Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura sensacyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura sensacyjna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 czerwca 2018

ZNAJDŹ MNIE, J.S. Monroe


"Znajdź mnie" to książka, z którą miałam problem podczas czytania. Do mniej więcej połowy szło mi ono opornie, cała historia wydawała mi się udziwniona i absurdalna: chłopak, który wszędzie widzi zmarłą przed kilkoma laty dziewczynę, z którą był zaledwie kilka miesięcy, po czym popełniła ona samobójstwo - rzekomo, ów chłopak prowadzi swoje prywatne śledztwo, aby wyjaśnić co naprawdę jej się przydarzyło. Oczywiście nie wierzy w wersję o samobójstwie i chociaż minęło pięć lat, jest święcie przekonany, że nie wszystkie wizje z ukochaną to tylko ułuda i psikus ze strony wyobraźni, tylko rzeczywistość. I do tego jeszcze pojawia się wątek szpiegowski. I wątek testowania substancji chemicznych/lekarstw na zwierzętach i ludziach. Naprawdę miałam zamiar zrezygnować z doczytania jej do końca, ale nagle stało się coś dziwnego: zaczęło mi się podobać.

Wydarzenia były, chociaż już nieco mniej, ale jednak, wciąż absurdalne, moje przewidywania co do tożsamości złoczyńcy potwierdzały się coraz bardziej, im było bliżej końca, ale w momencie gdy zaakceptowałam, że nie można traktować tej pozycji super serio, jak czegoś co faktycznie mogłoby spotkać normalnego człowieka, naprawdę wciągnęłam się w akcję i dobrze bawiłam przy czytaniu.  , To po prostu nieźle napisany, bardzo "od czapy", thriller. Wydawać by się mogło, że autor wrzucił do jednego wora kilka swoich ulubionych motywów, na szczęście jest inaczej, na szczęście jest to tylko igranie z czytelnikiem, chociaż bardzo ryzykowne, bo nie każdy ma tyle wytrwałości w sobie, by doczytać książkę, w której nie bardzo wiadomo co się dzieje. I na szczęście "Znajdź mnie" w pewnym momencie zaskakuje porządnym zwrotem akcji i próbuje chociaż w ten sposób zrekompensować czytającemu chaotyczną pierwszą połowę. Patrząc z perspektywy czasu, bo już minęło kilka tygodni odkąd książkę przeczytałam, jednak głównym zarzutem jaki mam, jest główna bohaterka - bardzo irytująca od początku do końca, nawet pomimo tego, co jej się ostatecznie przydarzyło, jakoś trudno jest przejąć się jej losami. Zdecydowanie wolę bardziej pełnokrwiste, mocne postaci z charakterem, a tutaj niestety bohaterce brakowało wyrazistości i, za przeproszeniem, jaj.

Nie każda książka musi być powalającym arcydziełem, czasami po prostu może zapewnić czytelnikowi trochę rozrywki - i to właśnie jest taki przypadek. Z pewnością nie jest to książka dla każdego, ale jeśli przymknie się oko na niektóre jej aspekty i wykaże cierpliwością tak jak to było w moim przypadku, może przynieść sporo satysfakcji. Na sezon wakacyjny, na leżaczek, na czytnik, bo to jednak nie jest pozycja, do której się wraca i którą mieć trzeba koniecznie na półce - moim zdaniem dobry wybór.

Należy zaznaczyć także jedną rzecz: miejscami występują dość drastyczne opisy znęcania się nad zwierzętami i ludźmi, stąd wydaje mi się, że jest to lektura dla dojrzalszych czytelników.

 A mowa o:
Znajdź mnie, J.S.Monroe, WAB, 4 kwietnia 2018r., tyt. oryg. Find Me, przekład: Agnieszka Walulik

poniedziałek, 18 czerwca 2018

VATERLAND, Robert Harris



Jest rok 1964 i Niemcy przygotowują się właśnie do obchodów siedemdziesiątych piątych urodzin...Adolfa Hitlera, na których ma pojawić się sam prezydent Stanów Zjednoczonych, Joseph P. Kennedy, ojciec Johna F. Kennedy 'ego. Brzmi dziwnie i niepokojąco, prawda? Taka właśnie jest wizja Roberta Harrisa, twórcy światowych bestsellerów takich jak "Pompeje", "Monachium" czy "Autor widmo", specyficznych thrillerów, w których autor nawiązuje do autentycznych wydarzeń z historii i polityki. W "Vaterlandzie" Harris bierze na tapet drugą wojnę światową, a konkretnie nazistowskie Niemcy i stawia pytanie: jak potoczyłyby się losy świata, gdyby to Hitlerowi udałoby się wygrać wojnę?

Do roku 1942 bieg historii u Harrisa jest identyczny z tym, który znamy, potem jednak zaczyna się horror. Oto bowiem Naziści dowiadują się, że Brytyjczykom udało się rozszyfrować Enigmę i od tej chwili wydarzenia rozgrywają się na korzyść Niemiec. Inwazja na Normandię nie ma w ogóle miejsca, za to Wielka Brytania podpisuje w 1944 roku traktat pokojowy, a rodzina królewska ucieka do Kanady. Traktat podpisują również Stany Zjednoczone w 1946 roku. zaraz po tym, jak nad Nowym Jorkiem wybucha nieuzbrojona rakieta, będąca demonstracją niemieckich możliwości. A ponieważ Stanom udaje się pokonać w tym samym roku Japonię, to właśnie te dwa państwa stają się światowymi superpotęgami połączonymi kruchym, ale jednak sojuszem. Przyczajona na wschodzie Rosja teoretycznie została podbita podczas drugiego podejścia Niemców (pierwsze, zgodnie z tym co wiemy i dzisiaj, zakończyło się niepowodzeniem), kiedy to udało się odciąć armii rosyjskiej dostawy ropy, jednak pomimo formalnego aktu kapitulacji, nieprzerwanie od dwudziestu lat Rosjanie toczą wojnę partyzancką.

Jak w tym wszystkim ma się kwestia Holocaustu? To właśnie zagłada Żydów jest najpilniej strzeżonym sekretem przez Nazistów sekretem, który ujawniony mógłby zmienić obecną sytuację polityczną: świat bowiem ciągle nie wie nic o obozach, o pociągach, którymi zwożono setki tysięcy ludzi, po to, by ich zgładzić w jak najbardziej efektywny sposób. Chociaż chodzą na temat zniknięcia Żydów różne pogłoski, nikt naprawdę nie zdaje sobie sprawy z rozmiaru eksterminacji, do której posunął się Hitler wraz ze swoimi ludźmi. W samych Niemczech ludzie lokowani są w mieszkaniach i lokalach, które niegdyś należały właśnie do Żydów - większość nie poddaje nigdy w wątpliwość co też mogło się stać z poprzednimi właścicielami, biernie podporządkowując się woli państwa w myśl zasady, iż wie ono najlepiej co dobre dla swoich obywateli. Zniknięcie z powierzchni Ziemi kilku milionów ludzi przeszło zatem niemal nie zauważone, a jego sprawcy wciąż pozostają bezkarni i nie zanosi się na to, by mieli kiedykolwiek ponieść konsekwencje swoich działań.

Do zdecydowanego atutu "Vaterlandu" należy odtworzenie przez Harrisa nazistowskiej propagandy. Bazując na dostępnej wiedzy o jej faktycznym działaniu, autor rozciąga jej wpływy na czasy powojenne w nowej, alternatywnej rzeczywistości, a efekty robią wrażenie. Oto bowiem Niemcy stały się państwem totalitarnym, gdzie trudno znaleźć jakąkolwiek opozycję - wszelkie działania w tym kierunku zostają stłumione w zarodku, często właśnie dzięki pomocy obywateli, którzy już od najmłodszych lat wychowywani są w duchu bezkrytycznego uwielbienia dla Rzeszy, nawet jeśli oznacza to denuncjowanie członków własnej rodziny - nie liczą się więzy krwi, liczy się tylko i wyłącznie patriotyzm. Stąd również i tytuł książki: "Vaterland", czyli kraj ojców - tylko ojczyzna ma znaczenie dla prawdziwych Niemców. Nawet jeśli owa ojczyzna robi im pranie mózgów, ogranicza ich swobodę i prawa, a za pomocą kontrolowanych ostrą cenzurą mediów przekazuje im odpowiednio spreparowane wiadomości ze świata, tak operując nimi, aby tylko ziemia ojczysta była tym najwspanialszym i najidealniejszym miejscem na całej Ziemi. Nawiasem mówiąc, czy nie brzmi to bardzo znajomo i bardzo aktualnie?

