stycznia 2018 r., tyt. oryg. Spoonbenders, przekład: Joanna Golik-Skitał, 528 stron |
czwartek, 22 marca 2018
DZIEWCZYNA Z KRAKOWA, Alex Rosenberg
Książki opowiadające o ludziach, którzy mieli nieszczęście żyć podczas trwania którejkolwiek wojny, nie tylko drugiej światowej, są zawsze potrzebne; oparte na prawdziwych wydarzeniach lub nawet tylko bazujące na wiedzy autora o tym okresie, mogą uświadomić czytelnikowi jak wielkim złem są konflikty zbrojne i jak łatwo i jak szybko mogą odebrać milionom ludzi wszystko, co jest im najdroższe, wliczając w to własne życie. Stąd mój ogromny szacunek dla autorów, którzy nie boją się podejmować tego arcytrudnego tematu jakim jest literatura wojenna, i którym udaje się stworzyć nie tylko rozrywkę pełną akcji, ale też wzbogacić ją o ważne, uniwersalne przesłanie. Biorąc pod uwagę, że "Dziewczyna z Krakowa" wpisuje się w to kryterium, pragnęłabym móc nazwać czas spędzony na jej czytaniu wartościowym, ale niestety, zawiodły inne aspekty i ostatecznie książka nie spełniła moich oczekiwań względem niej.
Gdy wojna nie jest tylko odległym echem, ale wkracza w życie Rity stając się brutalną rzeczywistością, życie kobiety ulega diametralnej zmianie. Będąc Żydówką, chociaż o aryjskiej urodzie, wraz z rodziną staje się ofiarą faszystowskiego terroru. Na przestrzeni miesięcy traci męża, dziecko, rodziców, kochanka. Jedyne, co jej pozostało, to przetrwać do końca wojny, a w tym celu ucieka się do wszelkich możliwych sposobów, nawet jeśli oznacza to ukrywanie się przed wrogiem tuż przed samym jego nosem - przyjmując niemiecką fałszywą tożsamość. Fabuła książki jest interesująca - muszę to oddać autorowi, że pomysł na książkę był naprawdę ciekawy i przyciągający uwagę. Na pochwałę zasługuje budowanie świata wokół bohaterów - widać, że autor zadał sobie trud, aby poznać materiały źródłowe na temat wyglądu ówczesnych miast i zachowań społecznych i to czuć w tekście. Wszystkie miejsca opisywane przez niego "żyją", niezależnie czy jest to Kraków, Katalonia czy Lwów, a ponieważ wir wydarzeń rzuca bohaterów od jednego miejsca w Europie do następnego, mamy możliwość przyjrzeć się jak wyglądały działania wojenne w różnych częściach kontynentu - tutaj również autor nie zawodzi i tło historyczne doskonale wprowadza czytelnika w klimat owych burzliwych lat.
Jeżeli jednak chodzi o negatywne wrażenia, najbardziej rozczarowała mnie postać głównej bohaterki, Rity, która miała być silną protagonistką, sprytną i zdeterminowaną w walce o przetrwanie, ale moim zdaniem była po prostu...nijaka. Przez większość czasu nie podejmowała decyzji o swoim własnym losie, ale biernie pozwalała nurtowi wydarzeń dać się porwać, nie walcząc o to, na czym w życiu zależało jej najbardziej. Wydaje mi się, że wynika to w głównej mierze z faktu, że autor nie bardzo wiedział jak stworzyć tę postać, nie bardzo zna się na kobietach, a kreacja Rity składa się wiele dość powierzchownych cech. Obdarzył ją oczywiście dużą urodą, inteligencją, która objawia się wygłaszaniem patetycznych stwierdzeń nie bardzo pasujących do kontekstu i znaczą śmiałością w kontaktach erotycznych, ale niewiele wiemy o niej jako o matce. O ile uważam, że kobiety absolutnie nie powinno sprowadzać się tylko i wyłącznie do roli matki i oceniać jej przez pryzmat macierzyństwa, tak sądzę również, że jest jednak dość istotny okres w jej życiu i jednak rozbudowując postać literacką o ten właśnie aspekt życia wypadałoby go jednak wziąć pod uwagę. Tymczasem o dziecku wiemy niewiele, a już w ogóle niewiele wiadomo o uczuciach, jakie żywiła do niego jego matka. W momencie, gdy Rita poddaje się namowie innych i wbrew sobie - bo nie potrafi decydować za siebie - wysyła syna z getta do swoich rodziców, autor niewiele miejsca poświęca na opisywanie jej rozpaczy, bo otarłszy łzy kobieta rzuca się w wir pracy i w dalsze miłostki, a syna prawie w ogóle nie wspomina, przez co wychodzi na osobę dość cyniczną. Nawet jeśli miałaby nie być idealną matką, byłoby lepiej, gdybyśmy mieli wgląd w jej uczucia, ale niestety nie jest nam to dane. Mam wrażenie, że postać dziecka była autorowi potrzebna jedynie, aby dać Rita mogła z jego misia zrobić kryjówkę do przechowywania trucizny, morfiny i czegoś tam jeszcze podczas pobytu w getcie...
