Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 czerwca 2018

VATERLAND, Robert Harris



Jest rok 1964 i Niemcy przygotowują się właśnie do obchodów siedemdziesiątych piątych urodzin...Adolfa Hitlera, na których ma pojawić się sam prezydent Stanów Zjednoczonych, Joseph P. Kennedy, ojciec Johna F. Kennedy 'ego. Brzmi dziwnie i niepokojąco, prawda? Taka właśnie jest wizja Roberta Harrisa, twórcy światowych bestsellerów takich jak "Pompeje", "Monachium" czy "Autor widmo", specyficznych thrillerów, w których autor nawiązuje do autentycznych wydarzeń z historii i polityki. W "Vaterlandzie" Harris bierze na tapet drugą wojnę światową, a konkretnie nazistowskie Niemcy i stawia pytanie: jak potoczyłyby się losy świata, gdyby to Hitlerowi udałoby się wygrać wojnę?

Do roku 1942 bieg historii u Harrisa jest identyczny z tym, który znamy, potem jednak zaczyna się horror. Oto bowiem Naziści dowiadują się, że Brytyjczykom udało się rozszyfrować Enigmę i od tej chwili wydarzenia rozgrywają się na korzyść Niemiec. Inwazja na Normandię nie ma w ogóle miejsca, za to Wielka Brytania podpisuje w 1944 roku traktat pokojowy, a rodzina królewska ucieka do Kanady. Traktat podpisują również Stany Zjednoczone w 1946 roku. zaraz po tym, jak nad Nowym Jorkiem wybucha nieuzbrojona rakieta, będąca demonstracją niemieckich możliwości. A ponieważ Stanom udaje się pokonać w tym samym roku Japonię, to właśnie te dwa państwa stają się światowymi superpotęgami połączonymi kruchym, ale jednak sojuszem. Przyczajona na wschodzie Rosja teoretycznie została podbita podczas drugiego podejścia Niemców (pierwsze, zgodnie z tym co wiemy i dzisiaj, zakończyło się niepowodzeniem), kiedy to udało się odciąć armii rosyjskiej dostawy ropy, jednak pomimo formalnego aktu kapitulacji, nieprzerwanie od dwudziestu lat Rosjanie toczą wojnę partyzancką.

Jak w tym wszystkim ma się kwestia Holocaustu? To właśnie zagłada Żydów jest najpilniej strzeżonym sekretem przez Nazistów sekretem, który ujawniony mógłby zmienić obecną sytuację polityczną: świat bowiem ciągle nie wie nic o obozach, o pociągach, którymi zwożono setki tysięcy ludzi, po to, by ich zgładzić w jak najbardziej efektywny sposób. Chociaż chodzą na temat zniknięcia Żydów różne pogłoski, nikt naprawdę nie zdaje sobie sprawy z rozmiaru eksterminacji, do której posunął się Hitler wraz ze swoimi ludźmi. W samych Niemczech ludzie lokowani są w mieszkaniach i lokalach, które niegdyś należały właśnie do Żydów - większość nie poddaje nigdy w wątpliwość co też mogło się stać z poprzednimi właścicielami, biernie podporządkowując się woli państwa w myśl zasady, iż wie ono najlepiej co dobre dla swoich obywateli. Zniknięcie z powierzchni Ziemi kilku milionów ludzi przeszło zatem niemal nie zauważone, a jego sprawcy wciąż pozostają bezkarni i nie zanosi się na to, by mieli kiedykolwiek ponieść konsekwencje swoich działań.

Do zdecydowanego atutu "Vaterlandu" należy odtworzenie przez Harrisa nazistowskiej propagandy. Bazując na dostępnej wiedzy o jej faktycznym działaniu, autor rozciąga jej wpływy na czasy powojenne w nowej, alternatywnej rzeczywistości, a efekty robią wrażenie. Oto bowiem Niemcy stały się państwem totalitarnym, gdzie trudno znaleźć jakąkolwiek opozycję - wszelkie działania w tym kierunku zostają stłumione w zarodku, często właśnie dzięki pomocy obywateli, którzy już od najmłodszych lat wychowywani są w duchu bezkrytycznego uwielbienia dla Rzeszy, nawet jeśli oznacza to denuncjowanie członków własnej rodziny - nie liczą się więzy krwi, liczy się tylko i wyłącznie patriotyzm. Stąd również i tytuł książki: "Vaterland", czyli kraj ojców - tylko ojczyzna ma znaczenie dla prawdziwych Niemców. Nawet jeśli owa ojczyzna robi im pranie mózgów, ogranicza ich swobodę i prawa, a za pomocą kontrolowanych ostrą cenzurą mediów przekazuje im odpowiednio spreparowane wiadomości ze świata, tak operując nimi, aby tylko ziemia ojczysta była tym najwspanialszym i najidealniejszym miejscem na całej Ziemi. Nawiasem mówiąc, czy nie brzmi to bardzo znajomo i bardzo aktualnie?

Pomimo zachwytu nad kompleksową budową całej tej alternatywnej historii, książkę trudno określić mianem doskonałej. Chociaż świat stworzony przez autora jest bez zarzutu, główni bohaterowie "Vaterlandu" niestety zawodzą. Xavier March, detektyw policji kryminalnej, z zamysłu jest dla takiego czasu i miejsca akcji postacią wręcz idealną - wysoko postawiony pracownik niemieckiej policji, budzący strach i respekt z racji sprawowanego stanowiska, jednocześnie kwestionuje to, co dzieje się wokół niego, w głębi duszy nie zgadza się z propagandą rządu i widzi jej szkodliwość. Zdaje sobie sprawę, że imperium niemieckie zbudowane zostało na trupach wielu niewinnych ludzi - jak wielu, będzie mu dopiero pisane odkryć. Chociaż przezornie nie dzieli się z nikim swoimi poglądami, jego brak zaangażowania w działalność partyjną nie przechodzi niezauważony. Może się tylko domyślać co dzieje się za jego plecami - w rzeczywistości staje się przedmiotem wielu donosów, nawet ze strony osób, które uważa za najbliższe. Szkoda zatem, że brak tej postaci większej głębi. Autor miał tu zdecydowanie szerokie pole do popisu, tworząc człowieka mocno skonfliktowanego wewnętrznie pomiędzy służbą dla narodu niemieckiego, którego jest obywatelem i na którego dobru powinno mu zależeć jako patriocie, a świadomością, że jest na rozkazach ludzi, którzy mają na rękach krew milionów ofiar. Trochę tu tego zabrakło, nie widać również przemiany, jaką naturalnie w tych okolicznościach powinien przejść bohater.