Pomimo zachwytu nad kompleksową budową całej tej alternatywnej historii, książkę trudno określić mianem doskonałej. Chociaż świat stworzony przez autora jest bez zarzutu, główni bohaterowie "Vaterlandu" niestety zawodzą. Xavier March, detektyw policji kryminalnej, z zamysłu jest dla takiego czasu i miejsca akcji postacią wręcz idealną - wysoko postawiony pracownik niemieckiej policji, budzący strach i respekt z racji sprawowanego stanowiska, jednocześnie kwestionuje to, co dzieje się wokół niego, w głębi duszy nie zgadza się z propagandą rządu i widzi jej szkodliwość. Zdaje sobie sprawę, że imperium niemieckie zbudowane zostało na trupach wielu niewinnych ludzi - jak wielu, będzie mu dopiero pisane odkryć. Chociaż przezornie nie dzieli się z nikim swoimi poglądami, jego brak zaangażowania w działalność partyjną nie przechodzi niezauważony. Może się tylko domyślać co dzieje się za jego plecami - w rzeczywistości staje się przedmiotem wielu donosów, nawet ze strony osób, które uważa za najbliższe. Szkoda zatem, że brak tej postaci większej głębi. Autor miał tu zdecydowanie szerokie pole do popisu, tworząc człowieka mocno skonfliktowanego wewnętrznie pomiędzy służbą dla narodu niemieckiego, którego jest obywatelem i na którego dobru powinno mu zależeć jako patriocie, a świadomością, że jest na rozkazach ludzi, którzy mają na rękach krew milionów ofiar. Trochę tu tego zabrakło, nie widać również przemiany, jaką naturalnie w tych okolicznościach powinien przejść bohater.

Jakże wiele książka mogła zyskać, gdyby tylko autor nie zdecydował się na zamieszczenie sztampowej postaci kobiecej i sztampowego wątku miłosnego. Już w momencie gdy na horyzoncie pojawia się piękna młoda dziennikarka, oczywiście będąca Amerykanką, co tym bardziej jest atrakcyjne dla udręczonego niemiecką propagandą Marcha, wiadomo, że tych dwoje będzie razem i wiadomo również, że z racji pochodzenia obojga żadne "długo i szczęśliwie" nie wchodzi w rachubę. Szkoda, że przy tak misternie i pieczołowicie stworzonym świecie przedstawionym, gdzie widać jak niesamowity ogrom pracy został włożony przez pisarza, gdzie postaci autentyczne mieszają się z fikcyjnymi, a wydarzenia pseudo historyczne są tak przemyślane, że momentami ciężko odróżnić fikcję od faktu, autor zdecydował się na tak banalną historię związku dwojga ludzi, a jedyna znacząca postać płci żeńskiej służy poza tym tylko popychaniu gdzieniegdzie akcji do przodu.

Podsumowując, jest to bardzo dobry thriller, niepozbawiony wad, ale przerażający, i to nie tylko rozmachem bestialstwa, do jakiego zdolny jest gatunek ludzki. Najbardziej mrożąca krew w żyłach jest świadomość, że wizja, którą przed czytelnikiem roztacza autor, była - i wciąż tak naprawdę pozostaje - bardzo prawdopodobna, a porządek świata jaki dzisiaj znamy, mógł wcale nie zaistnieć. Robert Harris daje nam wgląd w przerażającą przeszłość, która na szczęście nie miała nigdy miejsca, a która z powodzeniem może służyć jako przestroga przed państwem totalitarnym, zagrożeniem wciąż bardzo realnym w naszych czasach, co jesteśmy w stanie sobie uzmysłowić jeśli tylko dokładnie prześledzimy wiadomości napływające z kraju i świata.

Vaterland, Robert Harris, wyd. Albatros, 4 kwietnia 2018r., tyt. oryg. Fatherland, przekład: Andrzej Szulc, 432 strony





Książka na stronie wydawnictwa

piątek, 25 maja 2018

ZANIM POZWOLĘ CI WEJŚĆ, Jenny Blackhurst



Książka Jenny Blackhurst "Zanim pozwolę ci wejść", która niedawno miała swoją premierę w Polsce, wyszła w serii, w której ukazały się również książki Alex Marwood i Tany French. Bardzo sobie cenię książki Marwood, miałam więc nadzieję na klimatyczny thriller psychologiczny, w którym wątki obyczajowe będą grały główną rolę. I nie zawiodłam się, bowiem to właśnie dostałam - dość kameralną historię o obsesji, zdradzie i maskach, jakie na co dzień nakładamy, a do tego znakomicie zbudowane napięcie, które nie pozwoliło mi odłożyć książki - a czasem i przerwać jej słuchania, bowiem lekturę egzemplarza papierowego przeplatałam audiobookiem, kiedy obowiązki domowe kazały mi zająć ręce czymś innym niż lekturą.

Jenny Blackhurst jest młodą brytyjską autorką, w której dorobku znajdują się już trzy książki, gdzie "Zanim pozwolę ci wejść" jest następną po debiutanckim "How I Lost You". Jest to historia trzech przyjaciółek znających się od dziecka, która rozpoczyna się dla nas w momencie, gdy jedna z nich, pani psycholog Karen, odbywa pierwsze spotkanie z nową pacjentką, Jessicą. W dziewczynie jest coś, co budzi niepokój lekarki, pewna źle skrywana wrogość, która zaskakuje u osoby, którą widzi pierwszy raz na oczy. Z czasem okazuje się, że w życiu Karen i jej przyjaciółek zaczyna dochodzić do pewnych niepokojących zdarzeń, które pozornie noszą znamiona zwykłej ludzkiej nieostrożności, jednak psycholożka podejrzewa, że mają one związek z Jessicą. Dlaczego obca osoba miałaby działać na szkodę którejkolwiek z nich? Jakie są jej motywy?

To przede wszystkim książka o kobietach, ale skierowana nie tylko do nich - warto by sięgnęli po nią także mężczyźni, bowiem autorce udało się całkiem nieźle nakreślić obraz kobiecej psychiki, co mogłoby pomóc niejednemu panu w zrozumieniu płci pięknej. Doceniam obraz macierzyństwa, jaki pokazuje nam autorka, trafnie i bez zbędnego upiększania, bez popadania w stereotypy. Doceniam historię studentki, która podjęła kiedyś złą decyzję i poniosła jej srogie konsekwencje. Doceniam postać silnej kobiety, która mierzy wysoko i ciężką pracą toruje sobie drogę na szczyt w środowisku zdominowanym przez mężczyzn. Wszystkie są bardzo wiarygodne, nie przerysowane na siłę. W ich charakterystyce Blackhurst uchwyciła ten szczególny sposób w jaki odbiera je społeczeństwo i role, jakie usiłuje im narzucać. Robiąca karierę kobieta nie może zawdzięczać awansu swoim umiejętnościom, tylko najpewniej uzyskuje go przez łóżko szefa. Samotna kobieta po trzydziestce jest albo skostniałą, zimną starą panną, albo niewyżytą, nie potrafiącą się ustatkować imprezowiczką. Matka poświęcająca karierę na rzecz opieki nad dzieckiem to nie przemęczony obowiązkami i wiecznie niewyspany człowiek, tylko bezmózgi robot zaprogramowany do zmiany pieluch. Łatwo jest przypiąć łatkę, nie wysilając się na zrozumienie czyjejś sytuacji - ja taką przestrogę przed pójściem na skróty znajduję właśnie w "Zanim pozwolę ci wejść".

Ogromną rolę w książce odgrywa motyw zaufania i zdrady, oba ukazane w ciekawy sposób, bo nie ograniczający się tylko do związku dwojga partnerów, ale również w odniesieniu do przyjaźni. To ona jest tutaj cichym bohaterem wysuwającym się na pierwszy plan. Co decyduje o tym, że wybieramy kogoś na swojego przyjaciela? Jakie cechy musi posiadać ta osoba? Na ile jesteśmy w stanie przed kimś się otworzyć, dać mu dostęp do najintymniejszych sfer naszego życia? Czy powinniśmy oczekiwać w zamian tego samego? Czy warto jest bezgranicznie ufać drugiemu człowiekowi, a nawet powierzać mu swoje bezpieczeństwo? Jak bardzo jesteśmy w stanie kogoś poznać - wiemy, że jesteśmy szczerzy w naszej znajomości, ale czy kiedykolwiek jesteśmy w stanie poznać motywy kierujące innymi? Te wszystkie pytania nasuwały mi się w trakcie lektury, gdy śledziłam losy trzech przyjaciółek, których lojalność wobec siebie, wraz z nakręcającą się spiralą zdarzeń, została poważnie wystawiona na próbę.

"Zanim pozwolę ci wejść" to bardzo dobra rozrywka z przesłaniem, udowadnia, że bez efektownych zwrotów akcji i bez krwawych opisów też można bawić czytelnika. Trzyma w napięciu i intryguje, zapewnia wiele wrażeń i niesie z sobą ostrzeżenie: czy na pewno wiesz wszystko o ludziach, którzy cię otaczają? Ja ze swej strony polecam książkę w wersji audio, której słuchałam naprzemiennie z czytaniem wersji papierowej. To był mój pierwszy audiobook przesłuchany do końca, moje wcześniejsze podejścia zwykle kończyły się jeszcze przed końcem pierwszego rozdziału - lektorzy spisali się na medal, naprawdę się wciągnęłam i w odpowiednich momentach faktycznie przechodziły mnie ciarki. Mam nadzieję, że pozostałe książki Jenny Blackhurst zostaną u nas również wydane, z chęcią sięgnę po kolejną książkę jej autorstwa.

 A mowa o...

