piątek, 29 września 2017

W ZASADZIE TAK, Jacek Fedorowicz


Chociaż dzisiaj brzmi to bardziej jak coś, co moglibyśmy przeczytać na przykład u Orwella, jeszcze do roku 1990 w Polsce, a właściwie w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej cenzura była na porządku dziennym. Wszelkie treści, przed podaniem ich do obiegu publicznego za pomocą mediów, trafiały do specjalnie powołanej instytucji, gdzie cenzorzy decydowali czy są one zgodne z odgórnymi zaleceniami komunistycznej partii rządzącej PZPR. Jeśli były to mogły zostać opublikowane bez żadnych ingerencji (a zdarzało się to rzadko). Gorzej działo się w przypadku tych, co do których zgłaszano wątpliwości. Zaleceniem było przeredagowanie ocenzurowanych zdań czy fragmentów, a oczywiście najdrastyczniejszym rozwiązaniem była odmowa publikacji bądź nawet jej zakazanie. Jeżeli chodzi o same książki, ostatecznie na wykazach dzieł niedopuszczonych do druku i dystrybucji widniało około pięć tysięcy tytułów, a były to m.in. "Między ustami a brzegiem pucharu" Marii Rodziewiczówny, seria o Winnetou lub pozycja dla dzieci i młodzieży "Życie i przygody małpki"(link do krótkiego spisu na stronie Wikiźródła, można tam również zapoznać się z treścią co poniektórych książek).

Po co ta krótka lekcja historii? Być może Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, jesteś w podobnym wieku jak ja, czyli raczej nie pamiętasz końcówki PRL-u, a nawet urodziłaś/eś się w późniejszych latach, czyli tamte klimaty są Ci obce i możliwe, że tak jak ja potrzebujesz, aby trochę przybliżyć Ci jak wyglądały realia w Polsce w roku 1975, kiedy to po raz pierwszy wydana została książka Jacka Fedorowicza "W zasadzie tak". Napisana lekko i z polotem, niesamowicie dowcipna, była kontynuacją prowadzonej przez autora od 1973 roku audycji "Poradnia Zdrowia Psychicznego" na antenie programu III Polskiego Radia. Jak pisał sam autor we wstępie: "Jedynym celem poradni jest zapewnienie pacjentom szczęścia w życiu codziennym. Nasze szczęście codziennie zależy wyłącznie od naszego samopoczucia. Dobre samopoczucie osiągniemy poprzez  odpowiedni stosunek do tych zjawisk życia codziennego, które nam nasze samopoczucie psują. Odpowiedni stosunek oprzemy na: a) poznaniu istoty zjawiska, b) wyuczeniu się odpowiedniego modelu zachowań i reakcji na zjawisko."

Na przestrzeni kilkunastu rozdziałów czytelnicy mogli zatem zapoznać się z najbardziej istotnymi aspektami codziennego funkcjonowania, a mowa o m.in. dawaniu napiwku, podpisywaniu umowy, składaniu reklamacji, czy też piciu kawy, bo wypicie porządnie zaparzonej kawy, która jeszcze przy okazji była dobrej jakości graniczyło swego czasu z cudem. Po zapoznaniu z tematem, autor błyskotliwe tłumaczył jaką metodę postępowania należało przyjąć, aby jak najbardziej efektywnie i przy jak najmniejszym wysiłku i niepotrzebnym stresie poradzić sobie z problemem. Lub też po prostu, jakie nawyki w sobie wyrobić i jaką postawę przyjąć, aby spokojniej żyć i nie tracić zdrowia i czasu na rzeczy, których zmienić się nie dało, a z którymi walka była po prostu bezcelowa. Wszystko to bez ani jednego słowa krytyki w stronę władz państwowych, dzięki którym rzeczywistość wyglądała tak, a nie inaczej. "My krytykować nie będziemy, jakakolwiek myśl o krytyce jest nam obca i proszę nie spodziewać się, że cokolwiek zostanie w niniejszej książeczce skrytykowane." Jest to być może również powód, dla którego publikacja rzeczonej książki była możliwa - nie ma w niej żadnego komentarza politycznego, ani jednego odniesienia do sytuacji politycznej w Polsce, całość utrzymana jest natomiast w tonie grzecznym, humorystycznym i pełnym szacunku do czytelnika, ale i również do przedmiotów "badań", czyli urzędników, sprzedawczyń itp. Na wzmiankę zasługują także ilustracje autorstwa pana Fedorowicza, które są świetnym uzupełnieniem "przewodnika" i żartobliwym komentarzem do niego.

Czy "W zasadzie tak" przetrwało próbę czasu? Dlaczego mielibyśmy dzisiaj zwrócić uwagę na tę właśnie książkę, jakby nie patrzeć, powstałą i odnoszącą się do epoki, której już nie ma? Chociaż problemy, które w kolejnych rozdziałach porusza autor już nas na szczęście nie dotyczą, dzięki temu jak obrazowo i rzetelnie zostały przedstawione, możemy sobie łatwo wyobrazić jak funkcjonowali ludzie w latach siedemdziesiątych, jak wyglądała ich codzienność i jakie małe batalie musieli staczać w sytuacjach, które dzisiaj przeważnie wydają się abstrakcyjne. Co prawda, niektóre aspekty pozostają niezmienione, ponieważ są po prostu wpisane w naszą narodową mentalność. Trudno mówić o przedawnieniu rozdziału traktującego o ciężkim losie osoby niepijącej alkoholu, ponieważ czy to czterdzieści lat temu, czy dzisiaj, duża część społeczeństwa wciąż patrzy z pewną dozą nieufności na kogoś, kto pozostaje niewzruszony na nieśmiertelne: "Co, ze mną się nie napijesz?" Mimo tego, książka Jacka Fedorowicza bez wątpienia stała się kopalnią wiedzy o charakterystycznych dla PRL-u absurdów.

Wchodzę do urzędu, staram się wykrzesać z siebie maksimum życzliwości dla urzędników, wczuwając się w ich sytuację. Oni mogą załatwić moją sprawę, ale przecież nie muszą. Co więcej: nie powinni. Zbyt szybkie załatwienie mojej sprawy mogłoby ściągnąć na nich różne podejrzenia, na przykład te, że ich przekupiłem. Staram się ich zrozumieć, a zrozumieć znaczy wybaczyć. Więc wchodzę do urzędu wybaczliwy, w duchu ustalając sobie z góry termin następnej wizyty. Oczywiście, wychodzę z niczym, ale mój stan jest cudowny: żadnych nerwów, złości, żadnego podnoszenia głosu. A gdyby udało się załatwić? Czy potraficie sobie to szczęście? Zupełnie niedostępne dla tych, co od razu nastawiają się, że urząd istnieje po to, aby sprawnie i szybko załatwiać.
Dzisiaj na ścianach większości hoteli wiszą płaskie telewizory LED, podwózkę złapiemy używając aplikacji w telefonie, teoretycznie w urzędach mamy wiele ułatwień, które pozwalają szybciej załatwić wiele spraw, jak choćby metodę „jednego okienka". I chociaż tyle się zmieniło od 1975 roku, i chociaż mamy w kraju dobrobyt, to czasem trudno jednak opędzić od myśli, że i teraz przydałby się przewodnik po naszej współczesności. Z drugiej strony nasuwa się kolejna myśl niewesoła, że tak już się nie pisze i tak się nie rysuje, i na tego rodzaju kulturalną krytykę już nikogo nie stać. Czy warto mieć pełne półki w sklepach i wolność słowa, jeśli to słowo tak bardzo straciło na wartości?