Jakże wiele książka mogła zyskać, gdyby tylko autor nie zdecydował się na zamieszczenie sztampowej postaci kobiecej i sztampowego wątku miłosnego. Już w momencie gdy na horyzoncie pojawia się piękna młoda dziennikarka, oczywiście będąca Amerykanką, co tym bardziej jest atrakcyjne dla udręczonego niemiecką propagandą Marcha, wiadomo, że tych dwoje będzie razem i wiadomo również, że z racji pochodzenia obojga żadne "długo i szczęśliwie" nie wchodzi w rachubę. Szkoda, że przy tak misternie i pieczołowicie stworzonym świecie przedstawionym, gdzie widać jak niesamowity ogrom pracy został włożony przez pisarza, gdzie postaci autentyczne mieszają się z fikcyjnymi, a wydarzenia pseudo historyczne są tak przemyślane, że momentami ciężko odróżnić fikcję od faktu, autor zdecydował się na tak banalną historię związku dwojga ludzi, a jedyna znacząca postać płci żeńskiej służy poza tym tylko popychaniu gdzieniegdzie akcji do przodu.

Podsumowując, jest to bardzo dobry thriller, niepozbawiony wad, ale przerażający, i to nie tylko rozmachem bestialstwa, do jakiego zdolny jest gatunek ludzki. Najbardziej mrożąca krew w żyłach jest świadomość, że wizja, którą przed czytelnikiem roztacza autor, była - i wciąż tak naprawdę pozostaje - bardzo prawdopodobna, a porządek świata jaki dzisiaj znamy, mógł wcale nie zaistnieć. Robert Harris daje nam wgląd w przerażającą przeszłość, która na szczęście nie miała nigdy miejsca, a która z powodzeniem może służyć jako przestroga przed państwem totalitarnym, zagrożeniem wciąż bardzo realnym w naszych czasach, co jesteśmy w stanie sobie uzmysłowić jeśli tylko dokładnie prześledzimy wiadomości napływające z kraju i świata.

Vaterland, Robert Harris, wyd. Albatros, 4 kwietnia 2018r., tyt. oryg. Fatherland, przekład: Andrzej Szulc, 432 strony





Książka na stronie wydawnictwa

piątek, 25 maja 2018

ZANIM POZWOLĘ CI WEJŚĆ, Jenny Blackhurst



Książka Jenny Blackhurst "Zanim pozwolę ci wejść", która niedawno miała swoją premierę w Polsce, wyszła w serii, w której ukazały się również książki Alex Marwood i Tany French. Bardzo sobie cenię książki Marwood, miałam więc nadzieję na klimatyczny thriller psychologiczny, w którym wątki obyczajowe będą grały główną rolę. I nie zawiodłam się, bowiem to właśnie dostałam - dość kameralną historię o obsesji, zdradzie i maskach, jakie na co dzień nakładamy, a do tego znakomicie zbudowane napięcie, które nie pozwoliło mi odłożyć książki - a czasem i przerwać jej słuchania, bowiem lekturę egzemplarza papierowego przeplatałam audiobookiem, kiedy obowiązki domowe kazały mi zająć ręce czymś innym niż lekturą.

Jenny Blackhurst jest młodą brytyjską autorką, w której dorobku znajdują się już trzy książki, gdzie "Zanim pozwolę ci wejść" jest następną po debiutanckim "How I Lost You". Jest to historia trzech przyjaciółek znających się od dziecka, która rozpoczyna się dla nas w momencie, gdy jedna z nich, pani psycholog Karen, odbywa pierwsze spotkanie z nową pacjentką, Jessicą. W dziewczynie jest coś, co budzi niepokój lekarki, pewna źle skrywana wrogość, która zaskakuje u osoby, którą widzi pierwszy raz na oczy. Z czasem okazuje się, że w życiu Karen i jej przyjaciółek zaczyna dochodzić do pewnych niepokojących zdarzeń, które pozornie noszą znamiona zwykłej ludzkiej nieostrożności, jednak psycholożka podejrzewa, że mają one związek z Jessicą. Dlaczego obca osoba miałaby działać na szkodę którejkolwiek z nich? Jakie są jej motywy?

To przede wszystkim książka o kobietach, ale skierowana nie tylko do nich - warto by sięgnęli po nią także mężczyźni, bowiem autorce udało się całkiem nieźle nakreślić obraz kobiecej psychiki, co mogłoby pomóc niejednemu panu w zrozumieniu płci pięknej. Doceniam obraz macierzyństwa, jaki pokazuje nam autorka, trafnie i bez zbędnego upiększania, bez popadania w stereotypy. Doceniam historię studentki, która podjęła kiedyś złą decyzję i poniosła jej srogie konsekwencje. Doceniam postać silnej kobiety, która mierzy wysoko i ciężką pracą toruje sobie drogę na szczyt w środowisku zdominowanym przez mężczyzn. Wszystkie są bardzo wiarygodne, nie przerysowane na siłę. W ich charakterystyce Blackhurst uchwyciła ten szczególny sposób w jaki odbiera je społeczeństwo i role, jakie usiłuje im narzucać. Robiąca karierę kobieta nie może zawdzięczać awansu swoim umiejętnościom, tylko najpewniej uzyskuje go przez łóżko szefa. Samotna kobieta po trzydziestce jest albo skostniałą, zimną starą panną, albo niewyżytą, nie potrafiącą się ustatkować imprezowiczką. Matka poświęcająca karierę na rzecz opieki nad dzieckiem to nie przemęczony obowiązkami i wiecznie niewyspany człowiek, tylko bezmózgi robot zaprogramowany do zmiany pieluch. Łatwo jest przypiąć łatkę, nie wysilając się na zrozumienie czyjejś sytuacji - ja taką przestrogę przed pójściem na skróty znajduję właśnie w "Zanim pozwolę ci wejść".

Ogromną rolę w książce odgrywa motyw zaufania i zdrady, oba ukazane w ciekawy sposób, bo nie ograniczający się tylko do związku dwojga partnerów, ale również w odniesieniu do przyjaźni. To ona jest tutaj cichym bohaterem wysuwającym się na pierwszy plan. Co decyduje o tym, że wybieramy kogoś na swojego przyjaciela? Jakie cechy musi posiadać ta osoba? Na ile jesteśmy w stanie przed kimś się otworzyć, dać mu dostęp do najintymniejszych sfer naszego życia? Czy powinniśmy oczekiwać w zamian tego samego? Czy warto jest bezgranicznie ufać drugiemu człowiekowi, a nawet powierzać mu swoje bezpieczeństwo? Jak bardzo jesteśmy w stanie kogoś poznać - wiemy, że jesteśmy szczerzy w naszej znajomości, ale czy kiedykolwiek jesteśmy w stanie poznać motywy kierujące innymi? Te wszystkie pytania nasuwały mi się w trakcie lektury, gdy śledziłam losy trzech przyjaciółek, których lojalność wobec siebie, wraz z nakręcającą się spiralą zdarzeń, została poważnie wystawiona na próbę.