Zanim pozwolę ci wejść, Jenny Blackhurst, Albatros, 9 maja 2018r., tyt. oryg. Before I Let You In, przekład: Anna Dobrzańska, 384 strony


http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazka,1767,4058,zanim-pozwole-ci-wejsc.html

czwartek, 10 maja 2018

ŚMIERĆ W CHATEAU BREMONT, M.L. Longworth



Szczęśliwi ludzie przesiadują w kawiarniach i piją kawę*, parafrazując tytuł bestsellera autorstwa innej francuskiej autorki sprzed kilku lat. Chociaż jak się okaże po lekturze książki, nie tylko kawę, są także duże ilości wina, przegryzane serami, stekami lub innymi smakołykami, a gdzieś w tle pomiędzy jedną kawą a drugą pada trup i zaczyna toczyć się śledztwo. Wszystko to w niezwykle malowniczym miejscu, prawdziwym raju na ziemi - w Aix-en-Provence. Tutaj, gdzie pola usłane są lawendą, gdzie z jednej strony czuć bliskość Lazurowego Wybrzeża, a z drugiej czają się majestatyczne Alpy, dochodzi do zbrodni, która jest jednak równie niebanalna jak i cały ten region.

Oto bowiem z okna rodzinnego zamku, nie, nie, przepraszam, z okna chateau, wypada szlachcic Etienne de Bremont i ginie na miejscu. Miasto huczy od plotek. Śledztwo w sprawie tej zagadkowej śmierci prowadzi główny sędzia w Aix, Antoine Verlaque, który prosi o pomoc swoją dawną miłość, profesor prawa na miejscowym uniwersytecie, Marine Bonnet. Marine jest dawną przyjaciółką Bremontów, znają się od dzieciństwa, posiadane przez nią informacje i zachowane wspomnienia o ofierze pozwalają dochodzeniu, przynajmniej początkowo,toczyć się we właściwym kierunku, z czasem jednak na jaw wychodzą różne sekrety szlacheckiej rodziny, a w sprawę zaangażowana będzie nawet mafia...

Całkiem zgrabnie zarysowany wątek kryminalny nie jest jednak tym na czym skupia się fabuła. Poszukiwanie motywu i mordercy jest jakby zepchnięte na drugi plan, bo oto na pierwszy wysuwa się związek/nie związek głównych bohaterów. Zbrodnia staje się pretekstem do ponownego spotkania sędziego i pani profesor, niegdyś połączonych uczuciem, które, jak się dość prędko okazuje, nie do końca wygasło. I tak oto aż do samego końca czytelnik będzie zadawał sobie pytanie: zejdą się czy nie zejdą? Chyba że znajdzie się taki, który tak jak ja nie znosi rozbudowanych wątków miłosnych, wtedy ten akurat czytelnik będzie chciał, żeby bohaterowie skończyli się wygłupiać i wzięli się poważnie za śledztwo, bo tego oczekuje od książki, która miała być kryminałem...

A gdyby jeszcze miłosne podchody nie były wystarczającym spowalniaczem, to wszystko skąpane w obitych ilościach Beaujolais czy co tam aktualnie popijają. Albo jedzą. Na podstawie postaci wykreowanych przez autorkę, Brytyjkę mieszkającą od kilkunastu lat we Francji, wyłania się dość ciekawy obraz Francuzów, przynajmniej tych pochodzących z Aix i okolic. Sybarytyzm. Życie bez zbędnego pośpiechu, bez niepotrzebnego stresu (morderca nie zając, nie ucieknie), za to zdecydowanie korzystając z dobrodziejstw tego świata, czyli dobrego jedzenia, wina, cygar i miłości. Skoro wiadomo, że każdego czeka odejście z ziemskiego padołu, czemu nie spędzić czasu, jak nam jest tu dany w jak najlepszy sposób?

Przyniesiono im główne dania i Paulik z powątpiewaniem spojrzał na swoje. Risotto ułożono w wysoką stertę, artystycznie poprzetykaną różnymi rodzajami smażonych mięs, a pędy szparagów sterczały ku niebu. 
- Dużo tego - powiedział tylko i zabrał się do jedzenia. Nie lubił, gdy posiłek przypominał raczej rzeźbę. Pstrąg Verlaque'a był idealnie przyrządzonym i podany z małymi ziemniaczkami i podsmażanym koprem włoskim.
Paulik w pierwszej kolejności zabrał się do szparagów, na które w Prowansji był akurat sezon. Upieczono je na oliwce z czosnkiem i mnóstwem soli i pieprzu, dokładnie tak, jak przyrządzała je w domu Hélène.
- Spróbuj tego - powiedział komisarz, nakładając widelcem risotto z mięsem na talerz Verlaque'a. - Odparowali sok z mięsa i użyli różnych rodzajów. Wydaje mi się, że to podsmażone figatelli z Korsyki.
- Zgadza się, figatelli, i to wyśmienite. A co powiesz o winie?
- Wyborne.
- A o restauracji?
- W porządku na późny lunch, ale prawdziwym testem jest zawsze sobotni wieczór, gdy panuje największy ruch - odparł Paulik.
Jedli dalej, rozmawiając o innej sprawie - serii włamań w centrum Aix, których sprawców dopiero co schwytano. Obaj zrezygnowali z deseru i napili się espresso.**

Nie przeczę jednak, że francuskie niespieszne śledztwo może stać się przyjemną alternatywą dla skandynawskiego chłodu kryminałów, po które tak często sięgamy, no a przecież dobrze jest sobie czasami urozmaicić czytelnicze eskapady zaglądając do książek z różnych krajów. W obliczu przyjemnego wiosennego ciepła, takiego, które daje już przedsmak lata, warto przenieść się do cudownej Prowansji i tam razem z bohaterami leniwie popijać espresso, przy okazji rozwiązując tajemnicę pewnego morderstwa. Warto zagłębić się w tę historię i przekonać się na własnej skórze, czy pasuje nam taka atmosfera, warto dać jej szansę, bo a nuż nam się spodoba, zwłaszcza, że niebawem premiera drugiej części przygód bohaterów, dzięki której będziemy mogli jeszcze trochę zabawić w tym pięknym rejonie Francji.

* Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę, A

 A mowa o...
Śmierć w Chateau Bremont, M.L. Longworth, wyd. Smak Słowa, 15 marca 2018, tyt. oryg. Death at the Chateau Bremont, przekład: Anna Krochmal, 340 stron

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

NIEPOKÓJ, Jesper Stein


Dzisiaj zabieram Was do Kopenhagi, stolicy Danii, ale bądźcie przygotowani na przygodę zgoła mroczniejszą od baśni tworzonych przez Christiana Andersena, naczelnego bajarza tego niewielkiego państwa (który, jak głosi plotka, w rzeczywistości miał być strasznym nudziarzem). Będzie współcześnie, będzie krwawo, będzie niespokojnie, ale momentami będzie również zabawnie. Nie tylko Szwedzi potrafią pisać kryminały na poziomie, czego dowodem jest właśnie "Niepokój" Jespera Steina, duńskiego pisarza i dziennikarza, zajmującego się głównie procesami sądowymi.

Głównym miejscem akcji jest dzielnica Kopenhagi Norrebro, opanowana przez zamieszki i demonstracje wywołane eksmisją jednego z budynków, który, tak się składa, ma wręcz kultowe znaczenie dla młodych ludzi, głównie dla aktywistów. Ulice stają się niespokojne, protesty nie słabną, wręcz przeciwnie, nabierają mocy, a zarówno mieszkańcy jak i policja czują rosnącą bezradność wobec nasilającej się fali przemocy. Dodatkowo wszelkie działania stróżów prawa muszą być ostrożne, z wyczuciem, gdyby bowiem okazało się, że używają oni jakiejkolwiek siły wobec protestujących, ci natychmiast skorzystaliby z tego pretekstu, a dzielnica stanęłaby w ogniu. Gdy więc podczas kolejnej niespokojnej nocy zamieszek, w miejscu gdzie znajdowało się mnóstwo policjantów, znalezione zostaje ciało mężczyzny oparte o cmentarny mur, przebrane w strój charakterystyczny dla demonstrantów, policja musi działać błyskawicznie i w białych rękawiczkach, aby wyjaśnić kim był denat i czy za jego śmierć odpowiedzialna jest policja. I tutaj do akcji wkracza wicekomisarz Axel Steen, niezwykle dociekliwy, niekoniecznie lubiany przez swoich współpracowników przez swoje metody pracy, które bywają niezbyt etyczne...

Dzielnica Norrebro
Tytuł książki jest bardzo adekwatny do jej zawartości i prawidłowo nazywa atmosferę, jaka panuje na jej kartach, już od pierwszych akapitów. Palące się opony, butelki z benzyną, wszechobecny chaos, dym wgryzający się w oczy. Gdy do tego dorzucimy jeszcze toczące się śledztwo, mordercę, którego tożsamość pozostaje tajemnicą, zmory prześladujące głównego bohatera, czyli bezsenność i problemy z sercem, uzyskujemy klimat, który wzburza nerwy, i chociaż nie brakuje zabawnych scen czy kwestii, bo poczucia humoru tu jest sporo, to jednak nie jest łatwo wyzwolić się od wrażenia, że już za chwilę, już za moment stanie się coś bardzo złego. Ten niepokój utrzymuje się aż do samego końca, do dramatycznego finału, który przynosi nie tylko rozwiązanie kryminalnej intrygi, ale również zaskakuje - autor skutecznie wywodzi czytelnika w pole, nie oferując łatwych rozwiązań.