Dialogi były kolejnym elementem, który mnie rozpraszał podczas czytania i znacznie je przez to spowalniał. Niezależnie od tego, kto z kim rozmawiał, bez względu na różnicę w pochodzeniu i wykształceniu, rozmowy te brzmiały zawsze tak samo, nie było żadnej indywidualności wśród bohaterów pod tym względem. Były one również beznamiętne, służyły w większości przypadków uzyskaniu konkretnej informacji, co również nadawało im pewną sztywność. Jednak największym zgrzytem były momenty, gdy Rita, ale innym bohaterom też się to zdarzało, chociaż może nie tak nagminnie, wygłaszała sztucznie, bardzo nienaturalnie brzmiące w jej ustach zdania o przebiegu wojny, różnych wydarzeniach jakie miały miejsce aktualnie na świecie, czy wreszcie swoje przemyślenia na temat filozofii.
"- Chciałabym, żebyś miał rację. Żebyśmy mieli ten luksus i mogli myśleć o nas. Ale nie sądzę, byśmy go mieli. Myślę, że Stalin da Hitlerowi w Europie wolną rękę. Jeśli Hitler przegra wojnę z Brytyjczykami i Francuzami, Stalin wypełni próżnię na terenie Niemiec. Natomiast jeśli Hitler zwycięży, to okaże się, że Stalin i tak nie był wystarczająco silny, żeby go pokonać.I niestety nie dane jest nam się dowiedzieć, na jakiej podstawie Rita wysnuwa te i inne wnioski na przestrzeni książki. Może gdyby autor wyraźniej zaznaczył, skąd bierze się jej wiedza, trochę uwiarygodnił te wypowiedzi, czytanie ich byłoby trochę łatwiejsze. Może nawet te liczne filozoficzne wtręty i wykłady byłyby również znośniejsze, gdyby umieszczano je w mniej przypadkowych miejscach i dawano im sensowny kontekst. Zdaję sobie sprawę, że pozwalały one dojść bohaterom, a zarazem i mnie, czytelnikowi, do najważniejszego w książce wniosku, a mianowicie, że wobec takiej wojny i tragedii na skalę światową, człowiek jest tylko małym, niewiele znaczącym punkcikiem, ale prosiłabym autora, aby jednak w przyszłości ograniczył ilość filozoficznych dywagacji, bo wydaje mi się, że z naszego duetu: autor - czytelnik, on jednak czerpał większą przyjemność w słuchaniu tego, co miał do powiedzenia.
- Hitler i Stalin w koalicji? To trockistowskie podejście, Rito. Skąd ty to bierzesz?"
Generalnie uważam, że moja niezbyt przychylna opinia o książce nie powinna nikogo do niej zrażać ani powstrzymywać przed sięgnięciem po tę pozycję - to, co mnie przeszkadza w pozytywnym jej odbiorze, dla innej osoby może zupełnie nie mieć znaczenia i jest spore prawdopodobieństwo, że spędzi z nią przyjemnie czas. Najlepiej jest przekonać się samemu, zwłaszcza, że zarówno akcja książki, jak czas i miejsce wydarzeń są akurat jej mocnymi punktami i mogą zapewnić całkiem dużo wrażeń, jednak czytelnik zwracający uwagę na detale i różne aspekty, o których wspomniałam wcześniej, niekoniecznie będzie usatysfakcjonowany lekturą.