W zasadzie tak, Jacek Fedorowicz, wyd. Wielka Litera, 2017, 152 strony

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.

wtorek, 26 września 2017

JESIENNY TAG KSIĄŻKOWY


No i nadszedł ten czas w roku. Dni stają się coraz krótsze, wieczory coraz dłuższe, swetry i ciepłe dresy zdominowały sklepy odzieżowe. Wszystkie osoby ciepłolubne załamują ręce wobec wizji prawie półrocznego ochłodzenia, a my, miłośnicy cieplutkich kocyków, egipskich ciemności o piątej po południu i kubka herbaty/kawy/kakao przyjemnie grzejącego nasze dłonie, jesteśmy bliscy ekstazy. Cóż lepiej wprowadzi nas w jesienny nastrój niż przygotowanie sobie listy lektur na najbliższe kilkadziesiąt wieczorów? Bo zakładam, że kocyki i kubki już mamy w gotowości. Może moje odpowiedzi na pytania z jesiennego tagu książkowego pozwolą znaleźć komuś następną najlepszą październikową/listopadową/grudniową książkę:)

Kocyk, herbata i książka, czyli powieść idealna na jesienne wieczory.

"Ani śladu Elizabeth" Emmy Healey nie jest zbyt znaną książką, a szkoda, bo to całkiem ciekawa pozycja. Śledzę nominacje do Women's Prize for Fiction, a debiut Healey znajdował się na długiej liście w 2015 roku, stąd moje nią zainteresowanie. Bohaterką jest starsza kobieta, Maud, u której stopniowo pogarsza się pamięć. Maud jest przekonana, że jej przyjaciółce Elizabeth, której nie może nigdzie znaleźć, stało się coś złego, usiłuje dojść prawdy pomimo coraz większych dziur we wspomnieniach. Staruszka stara się temu zaradzić jak może, zostawia sobie różne tropy, które mają pomóc jej pamiętać - notatki, przedmioty, cokolwiek co ma związek z tą dziwną sprawą. Wysiłek jaki w to wkłada owocuje przywołaniem gdzieś z zakamarków myśli tragicznej historii sprzed wielu, wielu lat, kiedy to jej siostra niespodziewanie zniknęła, również w niewyjaśnionych nigdy okolicznościach. Historia kryminalna nie zawodzi, aczkolwiek tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie, jest po prostu niesamowicie wiarygodnie przedstawiony proces demencji u człowieka i to z punktu widzenia samego chorego, w tym małe, niby nieistotne rzeczy, które świadczą o tym, jak poważny jest to problem (najbardziej chyba pozostawione wszędzie w domu kubki z ledwo napoczętą herbatą). Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym jak będzie wyglądała starość, a dzięki przeczytaniu "Ani śladu Elizabeth" posunę się do stwierdzenia, że prawie przekonałam się o tym na własnej skórze. Wielka w tym zasługa młodziutkiej autorki, która napisała tę książkę zainspirowana opieką nad swoimi dwiema babciami; widać ogrom pracy i merytoryczne zapoznanie się z problemem demencji, to wszystko składa się na bardzo trafny obraz tego, z czym człowiek musi się zmierzyć w wieku podeszłym.

Czy jest to książka pasująca do kocyka i kubka? Jak najbardziej; kto powiedział, że te warunki nie sprzyjają czytaniu niepokojących książek?



Kalosze i kałuże, czyli książka, która zapewniła Tobie wiele frajdy.

"Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu" Doroty Masłowskiej była dla mnie niczym zabawa na placu zabaw, pozwalająca na odprężenie, jednocześnie niebywale inteligentna i zabawna. Spostrzeżenia Masłowskiej odnośnie kultury, a już popkultury najbardziej, były bezcenne i wywoływały u mnie na przemian salwy śmiechu i bezbrzeżnego podziwu. Gdybym tylko mogła, posadziłabym ją, Dorotę Masłowską, przed telewizorem i kazała oglądać te wszystkie nonsensowne, niepotrzebne programy, a potem musiałaby dzielić się ze mną swoimi przemyśleniami...I to jest chyba jedyny słuszny sposób w jaki można oglądać tak zwaną telewizję rozrywkową.



Hulający wiatr, czyli powieść, która targała Twoimi emocjami.

Żyłam spokojnie swoim nudnym życiem, z daleka od wszelkich zawirowań świata, a potem sięgnęłam (na wpół świadomie) po "Dziewczynę z sąsiedztwa" Jacka Ketchuma i nic już nigdy nie było takie samo. Jeżeli wydaje Ci się, że wiesz co to przemoc, przeczytaj "Dziewczynę"...To nie będzie wiatr, to będzie prawdziwy huragan, który spustoszy Twoje sumienie i pozostawi je niespokojnym na długie, długie dnie.



Deszczowa pogoda, czyli ogromny wyciskacz łez, czyli...

"Siedem minut po północy" Patricka Nessa. Co bardziej wyciska łzy niż historia chłopca, który nie może się pogodzić z ciężką chorobą matki i tym, co nieuniknione? Łapcie za karton chusteczek i nie pozwólcie nikomu się oglądać podczas czytania, bo będzie brzydko...



Złota polska jesień, czyli królowa trzeciej pory roku.

"Wichrowe wzgórza" Emily Brontë, czyli moja najukochańsza książka z epoki, jedna jedyna słuszna opowieść o miłości i szaleństwie. Uwielbiam wracać do tej historii, na wrzosowiska, gdzie wyje wiatr i do tych tajemniczych domostw, gdzie nocami nie dają spać odgłosy skrobania w okno...Nie wyobrażam sobie książki, która smakuje lepiej jesienią jak tylko właśnie ta.



środa, 13 września 2017

PARA ZZA ŚCIANY, Shari Lapena


"Para zza ściany", czyli kolejna książka, która powstała na fali sukcesów "Zaginionej dziewczyny" i "Dziewczyny z pociągu", idealnie wpisuje się w założenia tzw. "domestic thrillera", którego akcja z reguły dzieje się w środowisku rodzinnym, domowym, czyli tym tradycyjnie uznanym za bezpieczne, co skutecznie obalają kolejne powieści utrzymane w tej stylistyce. Autorką jest Kanadyjska pisarka, była prawniczka i nauczycielka, dla której "Para" była debiutem literackim, który prawie z miejsca zdobył międzynarodowy rozgłos.

Młodzi małżonkowie, Marco i Anne, pewnego pięknego wieczoru spotykają się z sąsiadami, tudzież lepszymi znajomymi z domu obok, na proszonej kolacji. Mimo iż opiekunka ich sześciomiesięcznej córeczki odwołuje przyjście, nie rezygnują z wizyty, lecz postanawiają dziecko pozostawić samo w domu uśpione w łóżeczku i kontrolować co pół godziny, czy wszystko z nim w porządku. Ta metoda zdaje się zdawać egzamin aż do momentu, gdy grubo po północy wracają do domu i zastają drzwi wejściowe uchylone, zaś łóżeczko córeczki, jeszcze pół godziny wcześniej słodko śpiącej, ziejące pustką. Kto i dlaczego uprowadził malutką Corę?

Jednym z największych plusów "Pary zza ściany" było wykorzystanie motywu depresji poporodowej, choroby o której mówi się wciąż za mało. Matka zmagająca się z tym problemem zwykle narażona jest na stygmatyzację przez społeczeństwo, bo przecież stan macierzyństwa to stan błogosławiony, a niewyspana i styrana, niefunkcjonująca inaczej jak z niemowlakiem na rękach kobieta powinna tryskać zawsze pozytywną energią oraz optymizmem. Autorka całkiem zgrabnie poradziła sobie z tym tematem, wplatając go w fabułę książki. Nie jest to oczywiście wnikliwa analiza samopoczucia matki, bo nie o to tutaj chodzi, ale jej kondycja psychiczna jest pretekstem do snucia rozważań czy będąc w takim stanie pozostaje odpowiednią osobą do sprawowania opieki nad dzieckiem i w świetle zaginięcia dziewczynki rodzi się pytanie, czy mogłaby się przyczynić do jej skrzywdzenia, a nawet do śmierci.