Jednak tym, co najbardziej podbiło moje serce to postać głównego bohatera, który chociaż oparty o jeden z często stosowanych w kryminałach stereotypów - rozwodnik, pogrążony w rozpaczy za utraconą miłością, szukający lekarstwa na swoją bezsenność w haszyszu - jest jednak kimś, z kim czytelnik może się w pewien sposób utożsamiać, nawet jeśli pozornie nie ma nic wspólnego ze Steenem. Cały urok Axela i jego wiarygodność tkwią w jego niedoskonałościach, w których możemy rozpoznać nasze własne: w ciągłym lęku przed śmiercią, w jego nadwrażliwości na krzywdę ludzką, która nie pozwala mu ograniczyć się do standardowych, czasami zbyt sztywnych i bezdusznych procedur pracy policjanta. Bezwzględność Steena w dążeniu do ustalenia prawdy umotywowana jest jego nietolerancją na zło, a niezbyt etyczne metody śledztwa pozwalają osiągać mu świetne rezultaty, które nie tylko ratują go przed gniewem przełożonych, ale również pozwalają mu wierzyć, że tak jak tylko może zmienia świat na lepszy. Bardzo ciekawa, niejednoznaczna postać, którą chętnie obejrzałabym na małym ekranie, najlepiej w wykonaniu innego Duńczyka, Madsa Mikkelsena.


Cmentarz w Norrebro

Źródło fotografii: Pinterest

Tak więc od dzisiaj do baśni Andersena, pomnika Małej Syrenki i parku Tivoli, do mojej osobistej kolekcji znaków charakterystycznych dla Danii, dołącza nietuzinkowy detektyw Axel Steen, z którym mam nadzieję jeszcze będzie dane mi się spotkać w kolejnych tomach jego przygód. Zarówno miłośnicy gatunku, jak i osoby szukające mocnej, ale nie przesadnie drastycznej, inteligentnej i dowcipnej rozrywki na leniwe dni, powinni być usatysfakcjonowani.

Niepokój. Detektywistyczna Seria o Axelu Steenie Tom 1, Jesper Stein, wyd. Editio Black, 27 lutego 2018r., tyt. oryg. Uro, przekład: Edyta Stępkowska, 456 stron

Książka na stronie wydawnictwa ---> KLIK

wtorek, 17 kwietnia 2018

ŚLEPY ARCHEOLOG, Marta Guzowska



Trudno jest napisać kryminał czy też powieść sensacyjną, który będzie posiadał bohatera wymykającego się schematom i stereotypom jakie królują w tym gatunku. Każdy jego miłośnik na pewno jest w stanie wymienić kilka cech, które wydają się być wręcz nieodzowne dla kreacji głównego bohatera - jest to przeważnie alkoholik, rzadziej narkoman, rozwodnik lub wdowiec z przynajmniej jednym dzieckiem, najlepiej martwym, pracujący w policji ewentualnie prokuraturze - z pewnością znalazłoby się ich więcej, ale z tymi wymienionymi spotykam się chyba najczęściej. Jaką więc przyjemną odmianą okazało się spotkanie z Tomem Marą, tytułowym "Ślepym archeologiem", który zdecydowanie wyróżnia się na tle znanych mi do tej pory postaci.

Tom posiada wszystko, co teoretycznie powinien posiadać spełniony człowiek - jest kierownikiem wykopalisk na Krecie, ma za sobą błyskotliwą karierę i znakomitą pozycję w środowisku archeologów, a do tego jest inteligentny i atrakcyjny, i przyciąga zainteresowanie kobiet. Tom ma nawet więcej, ponieważ obdarzony jest niesamowitym słuchem, węchem i bardzo wrażliwym dotykiem - wszystko to, łącznie z pamięcią absolutną, musi mu zrekompensować brak innego zmysłu - wzroku. W jego życiu liczy się rutyna, to bowiem ona pozwala mu na całkiem znośne funkcjonowanie w świecie, gdzie mało który niewidomy osiąga tyle co on, i tylko dzięki  przewidywalności kolejnych wydarzeń w ciągu dnia, dzień za dniem, tydzień za tygodniem, jest w stanie kontrolować rzeczywistość. A przynajmniej tak mu się wydaje. Dzień, w którym na terenie wykopalisk znalezione zostaną zwłoki turystów z Polski, zburzy jego spokojne, uporządkowane życie, ktoś bowiem zacznie bawić się w grę, w której ceną będzie ludzkie życie, a tylko od Toma zależeć będzie, czy uda się je uratować...

Ogromną zaletą "Ślepego archeologa" jest właśnie niepełnosprawność Toma - jest to świetny pomysł, który na kilka różnych sposobów korzystnie wpływa na odbiór książki. Po pierwsze, czytelnik ma wgląd w to jak wygląda życie osoby niewidomej. Bohater został dobrze przemyślany przez autorkę, w rezultacie otrzymaliśmy precyzyjny opis jego zwyczajów i nawyków, sporo miejsca poświęcone zostało na wytłumaczenie w jaki dokładnie sposób Tom wykonuje te codzienne czynności, które osobom widzącym wydają się śmiesznie proste, a które jednak okazują się kłopotliwe dla ludzi kalekich jak Tom. Ponieważ narracja jest w pierwszej osobie, mamy dostęp do jego emocji i przemyśleń, a dzięki temu możemy lepiej wczuć się w jego położenie. Jest to nie tylko korzystne dla poznania nowego punktu widzenia, a w zasadzie niewidzenia, ale też pod kątem intrygi kryminalnej. Gdy wokół bohatera dzieją się coraz to dziwniejsze rzeczy, ktoś ewidentnie bawi się jego kosztem i usiłuje przypisać mu czyny, których nie popełnił, fakt, że jego życie odbywa się jakby za zasłoną, w ciemności, potęguje dodatkowo napięcie i sprawia, że ciężko jest się oderwać od książki. Sama świadomość, że morderca wykorzystuje jego ułomność i dzięki temu ma nad Tomem przewagę, już wprowadza pewien element grozy, która towarzyszy czytelnikowi aż do finału całej historii.

Jedyne co momentami mi przeszkadzało, to taka pewna "super moc", jaką posiadał bohater, przez co jednak książka traciła na wiarygodności. Nie chodzi nawet o jego niesamowite, może aż do przesady, wyostrzone zmysły, ale o jego zdolność do przewidywania trzęsienia ziemi na chwilę przed tym zdarzeniem...Owszem, to jest czysta fikcja i może się tutaj dziać co tylko dusza zapragnie i rozumiem, że ta umiejętność odegrała tutaj bardzo istotną rolę, ale była na tyle nierealna, że w momencie pojawiania się w tekście psuła pełen sensu i intrygujący ciąg wydarzeń. Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń, a wręcz przeciwnie, uważam, że książka reprezentuje bardzo wysoki poziom i wydaje mi się, porównując ją ze światowymi bestsellerami, które ostatnimi czasy zdarzyło mi się przeczytać, że spokojnie mogłaby odnieść sukces za granicą. Nie ma w niej akcentów, które byłyby zrozumiałe tylko dla nas, Polaków, cała historia jest za to uniwersalna. I jest tutaj to, co zawsze lubię w czytanych przeze mnie książkach, czyli ogromna wiedza autorki, która przecież sama jest archeologiem, widoczna na każdym kroku, gdy tylko pojawiają się zagadnienia związane z wykopaliskami i kulturą której one dotyczą - czuć, że wie o czym pisze, a ja zawsze bardzo to sobie cenię.

To było moje pierwsze spotkanie z kryminałem autorstwa pani Guzowskiej i muszę przyznać, że było udane, i to na tyle, by narobić mi ochoty na jej pozostałe książki. Uważam, że pomysł na głównego bohatera jest znakomity, tak samo jak zresztą jego wykonanie - powieść trzymała w napięciu, a ja świetnie się bawiłam podczas jej czytania. Myślę, że fani gatunku powinni być zadowoleni, kawałek dobrej sensacji z niebanalnym bohaterem w naprawdę niebanalnym miejscu.

 A mowa o...
Ślepy archeolog, Marta Guzowska, wyd. Marginesy, 14 marca 2018r., 400 stron

piątek, 30 marca 2018

KLINCZ, Martin Holmen



Klincz to termin, którym w sportach walki, najczęściej w boksie, określa się obustronne przytrzymywanie się przeciwników w walce, powstrzymujące obu od wykonania jakiegokolwiek ruch. Nieprzypadkowo słowo to zostało użyte jako tytuł. Główny bohater nie tylko jest byłym bokserem, ale i sytuacja w której się znajdzie, przypominać będzie ów bokserski impas. Harry Kvist jest człowiekiem do wynajęcia - najczęściej, za sprawą swojej solidnej postury, podejmuje się odzyskiwania zaległych pieniędzy lub pożyczonych rzeczy od naprawdę opornych dłużników. To właśnie to zajęcie wpędzi go w kłopoty, bowiem mężczyzna, do którego udaje się z wizytą, w kilka godzin potem zostaje znaleziony martwy, a Harry, jako ostatni człowiek, który widział go żywego, staje się głównym podejrzanym w śledztwie. Aby udowodnić swoją niewinność, musi znaleźć świadka, który potwierdzi jego wersję wydarzeń. Jak na złość, wszystkie ślady, jakie znajduje Harry, wydają się prowadzić donikąd...