"Zanim pozwolę ci wejść" to bardzo dobra rozrywka z przesłaniem, udowadnia, że bez efektownych zwrotów akcji i bez krwawych opisów też można bawić czytelnika. Trzyma w napięciu i intryguje, zapewnia wiele wrażeń i niesie z sobą ostrzeżenie: czy na pewno wiesz wszystko o ludziach, którzy cię otaczają? Ja ze swej strony polecam książkę w wersji audio, której słuchałam naprzemiennie z czytaniem wersji papierowej. To był mój pierwszy audiobook przesłuchany do końca, moje wcześniejsze podejścia zwykle kończyły się jeszcze przed końcem pierwszego rozdziału - lektorzy spisali się na medal, naprawdę się wciągnęłam i w odpowiednich momentach faktycznie przechodziły mnie ciarki. Mam nadzieję, że pozostałe książki Jenny Blackhurst zostaną u nas również wydane, z chęcią sięgnę po kolejną książkę jej autorstwa.

 A mowa o...

Zanim pozwolę ci wejść, Jenny Blackhurst, Albatros, 9 maja 2018r., tyt. oryg. Before I Let You In, przekład: Anna Dobrzańska, 384 strony


http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazka,1767,4058,zanim-pozwole-ci-wejsc.html

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

ODKRYWCA, Katherine Rundell


Kto z nas nie marzył kiedyś o tym, żeby rzucić wszystko i udać w nieznane, przeżyć przygodę swojego życia? Niczym wytrawni podróżnicy zobaczyć kawałek świata, pokonać przeciwności losu i poznać sekrety, które skrywają się wśród dzikich, nietkniętych ludzką nogą obszarów. Nowa książka Katherine Rundell, która w "Dachołazach" zabrała nas na dachy Paryża, niejako umożliwia czytelnikom spełnienie tego marzenia, nie wysuwając przy tym nawet nosa poza dom.

"Odkrywca" to opowieść o czwórce dzieci, których samolot przelatując nad dziewiczą, nienaruszoną przez cywilizację amazońską dżunglą ulega wypadkowi - z dziećmi z dorosłych osób leci tylko pilot, który niestety ginie podczas katastrofy. Fred, Constance, Lila i jej braciszek Maks wspólnym wysiłkiem, metodą prób i błędów organizują sobie nocleg i szukają choćby namiastki pożywienia, ale ich celem jest nie tylko przetrwanie w dżungli, lecz przede wszystkim znalezienie drogi i środku lokomocji, które pomogły by im dostać się do jakiejkolwiek ludzkiej osady, a stamtąd - prosto do domu.

Autorka poprzez wielką przygodę swoich małych bohaterów przekazuje nam kilka ważnych lekcji. Po pierwsze, wiedza jest wręcz bezcenna. Ta o otaczającym nas świecie, w erze smartfonów i pozornie wszechobecnego Internetu, wydaje się być osiągalna w sekundę za pomocą tylko kliknięcia. Co się stanie, gdy człowiek nie będzie miał możliwości z niej skorzystać? Jak wtedy da sobie radę? Czy sprosta wyzwaniu i przeżyje, czy też będzie bezradny wobec swojej niewiedzy i czeka go zagłada? A jakie szanse na przetrwanie będzie miało dziecko? Czy młody człowiek, który chętnie chłonie różne ciekawostki i informacje o różnym stopniu przydatności, a jednocześnie pełen pomysłów, które mogłyby nie przyjść do głowy dorosłemu, nie będzie jednak miał większej szansy na wydostanie się z tarapatów?

Drugą istotną kwestią jest przyjaźń i umiejętność pracy w zespole. Zetknięcie się czworga silnych charakterów uświadamia, że czasami należy schować własne ego do kieszeni i pogodzić się z tym, że są w życiu takie chwile, gdy tylko współpraca może przynieść korzyści, a upieranie się przy własnym zdaniu nie zawsze wychodzi na dobre. Przy czym warto wspomnieć, że małych rozbitków łączyła nie tylko fatalna sytuacja, w jakiej nagle się znaleźli, ale również i przyjaźń. Pomiędzy dziećmi, początkowo sobie obcymi, wraz z upływem czasu i często dramatycznymi perypetiami na drodze do wyzwolenia z lasów Amazonii, zrodził się najpierw szacunek, który prędko dał początek naprawdę pięknej relacji, która miała się okazać niezwykle trwała.

Trzecim, równie ważnym, a może najważniejszym przesłaniem, jakie płynie z książki Rundell, jest bezwzględna konieczność walki o pozostawienie tych niewielu dziewiczych zielonych terenów Ziemi w stanie nienaruszonym, jak najdłużej jest to tylko możliwe. Jakie są skutki ingerencji człowieka w przyrodę, nadmierne eksploatowanie zasobów naturalnych planety, przeludnienie, zaśmiecenie - wszyscy już dobrze wiemy, wystarczy wspomnieć o efekcie cieplarnianym i dziurze ozonowej. Nie da się naprawić szkód wyrządzonych naturze, ale można powstrzymać dalszą degradację, nawet jeżeli oznaczałoby to rezygnację z prowadzenia prac naukowców m.in. na obszarze Amazonii. Edukacja w tym temacie jest bardzo ważna, dlatego bardzo podoba mi się, że autorka porusza go w swojej książce przeznaczonej dla młodszych czytelników, pomagając im stać się świadomymi dorosłymi.

Na specjalną wzmiankę zasługuje oprawa graficzna tej książki - okładka jest cudowna, od razu przywodzi na myśl tętniący życiem amazoński las i wielką przygodę, która czeka na czytelnika. Czytanie uprzyjemniają przepiękne ilustracje - czy są rozpięte na obie strony, czy też w postaci drobnych zdobień - sprawiają, że kontakt z "Odkrywcą" jest jeszcze większą ucztą literacką.

Nie mogę się wprost doczekać, aż moje córki, tak bardzo ciekawe świata, będą na tyle duże, aby sięgnąć po książki Rundell. Jednocześnie cieszę się, że ta wielka przygoda jest jeszcze przed nimi i że będę mogła im towarzyszyć podczas jej przeżywania. Mam nadzieję, że "Odkrywca" utrwali je tylko w przekonaniu, że dobrze jest wiedzieć dużo i warto pielęgnować w sobie tę ciekawość i pasję odkrywcy, nawet jeśli te nasze odkrycia pozostają niezauważone przez świat. To mówiąc, czekam niecierpliwie na kolejne książki autorki.