Szczerze mówiąc, nie miałam jakichś większych oczekiwań wobec tego thrillera; okazał się być dokładnie tym, czego się po nim spodziewałam, czyli czytadłem absorbującym na tyle, by wciągnąć mnie w fabułę, ale nie na tyle genialnym, aby nie zapomnieć o nim w kilka dni po odłożeniu go na półkę. Kilka ciekawych zwrotów akcji i dość zaskakujący finał niestety nie potwierdziły gorących zapewnień o wyjątkowości tej pozycji zawartych w blurbie, raczej utwierdziły mnie one w przekonaniu, że mam do czynienia z czymś po prostu dobrym, co czasami jest wystarczającym powodem by po książkę sięgnąć, wszakże nie każda lektura musi być wyjątkowym dziełem, wstrząsającym przeżyciem, czasami po prostu może być dobrze, może być na raz, i tak właśnie jest w przypadku "Pary zza ściany".

W lipcu premierę miała (na rynku anglojęzycznym) kolejna książka autorki, The Stranger In The House. Jej opis (młode małżeństwo, jedno z nich ulega wypadkowi i traci pamięć w dość niejasnych okolicznościach, jak mogło do tego dojść/czy aby na pewno ta osoba cierpi na amnezję, czy tylko udaje, bo tak jest jej wygodnie przez wzgląd na tajemniczy czynnik) trochę mnie niepokoi, mam nadzieję, że autorka nie powiela pomysłów ze swojego debiutu, ale zaskoczy czymś nowym, o czym będę chciała się przekonać, gdy tylko ta książka zostanie wydana i u nas.

Para zza ściany, Shari Lapena, wyd. Zysk i S-ka, 2016, tyt. oryg. The Couple Next Door, przekład: Piotr Kuś, 336 stron

czwartek, 7 września 2017

BAJKI NA LEŚNYCH ŚCIEŻKACH, Sławomir Pejas


Moja czteroletnia córka uwielbia wspólne głośne czytanie (a jej półtoraroczna siostra powoli do niej dołącza), a najwięcej radości przynosi lektura różnych wierszyków i rymowanek. Chętnie po nie sięgam, bo nie dość, że sprawiają przyjemność dziecku, to jeszcze mają ogromną wartość edukacyjną, zarówno przez treść jak i formę. "Bajki na leśnych ścieżkach" zaintrygowały mnie więc nie tylko piękną okładką, ale i zawartością, czyli rymowanymi opowiastkami o leśnych zwierzakach, i ciekawa byłam jak zostaną przyjęte przez córeczkę.


Mamy tutaj sześć różnych historii o zwierzętach i roślinach, jedne są dłuższe, inne krótsze, ale wszystkie w ciekawy sposób przedstawiają perypetie mieszkańców lasu. W tych kilku opowieściach spotykamy się z misiami, żabkami, sowami, owadami, małymi i większymi bohaterami, którzy wpadają w różne tarapaty albo znajdują się w niecodziennej dla siebie sytuacji, a z każdej bajki płynie wartościowa lekcja dla dziecka. Może ono porównać swoje doświadczenia z przeżyciami leśnych stworzeń i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Jedynym minusem były lekkie zgrzyty w postaci nie do końca prawidłowo dobranych rymów. Sprawiały one wrażenie wymuszonych i w miejscu gdzie się pojawiały zwłaszcza głośne czytanie traciło rytm, ale to moje jedyne zastrzeżenie co do tej książeczki.


Jednym z największych plusów tej książeczki i cechą, która od razu przyciąga uwagę czytelnika, są niesamowicie piękne ilustracje Katarzyny Urbaniak. Już sama okładka jest zachwycająca i skłania małego odkrywcę do wodzenia paluszkiem od zwierzaka do zwierzaka, a i wewnątrz rysunki nie zawodzą. Są znakomitym uzupełnieniem historii, którym towarzyszą.


Myślę, że "Bajki na leśnych ścieżkach" trafią ze swoim przekazem do dzieci już czteroletnich, chociaż oczywiście sama książeczka zaciekawi też te młodsze, choćby i oprawą graficzną. Pięknie wydane i pouczające "Bajki" na pewno sprawdzą się jako prezent dla niejednego małego czytelnika i będą znakomitym dodatkiem do dziecięcej biblioteczki, jeśli nie największą jej ozdobą.

Bajki na leśnych ścieżkach, Sławomir Pejas, Wydawnictwo Dygresje, 2017, 51 stron


Za udostępnienie egzemplarza książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Dygresje.

poniedziałek, 4 września 2017

UPADEK NADZIEI, Kacper Rybiński



Za górami, za lasami...Tak niewiele wystarczy do przeżycia fantastycznej przygody. Wyobraź sobie przez chwilę, że siedzę obok Ciebie na kanapie, za oknem zapadł właśnie zmrok, a my schowani pod kocykiem popijamy gorące kakao. Odkładam swój kubek w biedronki na stojący w pobliżu stolik i sięgam po niezbyt grubą książeczkę i zaczynam Ci ją czytać. Zaintrygowałam Cię, bo jeszcze nie znasz tej historii, a im więcej stron za nami, tym bardziej wczuwasz się w tę opowieść. Teraz już nie tylko kakao przywodzi Ci na myśl dzieciństwo, ale i czytana przeze mnie książka przywołuje smak baśni, czy to tych opowiadanych Ci przez rodziców, czy też może tych poznawanych już na własną rękę, gdzie dzielni bohaterowie przeżywali niesamowite przygody i nie wahali się ryzykować własnym życiem w imię wyższych celów.

Nadzieja to miasto położone na pustyni, na które składają się trzy dzielnice: najuboższa Beznadzieja, rzemieślnicza Słoneczna Dzielnica i zamieszkane przez bogaczy i króla Wodne Ogrody. Rezydująca w Słonecznej Dzielnicy Rita jest sierotą przysposobioną przez bogatego kupca, ale nie mieszka w jego domu, ponieważ jej przyszywane siostry jej nie tolerują, wobec czego nastolatka zmuszona jest troszczyć się o siebie sama i  utrzymuje się ze sprzedaży owoców na straganie. Któregoś dnia los stawia na jej drodze małego, ale bardzo przedsiębiorczego chłopca imieniem Tero - również sierotę, złodziejaszka z Beznadziei. Dzieci wpadają w tarapaty, w wyniku których Rita zostaje wygnana z komfortowej Słonecznej Dzielnicy i odtąd wraz z Tero muszą polegać na sobie, aby ich życie wróciło na tory normalności, co jednak okaże się trudne w obliczu grożącego miastu zagrożenia atakiem nieprzyjacielskiej armii.

Ciężko mi to przyznać, ale książka nie jest wolna od wad - pojawiło się, moim zdaniem, kilka nieprzemyślanych konceptów, które kładę na karb młodego wieku autora, np. nowe mieszkanie Rity w Beznadziei jest rzekomo skromniejsze od jej poprzedniego, już i tak skromnego mieszkania, a posiada dwie izby do spania i "salon" z paleniskiem, czyli jest to nadal dość pokaźne lokum. Opowieść zyskałaby pewnie trochę na uroku, gdyby dialogi były stylizowane na gwarę, slang, ponieważ miałam wrażenie, że wszyscy niezależnie od zajmowanej przez siebie pozycji społecznej, czy to złodziej, czy też majętny kupiec, używają tego samego słownictwa, wysławiają się w podobny sposób. Również im bliżej do zakończenia, tym niestety więcej patosu w wypowiedziach i czynach bohaterów, a sam przebieg finału powieści wydaje się być zbyt chaotyczny i niedopracowany. Doceniam zamysł, jednak bitwa, w której dzieci i nastolatki nieobyte z bronią pokonują nagle hordę ogromnych barbarzyńców, przywodzi mi raczej na myśl kiepskie filmy fantastyczne i wywołuje niezamierzony efekt komiczny, raczej odwrotny do tego, co chciał osiągnąć autor.