A mowa o...
![]() |
| Dziewczyna z Krakowa, Alex Rosenberg, wyd, Editio, 6 lutego 2018r., tyt. oryg. The Girl From Krakow, przekład: Agnieszka Olszewska, 440 stron |
Link do książki na stronie wydawnictwa--> KLIK
poniedziałek, 12 marca 2018
ELEGIA DLA BIDOKÓW, J.D.Vance
Książka Vance'a jest ciekawym portretem tej części społeczeństwa amerykańskiego, o której w Polsce wiemy stosunkowo niewiele. Hillbillies, czyli biali mieszkańcy rolniczych terenów amerykańskiego Południa, lub, jak w przypadku autora, górskiego obszaru Appalachów, w kulturze zazwyczaj przedstawiani są, oczywiście stereotypowo, jako ludzie o kiepskim stanie uzębienia, chodzący na co dzień w słomkowym kapeluszu, boso, w powyciąganych łachach, które skądś wygrzebali albo dostali z drugiej, trzeciej, a nierzadko czwartej ręki; oczywiście, zgodnie z tym stereotypem nie posiadają żadnych ambicji w życiu poza pędzeniem bimbru, graniem na banjo i jeżdżeniem po okolicy rozklekotaną półciężarówką. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, wygląda nieco inaczej. Warto jeszcze wspomnieć, że przy okazji zgłębiania tematu okazało się, że słowa hillbilly i redneck jednak nie zawsze mogą być stosowane zamiennie, chociaż ich wydźwięk jest podobny (tutaj link dla zainteresowanych do strony po angielsku, ładne i konkretne wyjaśnienie subtelnej różnicy bez uciekania się do tanich żartów takich jak ten, że hillbilly, w przeciwieństwie do rednecka, nie sypia ze swoją siostrą).
Kim jest autor? J.D. Vance to zaledwie trzydziestoletni prawnik, wywodzący się z bidoków z Ohio, człowiek dumny ze swego pochodzenia, a jednocześnie chlubny przykład na to, że pomimo niesprzyjających warunków, czyli, jak w przypadku autora - biedy i patologii w domu rodzinnym, wciąż można zdobyć wyższe wykształcenie i osiągnąć w życiu sukces. "Elegia dla bidoków" jest zarazem osobistą opowieścią o burzliwym i trudnym dzieciństwie i dorastaniu w cieniu matki-narkomanki, jak i hołdem dla twardych ludzi, jakimi byli jego dziadkowie, którzy wpoili mu najważniejsze wartości. Podczas gdy matka Vance'a uzależniała się od coraz to innego narkotyku, a w jej życiu pojawiał się co jakiś czas nowy mężczyzna, on sam będąc dzieckiem, a potem już nastolatkiem, zawsze mógł liczyć na wsparcie Memaw i Pepaw, czyli babci i dziadka, którzy widząc upadek córki, chcieli uchronić wnuka od takiego samego losu. W środowisku, w którym żyli, ludzi niezamożnych, najczęściej bezrobotnych, polegających częściej na zasiłkach niż na własnych możliwościach zarobkowych, uzależnionych od alkoholu i narkotyków, tylko odpowiednia dyscyplina i motywacja mogła odnieść skutek, a na szczęście dziadkowie nie szczędzili młodemu Vance'owi ani jednego, ani drugiego. I to właśnie oni stoją na piedestale w jego opowieści, która jest swoistym hołdem ku ich pamięci. Wspominając ich, autor nie upiększa niczego, nie cofa się przed przywołaniem ich niechlubnych występków i zachowań, bo jako bidoki z pokolenia na pokolenie, mieli ich całkiem sporo. Przy czym warto wspomnieć, że Memaw nie jest tutaj typową babcią, która robi na drutach i piecze ciasto - to kobieta o złotym sercu, ale i niewyparzonym języku, nie przywiązująca uwagi do społecznych konwenansów, stojąca, w myśl zasady, która przyświeca każdemu bidokowi, murem za swoją rodziną. Gdyby ta solidarność wymagała od niej użycia przemocy czy też nawet pozbawienia kogoś życia w imię honoru rodziny, bez mrugnięcia okiem posunęłaby się do najgorszego; w przypadku autora na szczęście skończyło się na uświadomieniu jak istotne jest, aby skupił się na zdobywaniu wykształcenia.