Bardzo podoba mi się jak autor prowadzi historię drugiego bohatera, tego mniej oczywistego, czyli Sztokholmu lat 30. ubiegłego wieku. Harry włóczy się po mieście, załatwia swoje szemrane interesy albo prowadzi swoje własne śledztwo, a w tle nieodmiennie ma miasto. Najczęściej jest to brudna ulica, przy której żyje biedota albo znajduje się jakaś speluna; biegają bezpańskie psy i mniej lub bardziej bezpańskie dzieci. Ludzie nie są ani piękni, ani sympatyczni. Jest ponuro, zimno do szpiku kości i nawet opady śniegu ani nadchodzące święta nie są w stanie zmienić tego wrażenia beznadziei, które ciągnie się po ulicach stolicy. Te przelotne momenty, gdy wraz z Harrym zaglądamy do wyższych sfer tylko pogłębiają to uczucie - może i przez chwilę jest się gdzie ogrzać i dobrze zjeść, ale degrengolada bogaczy dokłada się do tej dusznej atmosfery wszechobecnego zła i smutku. I naprawdę podziwiam autora za pracę jaką wykonał odtwarzając w swej książce Sztokholm tamtych lat. Chociaż nie jestem historykiem i nie mogę stwierdzić, na ile dokładny jest to portret, mnogość informacji o topografii miasta i o przedmiotach użytkowych, takich jak ciuchy czy choćby nawet żywność z owej epoki, wszystko to tylko doskonale przenosi czytelnika w czasie i brzmi jak najbardziej wiarygodnie.

Bez wątpienia największym atutem kryminału Holmena jest jego główny bohater, czyli Harry. Człowiek o burzliwej przeszłości, w której wiele się działo, a o której nie chce rozmawiać z nikim, nie lubi nawet wracać myślami do wydarzeń sprzed lat. Wiemy o nim tylko tyle, że był bokserem, pływał przez jakiś czas jako marynarz na statku, posiadał również żonę i malutką córeczkę, jednak ich losy są dość niejasne. Jeszcze bardziej tajemnicze wydaje się być jego dzieciństwo, skrywające naprawdę bolesną tajemnicę. Harry szuka zapomnienia w nałogach - z upodobaniem sięga po alkohol, do którego z lubością pali cygara, ale jako mężczyzna o bujnym temperamencie, najlepszą ucieczkę od nawiedzających go demonów przeszłości znajduje w seksie. I tutaj Harry jest bardzo niewybredny, docenia bowiem uroki zarówno towarzystwa damskiego jak i męskiego. I warto zaznaczyć, że bohater daleki jest od wszelkich romantycznych uniesień, wszelkie interakcje jakie mają miejsce są czysto fizyczne, bardzo naturalistyczne, bardzo cielesne i często mają za zadanie ulżenie popędowi, najczęściej w kontakcie z drugim mężczyzną. Wątki homoseksualne nie przeszkadzają książce emanować testosteronem, wręcz przeciwnie, wszystko tutaj aż krzyczy, że to książka o twardym mężczyźnie, bezkompromisowa, przytłaczająca przemocą, ale jednocześnie dzięki temu hipnotyzująca.

"Klincz" powinien przypaść do gustu każdemu miłośnikowi kryminałów noir, ze swoją gęstą atmosferą i wartką akcją, gdzie nietuzinkowy bohater nie zawsze gra czysto, a za tło jego przygód służą ponure, mroźne ulice Sztokholmu. To wszystko świetnie się tutaj zgrało z intrygą kryminalną, tworząc naprawdę dobrą rozrywkę. Dodatkowym atutem książki jest fakt, że jest ona pierwszą częścią trylogii, a to oznacza, że jeszcze dane mi będzie wrócić do przygód Harrego i do klimatycznego Sztokholmu w przededniu wybuchu II wojny światowej.

A mowa o...

Klincz, Martin Holmen, wyd. Editio, 27.02.2018r., tyt. Clinch, przekład: Alicja Rosenau, 352 strony

czwartek, 29 marca 2018

WYGINACZE ŁYŻECZEK, Daryl Gregory



Z pewnością każdemu zdarzyło się chociaż raz zadać sobie pytanie, jak by to było, gdybyśmy mogli, chociaż na krótko, mieć jakieś super moce. Czy byłaby to telekineza, czytanie w myślach, przenikanie przez ściany lub też może bycie niewidzialnym? Gdy byłam młodsza, moją ulubioną fantazją była teleportacja na zawołanie, którą mogłabym wykorzystać, powiedzmy to sobie szczerze, w sposób nie do końca zgodny z prawem i wchodzić dzięki niej w posiadanie różnych fajnych rzeczy (książek...). I tutaj nasuwa się kolejne pytanie - czy mając ową specjalną moc korzystalibyśmy z niej w sposób odpowiedzialny, używając jej do pomagania innym, czy też raczej skupilibyśmy się na własnych potrzebach i dążyli do osiągnięcia jak największego komfortu życia, łamiąc czasami prawo? "Wyginacze łyżeczek" to wyśmienita książka, która skupiając się na losach nie tylko jednej osoby o nadnaturalnych zdolnościach, ale całej rodziny obdarzonej rozmaitymi umiejętnościami, stara się poniekąd odpowiedzieć na te pytania.

Co wyniknie ze związku zręcznego i przedsiębiorczego kanciarza z telepatką o naprawdę zaskakujących zdolnościach? Gdy Teddy Telemachus poznaje swoją przyszłą żonę Maureen, nie wie jeszcze, że razem dadzą początek Niesamowitej Rodzinie Telemachusów (za to ona pewnie trochę się tego spodziewała). Na świat przyjdzie trójka ich dzieci, każde obdarzone innymi zdolnościami. Irene, najstarsza, jest chodzącym wykrywaczem kłamstw - jest w stanie rozpoznać, gdy ktoś mówi nieprawdę. Frankiemu dostała się telekineza, a Buddy, najmłodszy, widzi wydarzenia z przyszłości. Żeby nie było za idealnie, ich umiejętności nie są w stu procentach niezawodne, wręcz przeciwnie - często zawodzą, a nawet obracają się przeciwko nim. Fantastyczna rodzinka w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku była o krok od podbicia serc Amerykanów i osiągnięcia wielkiego sukcesu, jednak występ, który miał o tym zadecydować, okazał się klapą i nieoczekiwanie stał się początkiem bardzo złej passy Telemachusów, która musiała przetrwać nie tylko wewnętrzne spięcia pomiędzy członkami rodziny, ale i utratę jednego z nich, co rzuciło się cieniem na pozostałych.

I chociaż w książce nie brakuje scen, podczas których bohaterowie używają swoich paranormalnych umiejętności, to nie na tych fantastycznych elementach skupia się autor. Autor dokonał ciekawego zabiegu - obdarzonych mocami ludzi, zamiast ubrać ich w trykot, dać pelerynkę i kazać im ratować ludzkość, wcisnął w szarą zwykłą rzeczywistość i to właśnie przetrwanie wśród zwykłych śmiertelników staje się wyzwaniem dla tych nietuzinkowych postaci, które muszą zachowywać się jakby żadne z nich nigdy nie było częścią Niesamowitej Rodziny, która zachwycała publiczność swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami. Czytanie o ich perypetiach jest tym ciekawsze, że autor stworzył galerię naprawdę fascynujących charakterów o dopracowanych osobowościach.

Dzięki temu, że poznajemy opowieść, zarówno tę sprzed lat jak i tę bieżąca z perspektywy każdego z Telemachusów, mamy nie tylko dokładniejszy wgląd w ich uczucia i myśli, ale też we wszystkie wydarzenia, co pozwala nam lepiej zrozumieć fabułę, która początkowo wydaje się nieco zagmatwana, ale potem z każdym rozdziałem wszystkie elementy wskakują na swoje miejsce i pięknie układają się w całość. W rezultacie otrzymujemy książkę, która jest jednocześnie zabawną komedią pomyłek, opowieścią o odnajdywaniu swojego miejsca w społeczeństwie i wśród bliskich, o tym, jak piękna, choć jednocześnie trudna bywa inność, historią pewnej oryginalnej rodziny, która stała się chyba moją ulubioną literacką familią (sorry, Borejkowie...), a wszystko to okraszone jest wątkiem porachunków mafijnych i nadprzyrodzonymi umiejętnościami, na które łasi się samo CIA.

Ciekawa jestem, czy książka trafi kiedyś na ekran - bardzo bym tego chciała, bo ma ogromny potencjał na znakomity film, jest prawie gotowym materiałem na scenariusz. "Wyginacze łyżeczek", to wyborna mieszanka komedii, sensacji i elementów paranormalnych, która nie tylko zapewni czytelnikowi znakomitą rozrywkę, ale także pomoże mu sobie uświadomić, że największą supermocą, jaką może posiadać człowiek, jest jego rodzina. Dla tych, którzy potrzebują gwarancji jakości w postaci nagrody literackiej bądź choćby nominacji to takowej, książka została nominowana do nagrody Nebula za rok 2018 (ogłoszenie zwycięzcy w maju 2018).