Jednak dla mnie te niedoskonałości, chociaż parę ich byłam w stanie wyłapać, w przypadku tej konkretnej książki nie mają większego znaczenia, ponieważ i tak darzę ją dużym sentymentem. Opowiedziana jest bowiem z jedyną swego rodzaju naiwnością i niewinnością, właściwą ludziom bardzo młodym i niezbyt doświadczonym, co przypomina mi moje własne nastoletnie lata, gdy człowiek pełen był zapału i idei, a przyszłość jawiła się pełna obietnic i niespodzianek, oczywiście tylko tych przyjemnych. Kolejnym plusem jest dla mnie nieobecność jednego wątku, który wydaje się być obowiązkowy w literaturze młodzieżowej i jest dość oklepany, a czasem nawet niesmaczny. Autor na szczęście nie wplątał dwójki głównych bohaterów w romans, a raczej postawił na związek braterski, bo oto Tero i Rita opiekują się sobą wzajemnie, tworząc relację siostra-brat. Obyło się więc bez zbędnego zażenowania jakie zazwyczaj czuję czytając sceny miłosne, które zazwyczaj niewiele wnoszą do samej fabuły, a często epatują niepotrzebnym erotyzmem, co w książkach dla młodszych czytelników jest raczej gorszące.

Warto wspomnieć również o tym, że autor czerpie garściami ze stylistyki arabskich baśni i legend, i oto w powieści pojawiają się znajome postaci takie jak Szeherezada, dżin z lampy, Ali Baba, czterdziestu rozbójników czy latający dywan. Nie odgrywają oni jednak większej roli poza jednorazowym pomaganiem bohaterom podczas kolejnych perypetii, ich obecność jest zaledwie epizodyczna, potęguje jednak ten baśniowy klimat. Na wzmiankę zasługuje również oprawa graficzna, książka jest bowiem uzupełniona ciekawymi czarno-białymi ilustracjami, z czego niektóre to piękne mandale dodające orientalnego sznytu.

Czy jest to lektura dla każdego? Bardziej wymagający czytelnik może kręcić nosem na tę historię, powinna jednak przypaść ona do gustu młodszym odbiorcom, ukazując im jak bardzo ważna jest umiejętność pomagania sobie nawzajem oraz posiadanie bliskiej osoby, na której można zawsze polegać. Skorzysta na jej przeczytaniu każdy, kto w głębi duszy wciąż jest dzieckiem i lubi opowieści, które pozwalają choć na chwilę uciec do baśniowych krain.

Upadek Nadziei, Kacper Rybiński, wyd. Dygresje, 2017, 180 stron

Za przekazanie egzemplarza książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Dygresje.

wtorek, 1 sierpnia 2017

MID-YEAR FREAK OUT BOOK TAG 2017


Nauczona doświadczeniem, że wpędza mnie to w ściganie się z samą sobą i przynosi więcej szkody niż pożytku, staram się unikać podsumowań miesięcznych. Na początku może jest i fajnie patrzeć na tytuły i liczby, i człowieka napawa duma, że daje radę, ale potem pojawia się presja i stres, gdy nie jest się w stanie z rozmaitych powodów tych liczb przebić lub nawet im dorównać, no bo życie. Potem człowiek frustruje się, bo porównuje się z innymi, a ci inni to dzieci nie mają, mają pracę jak marzenie i się nigdy nie męczą, nie śpią, kotów nie mają, psów nie mają, nawet jak nie czytają to czytają, i klops. A człowiekowi przez to nawet może odechcieć się czytać - więc dla zachowania higieny psychicznej miesiąc czytelniczy dla mnie nie istnieje. Ale rok czy, jak tutaj, półrocze to już inna bajka. Ta liczba mnie interesuje, w końcu #jestem37, #książkoholik i #nieczytaszniepojadęztobąsamochodembędęszłapieszototylko10kilometrów. Co prawda zaczyna nam się już sierpień, ale nie bądźmy drobiazgowi - półroczne podsumowanie to taki fajny wstępniak do rocznego, ściąga na koniec grudnia/styczeń, a poza tym tyle zacnych osób zabrało się za zrobienie tego tagu, że i ja postanowiłam dać mu szansę.

1. Najlepsza dotąd przeczytana książka w 2017 roku.

Najbardziej chyba podobała mi się książka Marcina Wichy "Rzeczy, których nie wyrzuciłem", ale zastanawiam się również nad "Pod śniegiem" Petry Soukupovej, "Gugułami" Wioletty Grzegorzewskiej, "Po trochu" Weroniki Gogoli, "Końcem samotności" Benedicta Wellsa, "Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu" Doroty Masłowskiej, bo to wszystko były świetne książki i wybrać tylko jedną jest świństwem.

2. Najlepszy przeczytany sequel w tej części roku 2017.

Hmm, jedyną serią przeczytaną w tym roku są wszystkie trzy Dwory Sarah J.Maas - i usiłuję to wymazać z pamięci, i nic poza tym, więc muszę powiedzieć pas przy tym pytaniu.

3. Nowość z tego półrocza, której jeszcze nie przeczytałaś, ale którą chcesz przeczytać.

"Kolej podziemna", "Wszystkie dzieci Louisa", "Nocne czuwanie", "Urodzić dziecko", "Najmroczniejszy sekret", "Dziedzictwo"...Mogę tak jeszcze długo...

4. Najbardziej oczekiwana premiera drugiej połowy roku.

Z zapowiedziami mam problem, bo tyle rzeczy zwraca moją uwagę w momencie ich przeglądania, ale jeśli ich nie zapiszę, to później nie pamiętam wszystkich tytułów, które mnie interesują. To co mnie interesuje, to na pewno nowa Zadie Smith "Swing Time", "Niksy" Nathana Hilla, "Exit West" Moshina Hamida, "Ludzie na drzewach" Hanyi Yanagihary, "Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island" Karoliny Sulej, "Schronienie" Harlana Cobena, "Dżentelman w Moskwie" Amora Towlesa, "Snoby" Juliana Fellowesa, "Nora Webster" Colma Toibina...A nie, jednak coś zapamiętałam..

5. Największe rozczarowanie.

Liczyłam na więcej przyjemności czytając "Całe życie", "13 powodów" i hm, hm, wtedy jeszcze trylogię z Forstem Remigiusza Mroza ("Ekspozycja", "Trawers", "Przewieszenie"). Jednak dołączenie do rzeszy fanów nie było mi pisane.

6. Największe zaskoczenie.

Biorąc pod uwagę nietrafioną okładkę, zawartość "Końca samotności" była po prostu jedną wielką petardą. Mądra książka z oprawą dopasowaną jak pięść do nosa. Szkoda, bo zasługuje na większą popularność.

7. Ulubiony nowy autor (debiutujący albo nowy dla Ciebie).

Marcin Wicha. "Jak przestałem kochać design" chcę, muszę przeczytać jeszcze w tym roku.

8. Najnowsze książkowe zauroczenie.

Yyyyyyyyy....Jeśli już, to Dorota Masłowska.


9. Nowy ulubiony bohater książkowy.

Tralalalala.... Zorza północna i noc polarna w "Białe" Ilony Wiśniewskiej.

10. Książka, która uczyniła Cię szczęśliwą.

"Guguły" i "Po trochu" dały posmak dzieciństwa, a "Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu" wywołało największy rechot.

11. Książka, przy której płakałaś.

To nie takie skomplikowane, bo czasami mam wrażenie, że nawet byle reklama w telewizji jest w stanie mnie wzruszyć. Najbardziej oczywistym wyborem byłyby "Rzeczy, których nie wyrzuciłem", ale zdecydowanie morze łez poszło przy "Końcu Samotności".

12. Najładniejsza kupiona lub otrzymana książka.

Każda książka z wydawnictw Książkowe Klimaty, Karakter, Dowody na istnienie. Niezależnie od okładek, papier i druk każdej książki z wydawnictwa Czarne. Wznowienia Neila Gaimana przez wydawnictwo MAG. "7EW"wydana przez MAG. "Ćma" Katji Kettu. "Słoneczne miasto" Tove Jansson. "Susza" Jane Harper. "Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton. 

niedziela, 11 czerwca 2017

DZIECKO OGNIA, S.K.Tremayne


Gdy trzydziestoletnia Rachel wprowadza się do posiadłości rodowej swego świeżo poślubionego męża, wszystko wydaje się idealne - idealny dom, idealny mężczyzna u jej boku i idealny syn idealnego mężczyzny. Życie jest bajką aż do momentu, kiedy kobietę zaczyna nurtować pytanie, co tak właściwie przydarzyło się pierwszej żonie Davida, która rzekomo zginęła w nieszczęśliwym wypadku, wpadając do szybu pobliskiej, nieczynnej już dziesiątek lat, podwodnej kopalni cyny. Świadomość, że wciąż nie odnaleziono ciała, zaczyna powoli przeradzać myśli Rachel o jej poprzedniczce w niebezpieczną obsesję, potęgowaną przez pasierba, który twierdzi, że jego matka nie umarła, a wręcz przeciwnie, żyje i wróci po niego, a sama Rachel...umrze tuż przed Bożym Narodzeniem.