A mowa o...

Odkrywca, Katherine Rundell, Poradnia K, 14 marca 2018r., tyt. oryg. The Explorer, przekład: Paweł Łopatka, 372 strony

"Dachołazy" Katherine Rundell na blogu - TUTAJ

piątek, 2 marca 2018

DACHOŁAZY, Katherine Rundell



Niezwykle klimatyczna opowieść, można by rzec magiczna, aczkolwiek samej magii tu nie znajdziecie. Wielka w tym zasługa subtelnego, lirycznego, choć jednocześnie prostego języka, którym swoją opowieść snuje młoda autorka, dla której "Dachołazy", ku mojemu zaskoczeniu, były dopiero drugą w dorobku książką, chociaż wydawać by się mogło, że jest to dzieło znacznie doświadczonego twórcy.

Wszystko zaczyna się pewnego poranka, gdy na kanale La Manche dochodzi do katastrofy statku. Wśród rozbitków jest dziecko pływające w futerale na wiolonczelę. Niespełna rocznym niemowlęciem postanawia zaopiekować się jego znalazca, nieco ekscentryczny naukowiec Charles Maxim. Malutka Sophie dostaje od niego nie tylko imię symbolizujące wiedzę, ale również nieco ekscentryczne wychowanie, w którym nacisk położony jest na to co w życiu najważniejsze, czyli otwarty umysł i zamiłowanie do książek i nauki. Niestety, opieka społeczna widzi to inaczej. Samotny mężczyzna, który nie przywiązuje uwagi do staranniejszego ubierania dziecka - Sophie chodzi bowiem w chłopięcych koszulach i, o zgrozo, w spodniach - i pozwala dziewczynce jeść z książek zamiast z talerzy, nie jest właściwym opiekunem w opinii pracowników społecznych. Decyzją Krajowego Urzędu Opiekuńczego dziewczynka ma zostać mu odebrana i przekazana do sierocińca. Perspektywa rozłąki z Charlesem, który zastępuje jej ojca, a także nieustanna, niczym nie uzasadniona wiara w to, że jej matka zyje i gdzieś na świecie czeka na nią, stają się dla tej dwójki impulsem do podjęcia szalonej decyzji o ucieczce do Paryża. Tam bowiem prowadzi ich nikły trop, mały karteluszek znaleziony przypadkiem po latach w wiolonczeli...

I to właśnie w Paryżu wchodzimy w świat dachołazów. Dachy zabytkowych w większości budynków nagle okazują się być domem osieroconych nastolatków, które łączą się w zorganizowane grupy, niekoniecznie jednak wzajemnie się tolerujące. Ten podniebny świat okazuje się być równie brutalny jak ten, któremu dachołazy przyglądają się z dystansu, każda grupa ma bowiem swoje terytorium, a nieopatrzne i samowolne przekroczenie ich granic może skończyć się tragicznie. Biorąc udział w bieganiu po dachach razem z nimi można poczuć, czym jest wolność. Bo te dojrzałe ponad swój wiek dzieci, doświadczone w walce o przeżycie, dzikie, wygłodzone i brudne do granic niemożliwości, są przede wszystkim szczęśliwe mogąc żyć na swój własny sposób, nawet jeśli postronnej osobie wyda się on pozbawiony sensu. Dachołazy obserwują świat z góry, są obok niego, nie biorą w nim tak naprawdę udziału z własnego wyboru - wolą tak wyglądającą wolność od tego, co społeczeństwo ma im do zaoferowania - sierocińce, wciśnięcie w system, gdzie każdy musi przestrzegać zasad, aby pasować. A to, że jesteśmy cudowni tacy, jacy właśnie jesteśmy, z każdym małym i dużym dziwactwem, obojętnie czy chodzimy po dachach, czy jemy z książek bo potłukliśmy wszystkie talerze, jest pięknym, ponadczasowym przesłaniem, który czyni z "Dachołazów" pozycję mądrą i nietuzinkową, gwarantując jej, że wartości w niej zawarte nie stracą nigdy ze swej aktualności.

Przyznam się szczerze, że dopóki nie sięgnęłam po książkę Rundell, nie miałam pojęcia o istnieniu dachołazów, a w czasie, gdy czytałam książkę, przez myśl mi nie przeszło, że nie są one tylko i wyłącznie wymysłem autorki. Moją uwagę przykuło to, jak bardzo dokładne i szczegółowe instrukcje pojawiają się w momencie, gdy Matteo, przewodnik Sophie po dachach Paryża, tłumaczy jej jak się poruszać. Nie przypuszczałam, że autorka dzieli się w ten sposób własnym doświadczeniem, ponieważ, jak dowiedziałam się już po lekturze książki, sama jest bowiem zapalonym dachołazem i chociaż na co dzień wspina się po brytyjskich dachach, chodzenie po tych paryskich ma równie dobrze opanowane. Jeżeli chcecie dowiedzieć się nieco więcej na temat tej nietuzinkowej autorki - link do artykułu na jej temat znajdziecie tutaj.

Książka zdobyła zasłużone nagrody „Blue Peter Book Award”, „Waterstones Children's Book Prize” oraz została nominowana do nagrody „CILIP Carnegie Medal”. Chociaż jej bohaterami są głównie młodzi ludzie, historia upartej dwunastolatki, która podczas pobytu w Paryżu odkrywa istnienie bezdomnych dzieci mieszkających na dachach budynków, ma szansę podbić serca nie tylko nastoletnich czytelników, ale i dorosłych. Naprawdę warto dać się ponieść tej niesamowicie oryginalnej przygodzie w duchu klasycznych opowieści dla dzieci i młodzieży, która łączy w sobie nutkę awanturnictwa z uniwersalnym przesłaniem o tym, że jeśli niekoniecznie wpisujemy się w to, co społeczeństwo uważa za ogólnie przyjętą normę, to oznacza to, że musimy się z tym czuć źle, wręcz przeciwnie. Warto mieć nadzieję i warto walczyć o spełnienie swoich marzeń, dopóki jest na to choćby cień szansy. Powtarzając za Sophie:"Nigdy nie przekreślaj możliwego."

Po takich dachach chodzi pisarka - tutaj akurat widnieje All Souls College w Oksfordzie, którego członkiem jest Rundell.

A mowa o...