A mowa o...

Wyginacze łyżeczek, Daryl Gregory, wyd. Czarna Owca, 31 stycznia 2018 r., tyt. oryg. Spoonbenders, przekład: Joanna Golik-Skitał, 528 stron

środa, 28 lutego 2018

KREDZIARZ, C.J. Tudor



Rok 1986 okaże się przełomowym dla mieszkańców małego angielskiego miasteczka. Seria dziwnych zdarzeń i nieszczęśliwych wypadków okaże się tylko zapowiedzią najbardziej szokującego i niewyobrażalnego wydarzenia - grupka nastolatków, porozumiewająca się wówczas między sobą za pomocą znaków robionych kredą, właśnie dzięki znakom znajdzie w lesie rozczłonkowane ciało dziewczyny, ich starszej koleżanki, którą znają ze szkoły. Kto mógł dokonać tak bestialskiego czyny? Mordercy nie udaje się złapać i osądzić, ostatecznie sprawa pozostaje bez zamknięcia. Mija trzydzieści lat. Eddie, główny bohater, jeden z chłopców, którzy odnaleźli zwłoki, dostaje anonimowy list - na kartce papieru narysowany kredkami jest kreskowy ludzik z pętlą na szyi, zaś z koperty wypada kawałek kredy...

"Kredziarz" to debiut brytyjskiej autorki C.J. Tudor i muszę przyznać, że autorka ustawiła sobie dość wysoko poprzeczkę. Ciężko uwierzyć, że tak mroczna i zgrabna pod względem fabularnym książka jest dopiero pierwszą w jej dorobku - nawet jeśli pojawiły się drobne niedociągnięcia, sądzę, że nie mają one wpływu na generalny odbiór książki przez czytelnika. Ed, główny bohater i jednocześnie narrator książki, opowiada nam swoją historię, przeplatając wydarzenia bieżące tymi, które miały miejsce trzy dekady temu. Tak więc w jednym rozdziale śledzimy perypetie wszędobylskich nastolatków, nieświadomych, że oto mijają ostatnie chwile ich beztroskiego dzieciństwa, a zaraz w następnym towarzyszymy mężczyźnie, z którym życie nie obeszło się najłagodniej, bo do traumy z młodości dołączyła choroba ukochanego ojca.

Dużo się tu dzieje, fabuła posuwa się zgrabnie naprzód, dostarczając nam zarówno odpowiedzi na nurtujące nas pytania, jak i kilku zaskakujących zwrotów akcji - te naprawdę robią wrażenie, a autorka zaskakuje nawet wtedy, gdy wydaje się, że już wszystkie karty zostały odkryte. Bardzo podoba mi się atmosfera panująca w książce, która przecież po części opowiada o nastolatkach, ale nie ma tu miejsca na młodzieńczy optymizm i beztroskę. Autorka stawia na tę dość ponurą stronę dorastania, i słusznie - moim zdaniem jest to trudny czas w życiu, a wszystkie negatywne emocje jakie targają młodym człowiekiem, skutecznie wpisują się w tym przypadku w klimat grozy, jaki stopniowo ogarnia małą społeczność po kilku nieprzyjemnych epizodach. I to jest kolejny aspekt, który zwrócił moją uwagę - wydarzenia toczące się pozornie w tle opowieści Eda i rodząca się frustracja i przerażenie dorosłych, gdy niektóre sprawy wymykają się spod kontroli, a eskalacja przemocy wydaje się nie mieć końca.

Ogólnym wydźwiękiem książki jest refleksja, że zło czai się wszędzie, nawet tam, gdzie nie spodziewamy się go znaleźć, a maski jakie przybiera, mogą nas skutecznie wywieść w pole. Do tego dochodzi jeszcze mocna nostalgia lat osiemdziesiątych, tak znajoma z serialu "Stranger Things" i książek Kinga, do których nawiązuje stylistyką autorka i "Kredziarza" można spokojnie polecić miłośnikowi książek z dreszczykiem, a wciągająca akcja i zaskakujące zakończenie nie powinny rozczarować. Warto też z pewnością śledzić poczynania autorki; jeśli każda następna jej powieść będzie tak samo dobra lub nawet lepsza, smakosze thrillerów mogą spać spokojnie, nie grozi im czytelnicza posucha.


A mowa o...

Kredziarz, C.J. Tudor, wyd. Czarna Owca, 28 luty 2018r., tyt. oryg. The Chalk Man, przekład: Piotr Kaliński, 384 strony

wtorek, 20 lutego 2018

MARTWA JESTEŚ PIĘKNA, Belinda Bauer



"Martwa jesteś piękna" - już sam tytuł wzbudza emocje w czytelniku, sprawia, że gdzieś po plecach przechodzi nas lekki dreszcz. Owo słodkie wyznanie zapowiada nam, że będziemy mieli do czynienia z nie lada szaleńcem, jednocześnie budzi naszą ciekawość, ale i niepokój. Na pewno nie ma co się bać, że książka sprawi nam zawód - to prawdziwa petarda, wciąga i bawi, niekiedy wzbudza obrzydzenie dość makabrycznymi scenami i jednocześnie posiada kilka naprawdę świetnych postaci, którym się kibicuje i życzy jak najlepiej w starciu z mordercą...

Całość rozpoczyna się sceną jak z najlepszego horroru - młoda kobieta udaje się w sobotę do pracy do pustego niemal budynku biurowca, a na swoim piętrze spostrzega nieznajomego mężczyznę, który zdecydowanie nie ma najlepszych zamiarów względem niej. Dziewczynie udaje się uciec na parter, wyjście jest już w zasięgu ręki, gdy nagle okazuje się, że nie ma kluczy przy sobie, bowiem rzuciła nimi wcześniej w napastnika (co oczywiście niewiele jej dało)...Gdy ciało zostaje zauważone, na miejscu zbrodni pojawia się nie tylko policja, ale i dziennikarze, a wśród nich Eve Singer, telewizyjna reporterka kryminalna. Złośliwy los sprawi, że drogi Eve i zbrodniarza się przetną, a nieświadoma niczego kobieta zrobi ogromne wrażenie na psychopacie, który odtąd będzie uważał ją za bratnią duszę, jedyną osobą, która jest w stanie go zrozumieć, a następnie zacznie dedykować jej kolejne, coraz to makabryczniejsze, morderstwa...

Książka Bauer za swój główny cel zdaje się obierać trywializację śmierci w mediach, robienie ze zbrodni sensacji o jednodniowej dacie ważności. Gdy ekscytacja widzów gaśnie, a temat zostaje wyczerpany, dziennikarze, niczym sępy, szukają kolejnej tragedii, którą mogą sprzedać, aby utrzymać zainteresowanie odbiorców i pozostać ciągle w grze, używając do tego niekiedy środków, które dla wielu mogą okazać się nieetyczne. Ten głód śmierci wykorzystany zostaje przez mordercę, który w dziennikarce zajmującej się sprawami kryminalnymi dostrzega wiele wspólnych cech - przede wszystkim oboje doceniają "dobrą" zbrodnię, popełnioną z okrucieństwem, która postronnego widza zaszokuje i jednocześnie dobrze się sprzeda. Dlatego zabójca decyduje się na rozpoczęcie specyficznej gry, w którą wciąga Eve, a sednem całej książki, najważniejszym pytaniem jest nie kto zabija, ale jak szybko uda się go złapać zanim jego chora sztuka - bo o swoich zbrodniach myśli w kategorii dzieł, a siebie nazywa artystą - pochłonie więcej niewinnych ofiar.

Na wzmiankę na pewno zasługują bohaterowie, zarówno ci pierwszo, jak i drugoplanowi. Autorka stworzyła pełnokrwiste, wiarygodne, dopracowane w każdym szczególe postaci, niezależnie od tego, czy jest to sadystyczny psychopata, który w wyniku niezbyt szczęśliwego dzieciństwa czuje się usprawiedliwiony do zabijania innych w imię źle pojmowanej sztuki, czy też sąsiad głównej bohaterki, który choć początkowo gburowaty, okazuje się człowiekiem o złotym, lecz złamanym przez tragedię rodzinną, sercem. Sama Eve jest ciekawą postacią, nie boi się wyzwań i chociaż zwyczajnie po ludzku czasami sobie nie radzi psychicznie ze świadomością, że jest na świeczniku morderczego psychopaty, to jednak wciąż potrafi podejmować niebanalne, zaskakujące decyzje.

Świetna rozrywka na kilka wieczorów - inteligentna, dowcipna, trzymająca w napięciu, a jednocześnie miejscami bawiąca absurdalnym humorem sytuacyjnym książka. Jeśli lubicie soczyste, krwawe thrillery, gdzie trup ściele się gęsto, a morderca bawi się z osobą go poszukującą w kotka i myszkę, powinniście być usatysfakcjonowani. Ja czuję spory apetyt na inne książki autorki, a z pewnością wejdę w posiadanie wydanych u nas w 2010 roku "Szczątków" - polecam Allegro, pozycja jest łatwo dostępna. Mam nadzieję, że to co było dla mnie ogromną zaletą, czyli poczucie humoru i bohaterowie, znajdę i w innych jej książkach.