Ogromną zaletą tej książki jest umiejętnie zbudowany suspens. Mając do dyspozycji niestabilną psychicznie bohaterkę, gotycką posiadłość, dziecko, które kontaktuje się ze zmarłą matką, szkockie wybrzeże i porzuconą kopalnię, autor tworzy naprawdę niezłą atmosferę i skutecznie przykuwa uwagę czytelnika aż do samego końca. Przyznam się szczerze, że początek książki skojarzył mi się trochę z pewną kultową pozycją, a mianowicie z "Rebeką" Daphne Du Maurier. Podobieństwo jest wręcz uderzające - oto do rodowej posiadłości męża, ogromnego gotyckiego domostwa, wprowadza się jego druga żona, żeby zająć miejsce tej pierwszej, zmarłej i to w nieszczęśliwych okolicznościach, które nie są do końca jasne. W obu książkach protagonistkami są młode kobiety i w obu przypadkach między nimi a ich mężami jest nie tylko spora różnica wieku, ale i też różnica w pochodzeniu - obie kobiety wywodzą się z tzw. niższych warstw społecznych, a ich mężowie są dziedzicami rodzin z tradycjami. I tam i tu "ta druga" musi zmierzyć się z widmem swojej poprzedniczki, idealnej pani domu, kochanej przez wszystkich zarówno za życia, jak i po śmierci, w porównaniu z którą wypada blado i nieciekawie, i dość prędko zaczyna czuć się jak intruz naruszający czyjąś własność. Na tym jednak kończy się podobieństwo - gdy akcja nabiera tempa, "Dziecko ognia" podąża już kierunku swojej niepowtarzalnej, oryginalnej opowieści.

Jedną z zalet książki Tremayne jest, podobnie jak w "Bliźniętach z lodu", jest ten fantastyczny szkocki krajobraz, to dzikie morskie wybrzeże, które wzbudza nie tylko zachwyt, ale i pewien nieokreślony niepokój. Jeśli podobnie jak i mnie zaintrygowały Was kopalnie na wybrzeżach Szkocji, których tunele przebiegały pod dnem oceanu, polecam zgłębienie tematu. W TYM miejscu znajdziecie odnośnik do artykułu na stronie Daily Mail, który poświęcony jest kopalniom na wybrzeżu Kornwalii - artykuł polecam tym bardziej, że towarzyszą mu piękne zdjęcia, dzięki którym można lepiej poczuć grozę i niebezpieczeństwo, jakie niosła z sobą praca w tym miejscu. Kilka informacji z artykułu pokrywa się z tym, co w książce zawarł autor, m. in. to, że w kopalniach chętnie wykorzystywano osoby niewidome, gdy w tunelu gasło nagle światło, stawały się one przewodnikami dla całej grupy, kierując ją w stronę wyjścia. Kto wie, może właśnie taki artykuł stał się dla autora inspiracją do napisania całej książki?

Niestety, nie do końca wszystko mi tutaj pasowało. Po pierwsze, dosyć ciężko było mi się wczuć w historię, a to dzięki temu, że ta idylla, którą w pierwszych rozdziałach usiłował stworzyć autor ocierała się o dość kiepski erotyk, skutecznie mnie irytując i nudząc. Na szczęście, gdy akcja nabrała tempa, skończyły się również elementy z erotyką, na czym historia tylko zyskała. Co jeszcze nie spodobało mi się w książce, to pewne wzorce, które poznaliśmy już w pierwszej książce Tremayne "Bliźniętach z lodu", a które pojawiły się i tutaj. Niewiarygodna narratorka, porywczy pan domu, dziecko przechodzące załamanie nerwowe. Na pewno nie pomogło również rozwiązanie wątku Rachel, dość powiedzieć, że to grande finale było dla mnie dość naciągane i o ile w "Bliźniętach z lodu" zakończenie było zaskakujące, to tutaj autor trochę za bardzo poszedł w stronę polsatowskich "Trudnych spraw", a szkoda.

Jedna rzecz, która mnie szczególnie irytuje w obu książkach autora, to postacie dziecięce. Nigdy nie spotkałam się z tak drażniącymi charakterami, a Tremayne posiada szczególny dar do ich tworzenia. Fakt, że są to dzieci z traumą, po okropnych przejściach, jednakże jest ciężko się z nimi utożsamiać, ciężko im współczuć, ponieważ mają w sobie taką szczególną płaczliwość, taką odporność na autorytet rodzicielski, która staje się wręcz niebezpieczna dla zdrowia, a nawet życia, ponieważ to częściowo przez tę dziecięcą niepokorność dochodzi do wypadków, z konsekwencjami których muszą potem zmierzyć się bohaterowie.

Pomimo lekkiego rozczarowania, nie mogę stwierdzić jednoznacznie, że jest to zła książka. Nie, to co mnie zawiodło, nie miało ostatecznie wpływu na fakt, że napięcie mnie nie opuszczało aż do ostatnich stron i właśnie dlatego uważam, że "Dziecko ognia" sprawdzi się jako dreszczowiec do czytania podczas wakacyjnych wyjazdów czy weekendowego lenistwa.

Dziecko ognia, S.K.Tremayne, wyd. Czarna Owca, 2017, tyt. oryg. The Fire Child, przekład: Anna Krochmal, Robert Kędzierski, 352 strony

piątek, 2 czerwca 2017

TRENDY #1 - Książki o przyrodzie - dla dorosłych i nie tylko

Przeglądając w miarę regularnie ofertę wydawniczą naszych rodzimych (ale również i na świecie)  wydawców nie sposób nie spostrzec, że książki, podobnie jak i inne dziedziny życia, podlegają pewnym trendom. Tak samo jak w modzie, gdzie mała czarna zawsze jest mile widziana, klasyka literatury jest zawsze na czasie, ale często pojawia się tematyka, która jest szczególnie popularna w danym momencie i książki poruszające podobne zagadnienia nagle wyrastają jak grzyby po deszczu. 

Tak właśnie jest z obecnym trendem ekologicznym, który wpisuje się w nurt wydarzeń na świecie. Nie ma chyba bardziej aktualnego tematu czy bardziej palącego problemu w tej chwili, aniżeli stan klimatu naszej planety. Nasza świadomość ekologiczna jest na szczęście coraz większa, coraz chętniej skupiamy się na tym, co jest najlepsze dla przyrody, bierzemy pod uwagę konsekwencje beztroskiego niszczenia planety, jakie dotychczas miało miejsce i staramy się zniwelować zagrożenia póki jeszcze możemy. Działania nasze mają swoje odzwierciedlenie w większości dziedzin naszego życia, w diecie, w budownictwie, w inżynierii. Wychodzimy naprzeciw przyrodzie, a książki, które pomagają nam ją lepiej zrozumieć cieszą się ogromną popularnością. 

Jakie to więc skarbnice wiedzy w ostatnich miesiącach przygotowały dla nas wydawnictwa? (Kliknięcie w podpis pod zdjęciem przeniesie Cię na stronę wydawnictwa poświęconą tej konkretnej pozycji lub serii - opis książki zaczerpnięty od wydawcy)

Otwarte
W lesie dzieją się zdumiewające rzeczy. Są tam drzewa, które porozumiewają się ze sobą, drzewa, które z oddaniem troszczą się o swe potomstwo oraz pielęgnują starych i chorych sąsiadów, drzewa, które doświadczają wrażeń, mają uczucia i pamięć. Niewiarygodne? Ale prawdziwe! Leśniczy Peter Wohlleben snuje fascynujące historie o zdumiewających zdolnościach drzew. Przytacza wyniki najnowszych badań naukowych i dzieli się swoimi obserwacjami z codziennej pracy w lesie. Otwiera przed nami sekretny świat, jakiego nie znamy. 