Dachołazy, Katherine Rundell, wyd. Poradnia K, 25 października 2017r., tyt. oryg. The Rooftoppers, przekład: Tomasz Bieroń, 264 strony


Już wkrótce na blogu o kolejnej książce autorki, marcowej premierze:

środa, 28 lutego 2018

KREDZIARZ, C.J. Tudor



Rok 1986 okaże się przełomowym dla mieszkańców małego angielskiego miasteczka. Seria dziwnych zdarzeń i nieszczęśliwych wypadków okaże się tylko zapowiedzią najbardziej szokującego i niewyobrażalnego wydarzenia - grupka nastolatków, porozumiewająca się wówczas między sobą za pomocą znaków robionych kredą, właśnie dzięki znakom znajdzie w lesie rozczłonkowane ciało dziewczyny, ich starszej koleżanki, którą znają ze szkoły. Kto mógł dokonać tak bestialskiego czyny? Mordercy nie udaje się złapać i osądzić, ostatecznie sprawa pozostaje bez zamknięcia. Mija trzydzieści lat. Eddie, główny bohater, jeden z chłopców, którzy odnaleźli zwłoki, dostaje anonimowy list - na kartce papieru narysowany kredkami jest kreskowy ludzik z pętlą na szyi, zaś z koperty wypada kawałek kredy...

"Kredziarz" to debiut brytyjskiej autorki C.J. Tudor i muszę przyznać, że autorka ustawiła sobie dość wysoko poprzeczkę. Ciężko uwierzyć, że tak mroczna i zgrabna pod względem fabularnym książka jest dopiero pierwszą w jej dorobku - nawet jeśli pojawiły się drobne niedociągnięcia, sądzę, że nie mają one wpływu na generalny odbiór książki przez czytelnika. Ed, główny bohater i jednocześnie narrator książki, opowiada nam swoją historię, przeplatając wydarzenia bieżące tymi, które miały miejsce trzy dekady temu. Tak więc w jednym rozdziale śledzimy perypetie wszędobylskich nastolatków, nieświadomych, że oto mijają ostatnie chwile ich beztroskiego dzieciństwa, a zaraz w następnym towarzyszymy mężczyźnie, z którym życie nie obeszło się najłagodniej, bo do traumy z młodości dołączyła choroba ukochanego ojca.

Dużo się tu dzieje, fabuła posuwa się zgrabnie naprzód, dostarczając nam zarówno odpowiedzi na nurtujące nas pytania, jak i kilku zaskakujących zwrotów akcji - te naprawdę robią wrażenie, a autorka zaskakuje nawet wtedy, gdy wydaje się, że już wszystkie karty zostały odkryte. Bardzo podoba mi się atmosfera panująca w książce, która przecież po części opowiada o nastolatkach, ale nie ma tu miejsca na młodzieńczy optymizm i beztroskę. Autorka stawia na tę dość ponurą stronę dorastania, i słusznie - moim zdaniem jest to trudny czas w życiu, a wszystkie negatywne emocje jakie targają młodym człowiekiem, skutecznie wpisują się w tym przypadku w klimat grozy, jaki stopniowo ogarnia małą społeczność po kilku nieprzyjemnych epizodach. I to jest kolejny aspekt, który zwrócił moją uwagę - wydarzenia toczące się pozornie w tle opowieści Eda i rodząca się frustracja i przerażenie dorosłych, gdy niektóre sprawy wymykają się spod kontroli, a eskalacja przemocy wydaje się nie mieć końca.

Ogólnym wydźwiękiem książki jest refleksja, że zło czai się wszędzie, nawet tam, gdzie nie spodziewamy się go znaleźć, a maski jakie przybiera, mogą nas skutecznie wywieść w pole. Do tego dochodzi jeszcze mocna nostalgia lat osiemdziesiątych, tak znajoma z serialu "Stranger Things" i książek Kinga, do których nawiązuje stylistyką autorka i "Kredziarza" można spokojnie polecić miłośnikowi książek z dreszczykiem, a wciągająca akcja i zaskakujące zakończenie nie powinny rozczarować. Warto też z pewnością śledzić poczynania autorki; jeśli każda następna jej powieść będzie tak samo dobra lub nawet lepsza, smakosze thrillerów mogą spać spokojnie, nie grozi im czytelnicza posucha.


A mowa o...

Kredziarz, C.J. Tudor, wyd. Czarna Owca, 28 luty 2018r., tyt. oryg. The Chalk Man, przekład: Piotr Kaliński, 384 strony

wtorek, 20 lutego 2018

MARTWA JESTEŚ PIĘKNA, Belinda Bauer



"Martwa jesteś piękna" - już sam tytuł wzbudza emocje w czytelniku, sprawia, że gdzieś po plecach przechodzi nas lekki dreszcz. Owo słodkie wyznanie zapowiada nam, że będziemy mieli do czynienia z nie lada szaleńcem, jednocześnie budzi naszą ciekawość, ale i niepokój. Na pewno nie ma co się bać, że książka sprawi nam zawód - to prawdziwa petarda, wciąga i bawi, niekiedy wzbudza obrzydzenie dość makabrycznymi scenami i jednocześnie posiada kilka naprawdę świetnych postaci, którym się kibicuje i życzy jak najlepiej w starciu z mordercą...

Całość rozpoczyna się sceną jak z najlepszego horroru - młoda kobieta udaje się w sobotę do pracy do pustego niemal budynku biurowca, a na swoim piętrze spostrzega nieznajomego mężczyznę, który zdecydowanie nie ma najlepszych zamiarów względem niej. Dziewczynie udaje się uciec na parter, wyjście jest już w zasięgu ręki, gdy nagle okazuje się, że nie ma kluczy przy sobie, bowiem rzuciła nimi wcześniej w napastnika (co oczywiście niewiele jej dało)...Gdy ciało zostaje zauważone, na miejscu zbrodni pojawia się nie tylko policja, ale i dziennikarze, a wśród nich Eve Singer, telewizyjna reporterka kryminalna. Złośliwy los sprawi, że drogi Eve i zbrodniarza się przetną, a nieświadoma niczego kobieta zrobi ogromne wrażenie na psychopacie, który odtąd będzie uważał ją za bratnią duszę, jedyną osobą, która jest w stanie go zrozumieć, a następnie zacznie dedykować jej kolejne, coraz to makabryczniejsze, morderstwa...