Dla mnie "Elegia" nie jest jednak manifestem politycznym, nie widzę w niej odniesień do kampanii prezydenckiej, według mnie wcale nie zawiera odpowiedzi na pytanie, dlaczego właśnie Trump wygrał kampanię. To co widzę na pewno, to obraz społeczeństwa popadającego w coraz większy marazm i jego postępujący rozpad. Vance, dzisiaj bardziej jako obserwator, był niegdyś jego częścią, więc wszystkie jego spostrzeżenia są jak najbardziej wiarygodne, o lepszą perspektywę nie można prosić. Powrót w rodzinne strony przynosi gorzką refleksję nad przyszłością tych ludzi, którzy wydają się być pozostawieni na pastwę losu. Zamykane zakłady pracy, szkodliwa gorliwość państwa w wypłacaniu zasiłków, które rozleniwiły i zamiast stać się sposobem na przeżycie, stały się sposobem na życie, ale najbardziej przeraża niechęć rządu do podjęcia jakichkolwiek działań w celu poprawienia tej sytuacji i przywrócenia równowagi w tym środowisku.
To, co rzuciło mi się w oczy, to kilkakrotne stwierdzenie autora na przestrzeni książki jakoby bidoki, czyli biała klasa robotnicza Appalachów i wyżyny Ozarks, znajdowały się w najgorszej sytuacji ze wszystkich grup społecznych w Stanach. Wliczając w to również osoby czarnoskóre. Jest to bardzo odważna spekulacja, nie poparta żadnymi konkretnymi badaniami, bardzo ryzykowna dla osoby, która decyduje się na wypowiadanie podobnych założeń. Lokalny patriotyzm jest w autorze silny, brawo, ale wobec nastrojów jakie panują obecnie na świecie, a już chyba najbardziej w USA, gdzie powstał ruch Black Lives Matter, gdzie po dziś dzień widoczne są skutki niewolnictwa i segregacji rasowej, wypadałoby jednak wykazać się większym rozsądkiem. Vance szkodzi w ten sposób nie tylko sobie, ale i swoim pobratymcom, którzy, nomen omen, w Stanach mają łatkę rasistów. Stawianie ich ponad ludzi, którzy codziennie muszą walczyć z mniej lub bardziej widocznymi oznakami nietolerancji na tle rasowym, każe się zastanowić, czy jest to zwykła nierozwaga ze strony autora, czy kryje się za tym coś więcej.
Dla tych, którzy nie szukają w "Elegii" wielkiej polityki, książka ta będzie idealnym pretekstem, aby poznać Stany Zjednoczone bez upiększeń, bez photoshopa, pozwoli zajrzeć tam, gdzie niechętnie zaprasza się obcych. Jest to interesujące studium biedy i tego, jak w patologicznym niemal środowisku, można znaleźć motywację i siłę, aby się z niego wyrwać, a największym atutem książki są autentyczność i dystans autora do opowiadanej przez siebie historii własnej rodziny. Ciekawa pozycja, naprawdę warto się z nią zapoznać.
A mowa o...
![]() |
| Elegia dla bidoków, J.D. Vance, wyd. Marginesy,15 lutego 2018r., tyt. oryg. "Hillbilly Elegy", przekład: Tomasz S. Gałązka, 304 strony |
Szczerze mówiąc, gdy myślę o bidokach, zawsze przypomina mi się film braci Coen "Bracie, gdzie jesteś?", który serdecznie polecam, zresztą jak każdy film braci Coen.
piątek, 2 marca 2018
DACHOŁAZY, Katherine Rundell
Niezwykle klimatyczna opowieść, można by rzec magiczna, aczkolwiek samej magii tu nie znajdziecie. Wielka w tym zasługa subtelnego, lirycznego, choć jednocześnie prostego języka, którym swoją opowieść snuje młoda autorka, dla której "Dachołazy", ku mojemu zaskoczeniu, były dopiero drugą w dorobku książką, chociaż wydawać by się mogło, że jest to dzieło znacznie doświadczonego twórcy.