Otwarte
Koguty okłamujące kury? Łanie pogrążone w żałobie? Zawstydzone konie? To przejawy fantazji ekologów czy naukowo udowodnione fakty z życia zwierząt? Czy tak różnorodne życie uczuciowe nie jest zastrzeżone jedynie dla ludzi?
Peter Wohlleben, leśnik i miłośnik przyrody, korzystając z najnowszych badań naukowych i własnych obserwacji, udowadnia, że zwierzęta i ludzie w sferze uczuć i doznań są do siebie podobni. Odkrywa przed nami niesamowite historie zwierząt, w których możemy zaobserwować ich mądrość, współczucie, troskę czy przyjaźń.




Muza
Ptaki od zawsze fascynują człowieka. Postrzegamy je przez pryzmat własnych uwarunkowań: umiejętności, ograniczeń i światopoglądu. W tej książce zostały wyeksponowane ich szczególne zdolności lub zachowania i to w taki sposób, że trudno nie nabrać przekonania, iż nawet najpospolitsze z nich: sroka, kura domowa, gołąb pocztowy czy szpak odznaczają się czymś, co jest w stanie zadziwić człowieka. Tańczą w rytm muzyki, rozpoznają własne odbicie w lustrze, rozróżniają ludzkie twarze, „opłakują” zmarłych pobratymców i tworzą istne dzieła sztuki.
Czy stwierdzenie, że ptaki wykazują zachowania analogiczne do ludzkich emocji, byłoby zbyt daleko idące? „Inteligencja, altruizm, samoświadomość, miłość... Jak pisze autor: Badając ptaki, ostatecznie dowiadujemy się czegoś o nas samych.
Noah Strycker jest przyrodnikiem, podróżnikiem i współredaktorem poczytnego w Stanach Zjednoczonych magazynu „Birding”. Ma umiejętność pisania o świecie ludzi i ptaków bez upraszczania któregokolwiek z nich... Zna się zarówno na posługiwaniu słowem, jak i na ptakach.


Feeria
Czy las może nas jeszcze czymś zaskoczyć? Jak wiele umyka nam, gdy biegniemy leśną ścieżką ze słuchawkami w uszach?

Może warto kiedyś zatrzymać się na dłużej i posłuchać, co las ma nam do powiedzenia? Zapalony biolog David Haskell poświęcił tej obserwacji rok swojego życia. I kiedy pewnego razu stał w lesie nago, usiłując zrozumieć, jakim cudem mała sikorka jest w stanie przetrwać zimę w lesie bez dodatkowej warstwy piór, zadał sobie pytanie o miejsce człowieka w tym niezwykle złożonym świecie natury.

Salamandra przemykająca po liściu, pierwszy wiosenny kwiat, traszka, świetliki, porosty i mchy – oto mikrokosmos pełen nieoczekiwanych tajemnic, las w swoich zadziwiających przejawach.
Poetycka elegancja stylu, filozoficzna głębia przekazu i ogromna wiedza przyrodnicza zawarta w "Ukrytym życiu lasu" zaprowadziły Haskella aż do finału Nagrody Pulitzera. Jego książka, obsypana nagrodami, ukazała się w wielu krajach na całym świecie.


Wydawnictwo Literackie
Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i innych roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet… bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże. Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.
Anne-France Dautheville, która zainteresowała się światem roślin, pielęgnując własny ogród, zebrała w tej książce ponad 200 faktów z życia flory. Zaskakujących, zabawnych, a czasem przyprawiających nawet o dreszcze. Kto by podejrzewał, że listki, płatki, nasiona i korzonki kryją aż tyle tajemnic?


Wydawnictwo Literackie
Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja?
W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować. Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.
Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.


Bukowy Las
Czy zdajecie sobie sprawę, że rośliny wokół nas porozumiewają się ze sobą? Są zdolne do dokonywania wyborów, uczenia się i zapamiętywania? Stosują wyrafinowane metody polowania i sprytnie manipulują zwierzętami? Mają inteligencję zbiorową i uczestniczą w życiu społecznym? Posiadają osobowość i dysponują – jak my – pięcioma zmysłami? 
Od roślin możemy się wiele nauczyć, przekonuje Stefano Mancuso, jeden z największych światowych autorytetów w dziedzinie neurobiologii roślin. Swoimi badaniami udowadnia, że gdyby udało się nam lepiej zrozumieć i wykorzystać inteligencję roślin, być może moglibyśmy zrezygnować ze stosowania pestycydów lub potrafilibyśmy projektować lepsze komputery i sieci. Napisana z pasją Błyskotliwa zieleń uchyla przed nami drzwi do nieznanego świata. Jeżeli go nie zrozumiemy, nie przetrwamy.


Wydawnictwo mg
Historia nauki dowodzi, że wiek XIX był czasem chemii, XX fizyki, a XXI prawdopodobnie będzie wiekiem biologii. Nauki biologiczne należą do tych, które w coraz szybszym tempie spektakularnie wyjaśniają skomplikowane mechanizmy rządzące między innymi światem roślin. W świetle dzisiejszej wiedzy śmiało możemy mówić o inteligentnych zachowaniach roślin. Lektura książki Maurice’a Maeterlincka – belgijskiego dramaturga i poety, laureata nagrody Nobla, a również znakomitego przyrodnika – pozwoli czytelnikom tej książki z zachwytem podziwiać świat roślin, opisany z głęboką wiedzą wyjątkowo pięknym językiem.




Vivante
Wszystko zaczęło się, kiedy Nathanael Johnson postanowił nauczyć córeczkę nazw wszystkich drzew, które mijali w drodze do przedszkola w San Francisco. Mały projekt zamienił się w wielką przygodę mającą na celu odkrycie sekretów i ciekawostek dotyczących fauny i flory w mieście. Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli uchylają rąbka tajemnicy z życia zwierząt i roślin, które znajdziesz na pobliskim skwerze, w parku czy przy drodze do pracy. Lupa, lornetka i przewodnik - tylko tyle potrzeba, aby poznać fascynujący świat miejskiej przyrody. Każdy z bohaterów książki odkrywa nie tylko własną historię, ale ukazuje również prawdziwe oblicze świata natury – który bywa przewrotny, czasem irytuje, ale przede wszystkim jest przepiękny. Zagłębiając się w miejską dżunglę, dowiesz się, że gołębie potrafią latać z prędkością 177 kilometrów na godzinę oraz dobierają się w pary na całe życie, a wrony nie tylko zapamiętują ludzkie twarze, ale potrafią robić na złość tym, którzy wchodzą im w drogę. Z kolei liście nasturcji idealnie nadają się na kanapkę, a składniki na najlepszą sałatkę znajdziesz w parku.