Książka Bauer za swój główny cel zdaje się obierać trywializację śmierci w mediach, robienie ze zbrodni sensacji o jednodniowej dacie ważności. Gdy ekscytacja widzów gaśnie, a temat zostaje wyczerpany, dziennikarze, niczym sępy, szukają kolejnej tragedii, którą mogą sprzedać, aby utrzymać zainteresowanie odbiorców i pozostać ciągle w grze, używając do tego niekiedy środków, które dla wielu mogą okazać się nieetyczne. Ten głód śmierci wykorzystany zostaje przez mordercę, który w dziennikarce zajmującej się sprawami kryminalnymi dostrzega wiele wspólnych cech - przede wszystkim oboje doceniają "dobrą" zbrodnię, popełnioną z okrucieństwem, która postronnego widza zaszokuje i jednocześnie dobrze się sprzeda. Dlatego zabójca decyduje się na rozpoczęcie specyficznej gry, w którą wciąga Eve, a sednem całej książki, najważniejszym pytaniem jest nie kto zabija, ale jak szybko uda się go złapać zanim jego chora sztuka - bo o swoich zbrodniach myśli w kategorii dzieł, a siebie nazywa artystą - pochłonie więcej niewinnych ofiar.

Na wzmiankę na pewno zasługują bohaterowie, zarówno ci pierwszo, jak i drugoplanowi. Autorka stworzyła pełnokrwiste, wiarygodne, dopracowane w każdym szczególe postaci, niezależnie od tego, czy jest to sadystyczny psychopata, który w wyniku niezbyt szczęśliwego dzieciństwa czuje się usprawiedliwiony do zabijania innych w imię źle pojmowanej sztuki, czy też sąsiad głównej bohaterki, który choć początkowo gburowaty, okazuje się człowiekiem o złotym, lecz złamanym przez tragedię rodzinną, sercem. Sama Eve jest ciekawą postacią, nie boi się wyzwań i chociaż zwyczajnie po ludzku czasami sobie nie radzi psychicznie ze świadomością, że jest na świeczniku morderczego psychopaty, to jednak wciąż potrafi podejmować niebanalne, zaskakujące decyzje.

Świetna rozrywka na kilka wieczorów - inteligentna, dowcipna, trzymająca w napięciu, a jednocześnie miejscami bawiąca absurdalnym humorem sytuacyjnym książka. Jeśli lubicie soczyste, krwawe thrillery, gdzie trup ściele się gęsto, a morderca bawi się z osobą go poszukującą w kotka i myszkę, powinniście być usatysfakcjonowani. Ja czuję spory apetyt na inne książki autorki, a z pewnością wejdę w posiadanie wydanych u nas w 2010 roku "Szczątków" - polecam Allegro, pozycja jest łatwo dostępna. Mam nadzieję, że to co było dla mnie ogromną zaletą, czyli poczucie humoru i bohaterowie, znajdę i w innych jej książkach.

 A mowa o...
Martwa jesteś piękna, Belinda Bauer, wyd. Muza, 28 lutego 2018r., tyt. oryg. The Beautiful Dead, przekład: Paweł Wolak, 448 stron

czwartek, 8 lutego 2018

DZIECKO, Fiona Barton



Bardzo dobry, kameralny thriller psychologiczny o mocnym, kobiecym wydźwięku, bowiem to kobietom najwięcej miejsca w "Dziecku" poświęca Fiona Barton, autorka, której debiutancka "Wdowa" podbiła serca wielu miłośników tegoż gatunku. Barton, która pracowała m. in. w Daily Mail, Daily Telegraph i The Mail on Sunday (niedzielnym wydaniu Daily Mail, gdzie zajmowała stanowisko redaktor naczelnej i zdobyła tytuł Dziennikarza Roku przyznawany podczas National Press Awards), po raz kolejny stworzyła historię, która skupia się na śledztwie przeprowadzanym właśnie przez dociekliwą dziennikarkę, postać znaną już czytelnikom jej debiutu.

Punktem wyjścia całej historii jest makabryczne znalezisko - na placu budowy jeden z robotników znajduje niewielki szkielet, który okazuje się być szczątkami noworodka. Krótka i dość niepozorna wzmianka w gazecie okazuje się być jednak przełomowa dla trzech zupełnie obcych sobie kobiet, głównych bohaterek "Dziecka", których ścieżki już wkrótce połączą się w zupełnie zaskakujący dla nich sposób. Mamy więc Angelę, około sześćdziesięcioletnią kobietę, której nowo narodzona córeczka Alice została uprowadzona w biały dzień ze szpitala, i której zniknięcie nie zostało nigdy wyjaśnione, a dziewczynki nie udało się odnaleźć. Jest również Emma, pracująca w domu mężatka, na której, podobnie jak na Angeli, artykuł o dziecku robi piorunujące wrażenie, oznacza bowiem cofnięcie się do przeszłości, do wydarzeń, które kobieta usiłowała wypchnąć ze świadomości i trzyma w sekrecie przed najbliższymi. Wreszcie trzecia bohaterka, Kate, reporterka kryminalna, w pozornie niewiele znaczącej wiadomości widzi większą historię. Czuje, że za niezidentyfikowanymi szczątkami może kryć się większa historia, że gdzieś tam jest matka i osoba, która ciała dziecka się pozbyła. Instynkt dziennikarski nie pozwala jej więc nie wziąć sprawy w swoje ręce i kobieta rozpoczyna własne śledztwo...

Mocnym aspektem są właśnie postaci kobiece, wyraźne, niejednoznaczne, wzbudzające zarazem wiele sympatii, ale również sporo irytacji swoim bezmyślnym nieraz zachowaniem. Wyraźny prym wiedzie tutaj postać Kate, silnej, zdeterminowanej kobiety, która ma wieloletnie doświadczenie jako dziennikarka i nie tylko znakomicie odnajduje się w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, ale w mistrzowski sposób potrafi poprowadzić swojego rozmówcę tak, aby uzyskać odpowiednie wiadomości. Jestem wdzięczna autorce za zbudowanie tej postaci na cechach tak bardzo niestereotypowych - Kate jest pracoholiczką, więcej czasu spędza szukając materiału do kolejnego reportażu niż w domu, ale nie jest też tak, że jest fatalną matką i żoną, po prostu czasami zawodzi, jak każdy człowiek. Możemy domyślać się, że niektóre wybiegi, do których ucieka się dziennikarka, aby wzbudzić w swoich interlokutorach jak najwięcej zaufania i uzyskać od nich jak najlepsze informacje, zostały sprawdzone przez samą autorkę podczas jej imponującej kariery reporterki. Takie smaczki zdecydowanie nadają akcji dynamiki i uatrakcyjniają śledztwo prowadzone przez Kate.