 A mowa o...
Martwa jesteś piękna, Belinda Bauer, wyd. Muza, 28 lutego 2018r., tyt. oryg. The Beautiful Dead, przekład: Paweł Wolak, 448 stron

czwartek, 8 lutego 2018

DZIECKO, Fiona Barton



Bardzo dobry, kameralny thriller psychologiczny o mocnym, kobiecym wydźwięku, bowiem to kobietom najwięcej miejsca w "Dziecku" poświęca Fiona Barton, autorka, której debiutancka "Wdowa" podbiła serca wielu miłośników tegoż gatunku. Barton, która pracowała m. in. w Daily Mail, Daily Telegraph i The Mail on Sunday (niedzielnym wydaniu Daily Mail, gdzie zajmowała stanowisko redaktor naczelnej i zdobyła tytuł Dziennikarza Roku przyznawany podczas National Press Awards), po raz kolejny stworzyła historię, która skupia się na śledztwie przeprowadzanym właśnie przez dociekliwą dziennikarkę, postać znaną już czytelnikom jej debiutu.

Punktem wyjścia całej historii jest makabryczne znalezisko - na placu budowy jeden z robotników znajduje niewielki szkielet, który okazuje się być szczątkami noworodka. Krótka i dość niepozorna wzmianka w gazecie okazuje się być jednak przełomowa dla trzech zupełnie obcych sobie kobiet, głównych bohaterek "Dziecka", których ścieżki już wkrótce połączą się w zupełnie zaskakujący dla nich sposób. Mamy więc Angelę, około sześćdziesięcioletnią kobietę, której nowo narodzona córeczka Alice została uprowadzona w biały dzień ze szpitala, i której zniknięcie nie zostało nigdy wyjaśnione, a dziewczynki nie udało się odnaleźć. Jest również Emma, pracująca w domu mężatka, na której, podobnie jak na Angeli, artykuł o dziecku robi piorunujące wrażenie, oznacza bowiem cofnięcie się do przeszłości, do wydarzeń, które kobieta usiłowała wypchnąć ze świadomości i trzyma w sekrecie przed najbliższymi. Wreszcie trzecia bohaterka, Kate, reporterka kryminalna, w pozornie niewiele znaczącej wiadomości widzi większą historię. Czuje, że za niezidentyfikowanymi szczątkami może kryć się większa historia, że gdzieś tam jest matka i osoba, która ciała dziecka się pozbyła. Instynkt dziennikarski nie pozwala jej więc nie wziąć sprawy w swoje ręce i kobieta rozpoczyna własne śledztwo...

Mocnym aspektem są właśnie postaci kobiece, wyraźne, niejednoznaczne, wzbudzające zarazem wiele sympatii, ale również sporo irytacji swoim bezmyślnym nieraz zachowaniem. Wyraźny prym wiedzie tutaj postać Kate, silnej, zdeterminowanej kobiety, która ma wieloletnie doświadczenie jako dziennikarka i nie tylko znakomicie odnajduje się w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, ale w mistrzowski sposób potrafi poprowadzić swojego rozmówcę tak, aby uzyskać odpowiednie wiadomości. Jestem wdzięczna autorce za zbudowanie tej postaci na cechach tak bardzo niestereotypowych - Kate jest pracoholiczką, więcej czasu spędza szukając materiału do kolejnego reportażu niż w domu, ale nie jest też tak, że jest fatalną matką i żoną, po prostu czasami zawodzi, jak każdy człowiek. Możemy domyślać się, że niektóre wybiegi, do których ucieka się dziennikarka, aby wzbudzić w swoich interlokutorach jak najwięcej zaufania i uzyskać od nich jak najlepsze informacje, zostały sprawdzone przez samą autorkę podczas jej imponującej kariery reporterki. Takie smaczki zdecydowanie nadają akcji dynamiki i uatrakcyjniają śledztwo prowadzone przez Kate.

Poprzez ukazanie losów różnych kobiet na przestrzeni kilkudziesięciu lat, "Dziecko" staje się komentarzem do obecnych nastrojów we współczesnym społeczeństwie, a zwłaszcza w jego żeńskiej części. Nie wiem na ile było to zamierzone przez autorkę, ale w swojej książce porusza tematy aktualne, wręcz palące pod względem swojego znaczenia: aborcję, gwałt, molestowanie, nierówną pozycję kobiet i mężczyzn na gruncie zawodowym. Nie wybrzmiały jeszcze echa po akcji #metoo, wciąż słychać o kolejnych marszach kobiet walczących o parlamentarne prawo jakim jest możliwość decydowania o swoim ciele i życiu. I chociaż zdarzają się ogromne sukcesy, tak jak np. w Islandii, gdzie od 1 stycznia wprowadzono ustawową równość stawek dla mężczyzn i kobiet, to jeszcze dużo czasu minie zanim pozycja kobiet w społeczeństwie ukierunkowanym na przemoc wobec nich (a nierzadko również i dzieci) ulegnie znaczącej poprawie. Przykład? Wystarczy choćby wspomnieć o prawie do aborcji, bardzo kontrowersyjnej kwestii, lub o opiece okołoporodowej, sprawach dotyczących głównie kobiet, o których głównie decydują kierujący się własnym światopoglądem mężczyźni.

Bardzo podobało mi się niespieszne tempo książki, to że nie ma tu zawrotnej akcji, ale i tak nie sposób oderwać się od czytania. Dobrze zbudowane portrety psychologiczne bohaterek i ważny komentarz do obecnej sytuacji kobiet, traumatyczne historie, o których już kiedyś słyszeliśmy i zapewne jeszcze niestety usłyszymy, to wszystko sprawia, że książka, chociaż głównie mieszcząca się w kategorii tych, które dostarczają czytelnikowi przede wszystkim rozrywki, daje jednak odrobinę do myślenia, a to już zawsze jest dobry powód, aby po nią sięgnąć.



A mowa o...
Dziecko, Fiona Burton, wyd. Czarna Owca, 15 lutego 2018r., tyt. oryg. The Child, przekład: Agata Ostrowska, 544 strony

sobota, 3 lutego 2018

GRZESZNICA, Petra Hammesfahr



"Grzesznica" Petry Hammesfahr, niemieckiej pisarki thrillerów i powieści kryminalnych, oprócz nieco brzydkiej okładki - i nie jest to bynajmniej wina Jessiki Biel, ja po prostu nie przepadam za okładkami filmowymi - posiada tak wciągającą akcję i tak fenomenalną atmosferę, że nie sposób nie przeczytać tej książki najszybciej jak tylko jest to możliwe. Nie można oderwać się od niej w żaden sposób, dopóki nie pozna się całej, jak się po przeczytaniu okaże tragicznej, historii głównej bohaterki.

Początek książki jest jak wyjęty z filmu Hitchocka - rozpoczyna się od wstrząsającej sceny, kiedy to młoda kobieta o imieniu Cora, która spędza pozornie spokojne i gorące popołudnie wraz z mężem i małym synkiem nad jeziorem, zupełnie nieoczekiwanie, pod wpływem sobie tylko wiadomego impulsu, rzuca się z nożem na nieznajomego mężczyznę i zabija go na miejscu. Cora ze spokojem i determinacją przyznaje się do winy i jedyne czego pragnie, to jak najszybciej znaleźć się w więzieniu, aby rozpocząć odsiadywanie wyroku. Problem w tym, że zajmujący się jej sprawą detektyw, policjant o długoletnim doświadczeniu, nie bardzo wierzy w brak motywu u morderczyni, szybko domyśla się, że za kłamstwami i szalonymi wyznaniami, którymi karmi go Cora, jest poważniejsza historia. Kierując się intuicją, wbrew swojemu rozsądkowi, nie odpuszcza kobiecie dopóki nie wyciągnie z niej prawdy, chociaż niektóre sekrety głęboko skrywane na dnie jej świadomości okażą się druzgocące i równie ohydne jak i zbrodnia, której dokonała.

Autorka znakomicie poprowadziła postać Cory i jej historię - dzięki jej manipulacjom, kluczeniu, omijaniu istotnych dla śledztwa zdarzeń, czytelnik pomimo wstrząsającego początku absolutnie nie jest przygotowany na to, co czeka go w każdym kolejnym rozdziale, nie jest też w stanie całkowicie sympatyzować z bohaterką. Czyn, którego się dopuściła staje się konkretnym pretekstem do zagłębienia w przeszłość, chociaż ta ze wszystkich sił stara się wymazać ją z pamięci,  Nie da się ukryć, że historia dzieciństwa i dorastania kobiety robi ogromne wrażenie. Pojawia się wątek molestowania, gwałt, niepełnosprawność, ortodoksyjna pobożność unicestwiająca istnienie jakichkolwiek zdrowych relacji pomiędzy członkami rodziny. Czasami naprawdę trzeba odłożyć na chwilę książkę i zaczerpnąć powietrza, tak przytłaczająca jest ta opowieść, której groza zostaje z czytelnikiem na długo po przeczytaniu.