Seria Menażeria wydawnictwa Czarne


Seria EKO wydawnictwa Marginesy

Niniejsza lista miała pierwotnie mieć tylko charakter prywatny, kiedy jednak zaczęłam szukać "zielonych" książek, szybko okazało się, że jest ich tyle, że do głowy przyszło mi ich zestawienie w celu ułatwienia innym ich szukania. Jest to temat tak rozległy, że na jednym poście się nie skończy, a wręcz przeciwnie, kolejny już jest w planach, a będzie poświęcony książkom o przyrodzie dla dzieci - jest ich przeogromna ilość, a graficznie są to małe dzieła sztuki, zasługują więc na osobną wzmiankę. Jeżeli natomiast pominęłam jakąś książkę dla dorosłych wartą uwagi, chętnie się o tym dowiem:)

wtorek, 16 maja 2017

O DOBRYM JEDZENIU, Agata Michalak



Przez dość długi czas kuchnia polska cieszyła się mało przyjemną łatką kuchni tłustej i nudnej, a najbardziej ucierpiała na skutek otwarcia polskiego rynku na zachodnie dobra i zwyczaje kulinarne po roku 1989. Nagle dzięki pojawieniu się szerokiego wachlarza nowych produktów zaczęliśmy chętniej sięgać po atrakcyjną, bo nową żywność i eksperymentować w duchu kuchni międzynarodowych. Selekcja makaronów i sosów szybko zjednała sobie rzesze fanów, tak samo z produktami kojarzonymi z kuchnią chińską czy japońską. Na stołach Polaków zagościły jednak nie tylko produkty kojarzone z wyższym standardem życia, czyli na przykład owoce morza, ale także te bardziej pospolite, bez których dzisiaj niektórzy nie są w stanie się obejść, czyli fast foody - tradycyjną zapiekankę z budki, bagietkę z pieczarkami zapiekaną pod serem, zastąpiły pizza, hot dog, hamburger i kebab. Obecnie jednak, wraz ze wzrostem zanieczyszczenia żywności, gdy konsumenci coraz częściej świadomi są, skąd pochodzi kupowana przez nich żywność, że to co tanie i ogólnie dostępne niekoniecznie przekłada się na jakość, powoli buduje się trend, który można zawrzeć w słowach :"Cudze chwalicie, swego nie znacie." I właśnie duch patriotyzmu lokalnego w gastronomii przewodzi w książce Agaty Michalak "O dobrym jedzeniu".

Michalak, redaktorka naczelna magazynu kulturalno-kulinarnego „Kukbuk”, łącząca miłość do jedzenia z kulturoznawstwem, w swojej książce dzieli żywność produkowaną w Polsce na kilka kategorii, konkretnie na siedem i każdej z nich poświęca osobny rozdział. W każdym z rozdziałów spotykamy się ze specjalistą w danej kategorii - z szefami kuchni, rzeźnikami, naukowcami, hodowcami, producentami. Ogółem są to ludzie, których kariera nieodłącznie związana jest z jedzeniem, pasjonaci, którzy z oddaniem wykonują swoją pracę i z radością witają zmiany zachodzące w mentalności żywieniowej Polaków, do czego często dążą. Rosnąca bowiem świadomość klientów przekłada się na zapotrzebowanie wysokogatunkowej żywności, a to w efekcie oznacza zwiększenie produkcji. To z kolei jest dla tych ludzi znakiem, że wysiłek włożony w wykonywaną przez nich pracę nie idzie na marne, nadaje sens temu co robią. Owszem, przekłada się on często na większe zyski, ale nie jest to regułą, jak możemy przekonać się na przykładzie małżeństwa serowarów, których historia wraz z przeprowadzoną rozmową przedstawiona jest w rozdziale o właśnie serach.

Czym jest to tytułowe dobre jedzenie? To przede wszystkim żywność produkowana lokalnie, najlepiej z regionu, w którym mieszkamy, a nade wszystko polska, pochodząca od sprawdzonego producenta, który wyrabia ją z sercem, przekłada jakość nad ilość, tradycję nad łatwy zysk. To również dziedzictwo - żywność, która na naszych ziemiach produkowana była już stulecia temu - jak na przykład rozmaite gatunki jabłoni, szparagi, które traktuje się jeszcze trochę egzotycznie, a które były rośliną pospolicie występującą na polskich stołach, leśna zwierzyna czy tzw. piątka ćwiartka, czyli te wszystkie produkty i potrawy spożywane niegdyś regularnie, które były podstawą polskiej kuchni, a które z rozmaitych względów popadły w niełaskę lub zapomnienie. To wszystko powoli dzisiaj wraca do łask, stając się zdrową i bezpieczną alternatywą dla żywności importowanej spoza Polski lub tej produkowanej w Polsce, ale na masową skalę, co często oznacza produkt o bardzo słabej jakości, w skład którego wchodzi pół tablicy Mendelejewa, woda lub modyfikowana genetycznie soja.

Kto powinien zapoznać się z "O dobrym jedzeniu"? Każdy, kto choć trochę interesuje się gastronomią, kto odżywia się świadomie i nie chce być zdany na łaskę wielkich sieci supermarketów i dyskontów, ale szuka dobrej żywności u małych producentów, kto docenia pasję, z jaką tworzone są produkty o wysokiej jakości, ta książka jest właśnie dla niego. Rozmowy przeprowadzone przez autorkę dają znakomity obraz stanu, w jakim znajduje się obecnie polska produkcja żywności, jak wyglądają współczesne nawyki żywieniowe Polaków i dokąd zmierza polska gastronomia. Jest to zagadnienie bardzo interesujące, a dzięki rzetelności autorki i jej dogłębnej znajomości tematu, książka jest także bogatym źródłem informacji - jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś na temat banku nasion (fascynujące!), kim jest pomolog, czy polskie sery prześcigają francuskie, nie zawiedziecie się sięgając po "O dobrym jedzeniu".
Jest w Polsce sporo produktów, o których warto opowiadać, bo są częścią godnego zachowania dziedzictwa, jak stare odmiany roślin jadalnych, albo efektem pięknej pasji w nowym kształcie, tak jak serowarstwo. Uatrakcyjniają one region i dają zajęcie coraz większej liczbie osób. Są w końcu ludzie, którzy działają mądrze i z sercem, kierując się nie potrzebą zysku, ale chęcią wytworzenia odrobiny dobra - rozumianego jako coś dobrego, nie zaś jako produkt, choć to o nim ostatecznie mówimy. Ci producenci rozumieją, że pełen smaku, soczysty pomidor, maleńka gomółka sera albo pajda świetnego chleba na zakwasie, choć nie zmienią świata, mogą rozjaśnić ten moment, gdy się z nimi stykamy, rozbłyskiem przyjemności. I czymś jeszcze - może wrażeniem, że oto jesteśmy w domu, może odrobiną ciepła rozlewającego się po duszy, zupełnie niezależnego od warunków atmosferycznych. Wierzę, że takie momenty są potrzebne. Że obcowanie z produktami, które ktoś wykonał dla nas z całą troskliwością, na jaką było go stać, motywowany głównie naszym dobrem (bo z jego zyskiem bywa różnie), nie tylko nas karmi, lecz także czyni lepszymi ludźmi.

O dobrym jedzeniu, Agata Michalak, wyd. Czarne, 2017, 216 stron

wtorek, 25 kwietnia 2017

KONIEC SAMOTNOŚCI Benedict Wells

Czy mieliście kiedykolwiek podobne doświadczenie? Bierzecie do ręki książkę, niby coś tam o niej wiecie, niby macie już delikatne wyobrażenie na temat tego, co się będzie w niej znajdowało, zaczynacie czytać - pięć, dziesięć stron i nic. Przewracacie dwudziestą czwartą i bach! oto okazuje się, że każdy zwrot akcji, każda scena, każde słowo są idealnie wykreowane, idealnie na swoim miejscu, mało tego - to o czym jest książka, jej idea przewodnia, myśli, którymi pisarz chce się podzielić, to wszystko pokrywa się z Waszymi przemyśleniami! Nagle okazuje się, że nie jesteście sami ze swoimi pytaniami i obawami, jest ktoś, kto również ich doświadczył, nurtowały go podobne zagadnienia, a teraz na kartach tej właśnie książki znajdujecie odpowiedzi, znajdujecie rozumowanie  rzucające światło na aspekty problemu, o których nie mieliście pojęcia, a które przynoszą Wam odrobinę ukojenia...To wszystko, zupełnie niespodziewanie, właśnie udało mi się przeżyć dzięki lekturze "Końca samotności".

Jules, główny bohater i narrator książki, jako dziecko traci rodziców w wyniku wypadku samochodowego i wraz z dwójką starszego rodzeństwa umieszczony zostaje w internacie. Tutaj drogi rodzeństwa, choć wcześniej dość bliskiego, rozchodzą się. Każde na swój sposób dochodzi do siebie po tragedii - brat Julesa, Marty zatapia się w nauce i planuje skupić się na rozwoju najnowszych technologii, siostra, Liz, jest tą najpopularniejszą dziewczyną, najgłośniejszą, najładniejszą, jej sposobem na ucieczkę od rzeczywistości są narkotyki, alkohol i przypadkowy seks. Natomiast Jules ze śmiałego i przebojowego chłopca zmienia się w żyjącego w swoim świecie marzyciela. Trzyma się na uboczu aż do dnia, kiedy w szkole poznaje Alvę, z która zostaje jego przyjaciółką, aczkolwiek to uczucie ze strony Julesa szybko zaczyna przeobrażać się w coś więcej...