Poprzez ukazanie losów różnych kobiet na przestrzeni kilkudziesięciu lat, "Dziecko" staje się komentarzem do obecnych nastrojów we współczesnym społeczeństwie, a zwłaszcza w jego żeńskiej części. Nie wiem na ile było to zamierzone przez autorkę, ale w swojej książce porusza tematy aktualne, wręcz palące pod względem swojego znaczenia: aborcję, gwałt, molestowanie, nierówną pozycję kobiet i mężczyzn na gruncie zawodowym. Nie wybrzmiały jeszcze echa po akcji #metoo, wciąż słychać o kolejnych marszach kobiet walczących o parlamentarne prawo jakim jest możliwość decydowania o swoim ciele i życiu. I chociaż zdarzają się ogromne sukcesy, tak jak np. w Islandii, gdzie od 1 stycznia wprowadzono ustawową równość stawek dla mężczyzn i kobiet, to jeszcze dużo czasu minie zanim pozycja kobiet w społeczeństwie ukierunkowanym na przemoc wobec nich (a nierzadko również i dzieci) ulegnie znaczącej poprawie. Przykład? Wystarczy choćby wspomnieć o prawie do aborcji, bardzo kontrowersyjnej kwestii, lub o opiece okołoporodowej, sprawach dotyczących głównie kobiet, o których głównie decydują kierujący się własnym światopoglądem mężczyźni.

Bardzo podobało mi się niespieszne tempo książki, to że nie ma tu zawrotnej akcji, ale i tak nie sposób oderwać się od czytania. Dobrze zbudowane portrety psychologiczne bohaterek i ważny komentarz do obecnej sytuacji kobiet, traumatyczne historie, o których już kiedyś słyszeliśmy i zapewne jeszcze niestety usłyszymy, to wszystko sprawia, że książka, chociaż głównie mieszcząca się w kategorii tych, które dostarczają czytelnikowi przede wszystkim rozrywki, daje jednak odrobinę do myślenia, a to już zawsze jest dobry powód, aby po nią sięgnąć.



A mowa o...
Dziecko, Fiona Burton, wyd. Czarna Owca, 15 lutego 2018r., tyt. oryg. The Child, przekład: Agata Ostrowska, 544 strony

czwartek, 26 października 2017

CZASAMI KŁAMIĘ, Alice Feeney


Książka Alice Feeney oparta jest na dość oryginalnym i pozornie prostym pomyśle. Oto młoda kobieta o imieniu Amber w wyniku wypadku trafia do szpitala w stanie śpiączki. Ponieważ jest zarazem bohaterką i narratorką, dowiadujemy się od niej, że gdzieś tam głęboko zachowana jest jej świadomość, kim jest i kim są ludzie ją odwiedzający. Niestety, Amber nie pamięta wydarzeń, które doprowadziły ją do szpitalnego łóżka, na podstawie rozmów, które do niej docierają, stara się dojść prawdy. Dość powiedzieć, że jedyne co kołacze jej się w głowie, to fakt, że jej małżeństwo przechodziło poważny kryzys, zaś jej ostatnim wspomnieniem jest kłótnia z mężem. Pierwszy wniosek, jaki jej się zatem nasuwa, jest taki, że to właśnie mąż usiłował ją zabić. Jaka jest prawda?

Ile prawdy, tyle kłamstw - ta sentencja świetnie podsumowuje wydarzenia, jakie mają miejsce w książce. Chociaż zaczyna się niepozornie, im dalej w las, tym bardziej zdezorientowany będzie czytelnik, na co bez wątpienia ma wpływ sposób, w jaki opowiedziana jest cała historia. Mamy bowiem podział na trzy perspektywy czasowe: przedtem, czyli wydarzenia z dzieciństwa bohaterki sprzed piętnastu lat, wtedy, czyli wydarzenia mające miejsce na tydzień przed wypadkiem oraz teraz, czyli pobyt w szpitalu. Gdy będziemy poznawać kolejne wątki i będziemy próbowali dopasować do siebie te fragmenty wiedzy, jakie zostaną nam ujawnione, warto mieć wciąż na uwadze słowa, które nie na darmo stanowią tytuł (a także w sumie spojler?) książki. Dość powiedzieć, że autorka w bardzo sprawny sposób odkrywa przed nami fakty, które rzucają nowe światło na bohaterów i zupełnie zmieniają sposób, w jaki ich postrzegamy, przy okazji wprawiając czytelników w stan osłupienia.

Jak już wspomniałam na samym początku, opowiadanie historii przez kobietę pozostającą w śpiączce jest ciekawym wyborem, który jednak wydaje się być ryzykowny. Trzeba bowiem sprawić, aby czytelnik uwierzył, że narratorka jest bezradna, zarówno wobec tego, co dzieje się wokół niej, a także wobec własnego ciała, które momentami wydaje się być najbardziej zdradliwe. Na szczęście autorce udaje się tego dokonać, a jednocześnie przez ten zabieg zapewnia swojej bohaterce na wstępie ogromny kredyt zaufania, kto bowiem nie współczułby człowiekowi będącemu na granicy życia i śmierci? Pomimo moich pozytywnych wrażeń mam jednak pewne zastrzeżenia. Owszem, lektura jest wciągająca i zaskakująca, ale jednocześnie wpisuje się w pewien trend, który każe autorom thrillerów/kryminałów/książek sensacyjnych tworzyć mało wiarygodnych bohaterów, począwszy od książki, od której wszystko się zaczęło, czyli "Zaginionej dziewczyny", a potem "Dziewczyny z pociągu", "Pary zza ściany" i innych. W tym aspekcie "Czasami kłamię" nie stara się nawet stwarzać żadnych pozorów, bowiem już sam tytuł krzyczy o tym z okładki, trudno więc oczekiwać czegoś innego. Oczywiście, wykonanie jest bardzo dobre, ale miło byłoby dodać do tego otoczkę większej tajemnicy, co wprawniejszy czytelnik może jednak przewidzieć, jakie asy w rękawie trzyma autorka. Szkoda również, że tło społeczne nie jest bardziej rozbudowane, a zamiast tego pojawia się leniwy stereotyp biedniejszej, patologicznej rodziny w zderzeniu z bogatą i sympatyczną, zwłaszcza, że moim zdaniem ma to dość spory wpływ na całą fabułę.

Myślę, że czytelnicy rozpoczynający swoją przygodę z thrillerami czy literaturą sensacyjną, a także ci bardziej zorientowani na literaturę obyczajową, będą zadowoleni z wrażeń podczas lektury, jak i po jej ukończeniu. Wytrawniejszy miłośnik książek z dreszczykiem może być usatysfakcjonowany przebiegiem akcji, traktując "Czasami kłamię" jako przyjemny przerywnik pomiędzy książkami o cięższym ładunku gatunkowym. Dobra i wciągająca rozrywka na jeden, dwa jesienno-zimowe wieczory.