Wszystko zaczyna się pewnego poranka, gdy na kanale La Manche dochodzi do katastrofy statku. Wśród rozbitków jest dziecko pływające w futerale na wiolonczelę. Niespełna rocznym niemowlęciem postanawia zaopiekować się jego znalazca, nieco ekscentryczny naukowiec Charles Maxim. Malutka Sophie dostaje od niego nie tylko imię symbolizujące wiedzę, ale również nieco ekscentryczne wychowanie, w którym nacisk położony jest na to co w życiu najważniejsze, czyli otwarty umysł i zamiłowanie do książek i nauki. Niestety, opieka społeczna widzi to inaczej. Samotny mężczyzna, który nie przywiązuje uwagi do staranniejszego ubierania dziecka - Sophie chodzi bowiem w chłopięcych koszulach i, o zgrozo, w spodniach - i pozwala dziewczynce jeść z książek zamiast z talerzy, nie jest właściwym opiekunem w opinii pracowników społecznych. Decyzją Krajowego Urzędu Opiekuńczego dziewczynka ma zostać mu odebrana i przekazana do sierocińca. Perspektywa rozłąki z Charlesem, który zastępuje jej ojca, a także nieustanna, niczym nie uzasadniona wiara w to, że jej matka zyje i gdzieś na świecie czeka na nią, stają się dla tej dwójki impulsem do podjęcia szalonej decyzji o ucieczce do Paryża. Tam bowiem prowadzi ich nikły trop, mały karteluszek znaleziony przypadkiem po latach w wiolonczeli...
I to właśnie w Paryżu wchodzimy w świat dachołazów. Dachy zabytkowych w większości budynków nagle okazują się być domem osieroconych nastolatków, które łączą się w zorganizowane grupy, niekoniecznie jednak wzajemnie się tolerujące. Ten podniebny świat okazuje się być równie brutalny jak ten, któremu dachołazy przyglądają się z dystansu, każda grupa ma bowiem swoje terytorium, a nieopatrzne i samowolne przekroczenie ich granic może skończyć się tragicznie. Biorąc udział w bieganiu po dachach razem z nimi można poczuć, czym jest wolność. Bo te dojrzałe ponad swój wiek dzieci, doświadczone w walce o przeżycie, dzikie, wygłodzone i brudne do granic niemożliwości, są przede wszystkim szczęśliwe mogąc żyć na swój własny sposób, nawet jeśli postronnej osobie wyda się on pozbawiony sensu. Dachołazy obserwują świat z góry, są obok niego, nie biorą w nim tak naprawdę udziału z własnego wyboru - wolą tak wyglądającą wolność od tego, co społeczeństwo ma im do zaoferowania - sierocińce, wciśnięcie w system, gdzie każdy musi przestrzegać zasad, aby pasować. A to, że jesteśmy cudowni tacy, jacy właśnie jesteśmy, z każdym małym i dużym dziwactwem, obojętnie czy chodzimy po dachach, czy jemy z książek bo potłukliśmy wszystkie talerze, jest pięknym, ponadczasowym przesłaniem, który czyni z "Dachołazów" pozycję mądrą i nietuzinkową, gwarantując jej, że wartości w niej zawarte nie stracą nigdy ze swej aktualności.