Ciężko jest powiedzieć coś więcej na temat fabuły bez zdradzania dość istotnych wątków, które lepiej jest odkrywać samemu. Jakiego rodzaju książką jest więc "Koniec samotności"? Z pewnością nie jest to romans, czego ja się troszkę spodziewałam, zasugerowana okładką, aczkolwiek znajdziemy tutaj ogromne pokłady miłości. "Koniec" to bardzo spokojna, życiowa, mądra książka o utracie i jak się z nią pogodzić. Jak odzyskać nadwątlone więzy rodzinne, jak utrzymać przyjaźń, jak przeżyć po ich utracie, jaki w ogóle jest sens o nie walczyć - czy życie jako samotna wyspa ma w dalszej perspektywie pozytywne strony? Wreszcie, co najwięcej dla mnie znaczyło, to próba wytłumaczenia śmierci, oswojenia jej i życia z jej perspektywą. Na co dzień, wobec rutyny i natłoku obowiązków, pędząc wciąż za czymś, spiesząc się wszędzie, zapominamy o tym, jak krótkie i jak kruche jest nasze życie. W jednej chwili może okazać się, że ten miesiąc, tydzień, dzień to już wszystko co mamy do wykorzystania. I co potem? Co się dzieje z tymi, których zostawiamy za sobą? Jak oni mają potem żyć z tym ciężarem straty, z tym brakiem? Ile takich ciosów jest w stanie przyjąć na siebie człowiek? Bez moralizowania, pouczania, autor nie ofiarowuje złotego środka na tacy, ale subtelnie prowadzi czytelnika przez historię i pozwala spokojnie dojść do odpowiedzi, jakiekolwiek ciężkie i niekomfortowe by one nie były.
O ile dawniej czułem się pewnie z samym sobą, o tyle teraz bywały chwile, w których na widok przytłumionego światła wieczorem w mrocznym korytarzu albo drzew rzucających posępny cień na okolicę  nagle coś się we mnie zamykało. To, że znajdowałem się na planecie pędzącej z nieprawdopodobną prędkością przez wszechświat, wydawało mi się równie przerażające jak nowa, wytrącająca z równowagi myśl, że śmierć jest nieunikniona. Moje strachy rosły, przypominały powiększającą się rysę. Zacząłem bać się ciemności, śmierci, wieczności. Myśli te wbijały kolce w moje serce (...).
Jestem świadoma, że nie jest to najlepsza i najgenialniejsza książka na świecie, i może nie każdy powinien ją przeczytać i na pewno nie do każdego trafi ze swoją historią i przekazem. Ale jest to jednocześnie książka, która skradła moje serce. Książka, która ma ogromną szansę stać się książką mojego życia. Książka, do której będę wracać. Książka, w której mam oznaczone z kilkadziesiąt cytatów, do których chcę często zaglądać. Książka o sile miłości, przyjaźni, rodzinie, o tym czy można pogodzić się ze stratą najbliższych, jak zaakceptować śmierć, bo czy chcemy czy nie, jest ona nieunikniona i wpisana w krajobraz życia każdego z nas, i musimy mieć tego świadomość. Tym właśnie wszystkim jest dla mnie "Koniec samotności" Benedicta Wellsa i zachęcam do zapoznania się z nią, aby przynajmniej wyrobić sobie własne zdanie na jej temat, a kto wie, może i Wam przypadnie tak bardzo do serca jak to było w moim przypadku.

Koniec samotności, Benedict Wells, wyd.Muza, 2017, tytuł oryg. Vom Ende der Einsamkeit, przekład: Victor Grotowicz, 384 strony

wtorek, 4 kwietnia 2017

NIEZNAJOMY Harlan Coben



Ile potrzeba czasu, aby zniszczyć czyjeś życie? Ile trzeba zrobić, aby czyjś uporządkowany świat runął? W przypadku głównego bohatera "Nieznajomego", Adama Price'a, wystarczy tylko kilka wypowiedzianych słów przez nieznanego mu mężczyznę, jedno zdanie, które wywraca jego uporządkowaną codzienność do góry nogami, a wiarygodność najbliższej mu osoby, czyli jego żony, zostaje poddana w wątpliwość. Od momentu spotkania z obcym mężczyzną nic już nie będzie takie same. Podczas konfrontacji Adama z żoną ta udziela mu niejasnych odpowiedzi, a dzień później decyduje na tymczasowe opuszczenie rodziny, aby poukładać swoje sprawy. Jednak jej zachowanie oraz przedłużająca się nieobecność są dla Adama niepokojącym sygnałem, że czas wziąć sprawy we własne ręce i odkryć wszystkie karty, rozpoczynając od tożsamości człowieka, od którego zaczęły się problemy, czyli od nieznajomego.

Cała misternie upleciona przez autora historia opiera się na założeniu, że w Internecie czujemy się swobodnie, za swobodnie i robimy rzeczy, o których nasi bliscy woleli by nie wiedzieć, co jednocześnie wystawia nas na łatwy cel ludzi, którzy są w stanie do tych naszych sekretów dotrzeć. Coben w znakomity sposób udowadnia czytelnikowi, że poczucie bezpieczeństwa, jakie odczuwamy na co dzień, jest tylko pozorne. Nigdy nie jesteśmy anonimowi w Internecie, a nasze sekrety, o których wydaje nam się, że są dobrze skrywane, łatwo mogą zostać wydobyte przez osoby trzecie i jednocześnie zmienić się w broń wymierzoną właśnie w nas samych. Pozorna anonimowość jest silną pokusą, aby dać ujście swoim potrzebom w miejscu, gdzie wydaje nam się, że jesteśmy nienaruszalni.

Historia Adama wymusza na nas refleksję, ile jesteśmy w stanie wybaczyć tym, których kochamy, gdzie przebiega ta granica i co się za nią znajduje. W momencie, gdy dowiemy się, że zdarzyło się, że nasze zaufanie zostało wykorzystane, czy będziemy na tyle silni, by postawić dobro związku i rodziny ponad własną zranioną dumę i obdarzymy tą bliską osobę kolejnym kredytem zaufania? "Nieznajomy" jest jednocześnie opowieścią o tym, co jesteśmy w stanie zrobić, ile poświęcić dla najbliższych nam osób, aby zapewnić im bezpieczeństwo. W momencie zagrożenia, gdy zaledwie jedna chwila może zadecydować o przyszłości, a nawet życiu czy śmierci, jakich ekstremalnych środków będziemy w stanie użyć, aby zagwarantować rodzinie bezpieczeństwo?

Tytułowy nieznajomy ma w niniejszej książce kilka znaczeń. To przede wszystkim ta obca osoba, która pojawia się znikąd i z tylko sobie wiadomych powodów bez skrupułów wchodzi z butami w nasze życie, bezpowrotnie je rujnując, po czym znika, aby uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności. Określenia tego możemy także użyć w kontekście członka rodziny, o którym myśleliśmy, że wiemy wszystko, a jednak gdy dowiadujemy się jakie brudne sekrety były przed nami skrywane, jawi nam się taka osoba w zupełnie nowym świetle, zupełnie nam nieznanym.

Podsumowując, "Nieznajomy" Harlana Cobena jest całkiem niezłym thrillerem, z którym przyjemnie spędzimy wieczór lub dwa. Opowiedziana w nim historia nie jest może najoryginalniejsza, ale niesie z sobą przesłanie, którego nie należy ignorować, a na pewno warto się nad nim zastanowić.



Nieznajomy, Harlan Coben, wyd. Albatros, 2016, tytuł org. The Stranger, przekład: Robert Waliś, 416 strony