Czasami kłamię, Alice Feeney, wyd.W.A.B., 8 listopada 2017, tyt. oryg. Sometimes I Lie, przekład: Agnieszka Walulik, 400 stron

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

niedziela, 11 czerwca 2017

DZIECKO OGNIA, S.K.Tremayne


Gdy trzydziestoletnia Rachel wprowadza się do posiadłości rodowej swego świeżo poślubionego męża, wszystko wydaje się idealne - idealny dom, idealny mężczyzna u jej boku i idealny syn idealnego mężczyzny. Życie jest bajką aż do momentu, kiedy kobietę zaczyna nurtować pytanie, co tak właściwie przydarzyło się pierwszej żonie Davida, która rzekomo zginęła w nieszczęśliwym wypadku, wpadając do szybu pobliskiej, nieczynnej już dziesiątek lat, podwodnej kopalni cyny. Świadomość, że wciąż nie odnaleziono ciała, zaczyna powoli przeradzać myśli Rachel o jej poprzedniczce w niebezpieczną obsesję, potęgowaną przez pasierba, który twierdzi, że jego matka nie umarła, a wręcz przeciwnie, żyje i wróci po niego, a sama Rachel...umrze tuż przed Bożym Narodzeniem.

Ogromną zaletą tej książki jest umiejętnie zbudowany suspens. Mając do dyspozycji niestabilną psychicznie bohaterkę, gotycką posiadłość, dziecko, które kontaktuje się ze zmarłą matką, szkockie wybrzeże i porzuconą kopalnię, autor tworzy naprawdę niezłą atmosferę i skutecznie przykuwa uwagę czytelnika aż do samego końca. Przyznam się szczerze, że początek książki skojarzył mi się trochę z pewną kultową pozycją, a mianowicie z "Rebeką" Daphne Du Maurier. Podobieństwo jest wręcz uderzające - oto do rodowej posiadłości męża, ogromnego gotyckiego domostwa, wprowadza się jego druga żona, żeby zająć miejsce tej pierwszej, zmarłej i to w nieszczęśliwych okolicznościach, które nie są do końca jasne. W obu książkach protagonistkami są młode kobiety i w obu przypadkach między nimi a ich mężami jest nie tylko spora różnica wieku, ale i też różnica w pochodzeniu - obie kobiety wywodzą się z tzw. niższych warstw społecznych, a ich mężowie są dziedzicami rodzin z tradycjami. I tam i tu "ta druga" musi zmierzyć się z widmem swojej poprzedniczki, idealnej pani domu, kochanej przez wszystkich zarówno za życia, jak i po śmierci, w porównaniu z którą wypada blado i nieciekawie, i dość prędko zaczyna czuć się jak intruz naruszający czyjąś własność. Na tym jednak kończy się podobieństwo - gdy akcja nabiera tempa, "Dziecko ognia" podąża już kierunku swojej niepowtarzalnej, oryginalnej opowieści.

Jedną z zalet książki Tremayne jest, podobnie jak w "Bliźniętach z lodu", jest ten fantastyczny szkocki krajobraz, to dzikie morskie wybrzeże, które wzbudza nie tylko zachwyt, ale i pewien nieokreślony niepokój. Jeśli podobnie jak i mnie zaintrygowały Was kopalnie na wybrzeżach Szkocji, których tunele przebiegały pod dnem oceanu, polecam zgłębienie tematu. W TYM miejscu znajdziecie odnośnik do artykułu na stronie Daily Mail, który poświęcony jest kopalniom na wybrzeżu Kornwalii - artykuł polecam tym bardziej, że towarzyszą mu piękne zdjęcia, dzięki którym można lepiej poczuć grozę i niebezpieczeństwo, jakie niosła z sobą praca w tym miejscu. Kilka informacji z artykułu pokrywa się z tym, co w książce zawarł autor, m. in. to, że w kopalniach chętnie wykorzystywano osoby niewidome, gdy w tunelu gasło nagle światło, stawały się one przewodnikami dla całej grupy, kierując ją w stronę wyjścia. Kto wie, może właśnie taki artykuł stał się dla autora inspiracją do napisania całej książki?

Niestety, nie do końca wszystko mi tutaj pasowało. Po pierwsze, dosyć ciężko było mi się wczuć w historię, a to dzięki temu, że ta idylla, którą w pierwszych rozdziałach usiłował stworzyć autor ocierała się o dość kiepski erotyk, skutecznie mnie irytując i nudząc. Na szczęście, gdy akcja nabrała tempa, skończyły się również elementy z erotyką, na czym historia tylko zyskała. Co jeszcze nie spodobało mi się w książce, to pewne wzorce, które poznaliśmy już w pierwszej książce Tremayne "Bliźniętach z lodu", a które pojawiły się i tutaj. Niewiarygodna narratorka, porywczy pan domu, dziecko przechodzące załamanie nerwowe. Na pewno nie pomogło również rozwiązanie wątku Rachel, dość powiedzieć, że to grande finale było dla mnie dość naciągane i o ile w "Bliźniętach z lodu" zakończenie było zaskakujące, to tutaj autor trochę za bardzo poszedł w stronę polsatowskich "Trudnych spraw", a szkoda.

Jedna rzecz, która mnie szczególnie irytuje w obu książkach autora, to postacie dziecięce. Nigdy nie spotkałam się z tak drażniącymi charakterami, a Tremayne posiada szczególny dar do ich tworzenia. Fakt, że są to dzieci z traumą, po okropnych przejściach, jednakże jest ciężko się z nimi utożsamiać, ciężko im współczuć, ponieważ mają w sobie taką szczególną płaczliwość, taką odporność na autorytet rodzicielski, która staje się wręcz niebezpieczna dla zdrowia, a nawet życia, ponieważ to częściowo przez tę dziecięcą niepokorność dochodzi do wypadków, z konsekwencjami których muszą potem zmierzyć się bohaterowie.

Pomimo lekkiego rozczarowania, nie mogę stwierdzić jednoznacznie, że jest to zła książka. Nie, to co mnie zawiodło, nie miało ostatecznie wpływu na fakt, że napięcie mnie nie opuszczało aż do ostatnich stron i właśnie dlatego uważam, że "Dziecko ognia" sprawdzi się jako dreszczowiec do czytania podczas wakacyjnych wyjazdów czy weekendowego lenistwa.

Dziecko ognia, S.K.Tremayne, wyd. Czarna Owca, 2017, tyt. oryg. The Fire Child, przekład: Anna Krochmal, Robert Kędzierski, 352 strony