Przyznam się szczerze, że dopóki nie sięgnęłam po książkę Rundell, nie miałam pojęcia o istnieniu dachołazów, a w czasie, gdy czytałam książkę, przez myśl mi nie przeszło, że nie są one tylko i wyłącznie wymysłem autorki. Moją uwagę przykuło to, jak bardzo dokładne i szczegółowe instrukcje pojawiają się w momencie, gdy Matteo, przewodnik Sophie po dachach Paryża, tłumaczy jej jak się poruszać. Nie przypuszczałam, że autorka dzieli się w ten sposób własnym doświadczeniem, ponieważ, jak dowiedziałam się już po lekturze książki, sama jest bowiem zapalonym dachołazem i chociaż na co dzień wspina się po brytyjskich dachach, chodzenie po tych paryskich ma równie dobrze opanowane. Jeżeli chcecie dowiedzieć się nieco więcej na temat tej nietuzinkowej autorki - link do artykułu na jej temat znajdziecie tutaj.
Książka zdobyła zasłużone nagrody „Blue Peter Book Award”, „Waterstones Children's Book Prize” oraz została nominowana do nagrody „CILIP Carnegie Medal”. Chociaż jej bohaterami są głównie młodzi ludzie, historia upartej dwunastolatki, która podczas pobytu w Paryżu odkrywa istnienie bezdomnych dzieci mieszkających na dachach budynków, ma szansę podbić serca nie tylko nastoletnich czytelników, ale i dorosłych. Naprawdę warto dać się ponieść tej niesamowicie oryginalnej przygodzie w duchu klasycznych opowieści dla dzieci i młodzieży, która łączy w sobie nutkę awanturnictwa z uniwersalnym przesłaniem o tym, że jeśli niekoniecznie wpisujemy się w to, co społeczeństwo uważa za ogólnie przyjętą normę, to oznacza to, że musimy się z tym czuć źle, wręcz przeciwnie. Warto mieć nadzieję i warto walczyć o spełnienie swoich marzeń, dopóki jest na to choćby cień szansy. Powtarzając za Sophie:"Nigdy nie przekreślaj możliwego."
![]() |
| Po takich dachach chodzi pisarka - tutaj akurat widnieje All Souls College w Oksfordzie, którego członkiem jest Rundell. |
A mowa o...
sobota, 17 lutego 2018
KOŁYSANKA, Leila Slimani
Książka, którą pochłonęłam w kilka godzin i której nie byłam w stanie odłożyć ani na sekundę. Ciężko uwierzyć, że ta w sumie dość niewielka objętościowo rzecz zawiera w sobie historię tak mrożącą krew w żyłach, ale jednocześnie nie nieprawdopodobną. Oto czteroosobowa rodzina z Paryża, młode małżeństwo z dwójką małych dzieci, wkracza w nowy etap życia. Matka, zmęczona brzemieniem macierzyństwa, ambitna, aczkolwiek niespełniona prawniczka, pragnie znowu realizować się na polu zawodowym. Rodzice przeprowadzają surową selekcję i wybierają nianię, która wydaje im się najbardziej odpowiednia do sprawowania opieki nad ich skarbami. Jak się dość szybko okaże nie mogli lepiej trafić, niania bowiem okazuje się prawdziwym klejnotem, bez którego nie będą potrafili wyobrazić sobie życia. Nie dość, że uwielbia dzieci, a i one nie mogą się bez niej obejść, to jeszcze wprowadza ład nie tylko do zabałaganionego mieszkania, ale i też do chaotycznego życia jego mieszkańców. Co się jednak stanie, gdy okaże się, że niania również przywiązana jest do swoich pracodawców, ale już w trochę bardziej niezdrowy sposób, a w dodatku nie jest tak kryształowo idealna, jak chciałaby być postrzegana?
Historia w "Kołysance" opowiedziana jest w interesujący sposób - na samym początku, już w pierwszym akapicie czytelnik dowiaduje się o wstrząsającej tragedii, jaka ma miejsce w domu zwykłej paryskiej rodziny. Dość powiedzieć, że te kilka zdań szokuje i porusza czytelnika, który raczej nie spodziewał się tak dramatycznego rozpoczęcia książki, jednocześnie dzięki takiemu zabiegowi buduje się od razu atmosfera grozy i napięcia. Od kolejnego rozdziału wracamy do punktu, od którego cała historia się zaczęła, czyli do początku, kiedy to matka decyduje się na powrót do pracy i zaczyna się poszukiwanie niani. Rozdział po rozdziale coraz wyraźniej widzimy, dlaczego doszło do dramatu, a także jasne staje się, że można było go uniknąć, że pojawiały się znaki, które zostały jednak przez osoby poszkodowane zignorowane.
O czym tak naprawdę jest "Kołysanka"? To przede wszystkim opowieść o macierzyństwie, o wewnętrznym konflikcie współczesnej matki, która chce być aktywna zawodowo, chce i potrzebuje pracować, ale jednocześnie obwinia się o to, że te pragnienia są egoistyczne, że na jej wyborze cierpi rodzina, a ona nie jest idealną matką dla swoich dzieci. W głębi duszy wie bardzo dobrze, że nie potrafi się w stu procentach oddać tylko opiece nad dziećmi, gdyż pozbawia ją to w pewien sposób własnej tożsamości i kładzie się cieniem na jej zdrowiu psychicznym, a co za tym idzie, odbija się to również i na samopoczuciu dzieci. W "Kołysance" mamy do czynienia z dwoma matkami i chociaż dzieli je wiele, reprezentują zaskakująco podobny stosunek do wykonywanej przez siebie pracy - z czasem widzimy, że historia jednej z nich mogłaby stać się ostrzeżeniem dla tej drugiej, ale jednak w ostatecznym rozrachunku te dwie postaci zestawione są na zasadzie kontrastu.
To także opowieść o szaleństwie, które kryje się głęboko w człowieku, które nawarstwia się powoli pod pozornie idealną, gładką powierzchnią, aby potem równie powoli, niemal niedostrzeżenie dla oka tę powierzchnię mącić z początku mikroskopijnymi, a potem coraz to wyraźniejszymi zmarszczkami, aż w końcu, gdy zabraknie pomocy z zewnątrz, nie ma innego wyjścia, jak tylko dać mu upust. Nie dostajemy wprost wytłumaczenia, skąd się ono bierze, ale czytając pomiędzy wierszami możemy się domyślić, że jest trochę efektem samotności, trochę niezrozumienia, niewłaściwych wyborów, a często pamiątką po złym dzieciństwie.
"Kołysanką" Slimani zdobyła w 2016 roku najbardziej prestiżową nagrodę literacką we Francji, czyli Nagrodę Goncourtów. I tutaj jest moje jedyne "ale" względem tej pozycji. Chociaż uważam, że jest to książka niesamowita, naprawdę świetnie napisana, nie wiem, czy zasługuje na tę akurat nagrodę. Zdecydowanie ciężko wpasować ją do jednego tylko gatunku; najbardziej wpisuje się chyba w stylistykę thrillera, aczkolwiek uniwersalność tej historii i trafne obserwacje społeczne na pewno podnoszą jej wartość jako dzieła literackiego, ale nie jest to powieść, którą można by odczytywać wielopłaszczyznowo. Moim zdaniem to trochę za mało, a patrząc jeszcze na "Kołysankę" pod kątem utworu literackiego, który najwierniej miałby oddać ducha swoich czasów, jak najlepiej ukazać nastroje panujące w społeczeństwie - to chociaż pojawia się kilka dość znaczących scen, nie nazwałabym książki Slimani dziełem spełniającym takie kryterium.
Nie zmienia to wszystko jednak faktu, że "Kołysanka" to diabelnie dobry tytuł i warto się z nim zapoznać. Warto przekonać się na własnej skórze, jak tragiczna to jest historia, jak bardzo współczesna i jak łatwo miejscem jej akcji mogłoby być każde miasto w Polsce, nie tylko Paryż. Warto sprawdzić, jak łatwo i jak bardzo nieostrożnie jest uwierzyć w kogoś nieznajomego i powierzyć mu całe swoje życie.
A mowa o...
![]() |
| Kołysanka, Leila Slimani, wyd. Sonia Draga, 20 września 2017r., tyt. oryg. Chanson douce, przekład: Agnieszka Rasińska-Bóbr, 280 stron |
Subskrybuj:
Posty (Atom)