Ponieważ mamy tutaj z odwróconym schematem - wiemy, kto zabił, ale nie wiemy dlaczego, książka skupia się mocno na motywach kierujących bohaterką, duży nacisk położony jest na aspekt psychologiczny postaci. Osoby szukające w kryminałach krwawych mordów i pojawiających się co krok zwrotów akcji mogą być zawiedzione, ponieważ tutaj mamy do czynienia głównie z wspomnieniami bohaterki z domu rodzinnego i prowadzonym w czasie teraźniejszym śledztwem. Docieranie do sedna sprawy przypomina trochę obieranie cebuli - musimy odkrywać kolejne warstwy, aby poznać całą prawdę, aby dowiedzieć się kim naprawdę jest Cora i co popchnęło ją do tak okrutnego czynu. Otrzymujemy za to solidne studium psychologiczne kobiety, która choć fikcyjnym, jest doskonałym przykładem na to, jak zrujnowane dzieciństwo może tragicznie odcisnąć się na dorosłym życiu.

Książka została napisana w roku 1999, co według mnie jest zawsze warte odnotowania z tej przyczyny, że nie jest ona w żaden sposób związana z modą na tworzenie w gatunku domestic thriller. Jej autorka nie mogła zostać w żaden sposób zainspirowana "Zaginioną dziewczyną" czy też "Dziewczyną z pociągu", co tylko świadczy o tym, jak oryginalna i w pewien sposób ożywcza, na tle dzisiaj powstających thrillerów jest fabuła "Grzesznicy".

Fani gatunku nie powinni być zawiedzeni, o ile tylko przygotują się właśnie na kameralny kryminał, z ciekawą fabułą, gdzie zdarzenia z przeszłości mocno odciskają się na bohaterce, zmuszając jednocześnie czytelnika do głębokiego zastanowienia nad tezą stawianą przez autorkę, że ten, kto raz zaznał piekła w swoim życiu, jest na nie skazany aż do śmierci. Moim zdaniem warto. Czy serial na podstawie książki też warto, tego jeszcze nie wiem, ale chętnie się kiedyś przekonam, choćby po to, by przekonać się do jakiego stopnia jego twórcy wierni byli książce.

Grzesznica, Petra Hammesfahr,wyd. Otwarte, 31 stycznia 2018, tyt. oryg. Sünderin, przekład Barbara Tarnas, 432 strony

poniedziałek, 22 stycznia 2018

CZAROWNICA, Camilla Läckberg


Och, jakże straszliwie rozczarowująca była to książka! Jest to jeden z moich ubiegłorocznych zawodów, naprawdę nie spodziewałam się, że aż taką porażką skończy się czytanie czegoś, co miało być rzeczą dość bezpieczną, czysto rozrywkową. Podczas gdy "Pogromca lwów" (link tutaj), czyli przedostatnia część sagi o Fjällbace, dostała ode mnie w miarę entuzjastyczną ocenę jako kryminał zgrabnie poruszający wątek pochodzenia tej cząstki zła w ludziach, która czyni z nich zagrażające otoczeniu potwory, tak żałuję, że w ogóle straciłam czas na najnowszą odsłonę przygód wesolutkiej ferajny z ośrodka wszelkiego zepsucia jakim jest ta mała niepozorna miejscowość w południowej Szwecji.

Osią fabuły teoretycznie powinno być zaginięcie czteroletniej dziewczynki z farmy jej rodziców, ale autorka w tej części tak bardzo skupiła się na wciskaniu gdzie popadnie każdego problemu z tych najbardziej bieżących w społeczeństwie szwedzkim, że ta główna zbrodnia potraktowana jest bardzo po macoszemu, a szkoda, bo przemoc wobec dzieci, jeśli już się pojawia, powinna służyć ukazaniu konkretnego problemu i być piętnowana. Zamiast tego myślą przewodnią są polowania na czarownice, te sprzed kilku wieków i te współczesne. Zanim przejdę do tego, co najbardziej mnie boli w książce, tylko wspomnę, że to było najbardziej leniwe i najbardziej naciągane powiązanie wydarzeń z przeszłości z teraźniejszymi. Lackberg mogła sobie spokojnie darować schemat struktury kryminału, który powiela w każdej części (tragedia sprzed lat odbijająca się cieniem na współczesności), ale niestety tego nie zrobiła, kalecząc jednocześnie wątek, który wydawał się być najmocniejszym i chyba nawet najciekawszym ogniwem całej książki,

Polowanie na czarownice w dwudziestym pierwszym wieku w Szwecji? To biedni uchodźcy ryzykujący życiem, aby dotrzeć do bezpiecznego azylu, tylko po to, by paść ofiarami prześladowań ze strony ciemnych autochtonów. To nastolatki nękane przez innych licealistów. To homoseksualiści ukrywający się ze swoją orientacją przed całym światem. Tak palące problemy, a tak okrutnie autorka się z nimi rozprawia. Taką niedźwiedzią przysługę oddaje ludziom, których one naprawdę dotykają. Sam wątek uchodźców jest po prostu paskudną karykaturą - każde jedno zdanie, które służy jego rozwinięciu, każda opinia wyrażona przez którąkolwiek postać, każdy dialog, to wszystko wygląda jak żywcem przeklejone z komentarzy internetowych puste frazesy, które mają chyba uświadamiać i uwrażliwiać społeczeństwo, ale tak naprawdę są politycznie poprawnym do bólu bełkotem. O tym jak bardzo Lackberg jest szwedzka w takim podejściu uświadomiła mi ostatnio inna przeczytana książka ("Moraliści" Katarzyny Tubylewicz), ale jednocześnie widzę teraz, że jak na Szwedkę jest to bardzo leniwa interpretacja zjawiska, któremu rzekomo pragnie pomóc. Integracja muzułmanów z mocno liberalnymi Szwedami jest bardzo problematyczna, wskazywanie palcem na osoby sceptycznie do niej nastawione nie rozwiąże problemu, będzie za to krzywdząca, bowiem niechęć ta nie wzięła się z niczego. Wina raczej leży po stronie złej organizacji włączania uchodźców w szwedzkie społeczeństwo, czy też właśnie owa nadmierna polityczna poprawność, która nie pozwala na egzekwowanie od przybyłych zasad etycznych obowiązujących w tym kraju, lecz raczej bezradnie zezwala na kultywowanie rodzimych tradycji, nawet jeśli mogą one okazać się tzw. przemocą honorową (ekstremalne i nierzadkie przypadki to skazanie na śmierć członka rodziny z rąk bliskich, gdy ten, ale najczęściej ona, sprzeciwi się ich woli).

Jakby to nie był wystarczająco poważny i angażujący temat, do wiedźmiego kotła autorka dorzuca jeszcze jeden, prosto z pierwszych stron gazet, czyli przemoc wśród nastolatków i robi to w tak niezdarny, komiczny wręcz sposób, że ma się ochotę pozbawić ją dostępu do kanałów informacyjnych albo bezzwłocznie zakazać pisania o takich sprawach. I znów, poważny problem zostaje pokazany w sposób bardzo stereotypowy, a sam wątek kończy się eskalacją w iście amerykańskim stylu - scena jest w zamierzeniu tragiczna, ale tylko w zamierzeniu, bo dla mnie to był jeden z najśmieszniejszych fragmentów, niestety. Bo i tak wszystko służy temu, by te same postaci pokazać w jak najlepszym świetle. Chociaż od pierwszego tomu żaden ze stałych bohaterów nie zmienił się ani na jotę, ci antypatyczni wciąż tacy są mimo upływu lat - przecież ludzie nie zmieniają się wcale, prawda? Generalnie, co by się nie działo, jakiekolwiek nieszczęście by nie dotknęło bohaterów cyklu, nawet gdyby zostali zaatakowani przez stado krwiożerczych zombie, oni i tak stawią im dzielnie czoła, rzucając między sobą wyświechtane, patetyczne frazesy. To jest możliwe, ale nie to, by zwrócić uwagę szefowi, że przekracza swoje kompetencje; lepiej za jego plecami wywracać oczami i traktować go protekcjonalnie. Ach, i wszystko co wiem o Szwedach dzięki Lackberg, to to, że są uzależnieni od bułek cynamonowych, bo w każdym rozdziale ktoś je zjada, i to, że nie ma nic złego w puszczaniu małemu dziecku bajki "W krainie lodu" po kilka razy dziennie. Brawo.

Można się było spodziewać, sięgając po dziesiątą z kolei część cyklu, że nie będzie to już książka najwyższych lotów. Ale jak bardzo zła jest, to dopiero było okropne zaskoczenie. Zainwestowanie czasu w przeczytanie prawie sześciuset stron tego bełkotu to niepowetowana strata czasu, zwłaszcza, że można było go poświęcić  na innego grubasa, który gwarantowałby większą satysfakcję. Nie wiem, czy sięgnę po kolejne dzieło autorki. Mając ciągle w pamięci sceny z książki i rozwiązania, na które Lackberg postawiła, jestem mocno zniechęcona i nie chce mi się już ryzykować, nikt mi nie zwróci czasu, a ciśnienie wolę sobie podnosić jednak kawą.

Jeśli przebrnęliście przez cały post i dotarliście aż tutaj, gratuluję. Nie chcę nikogo zniechęcać do książki, nawet jeśli mnie ona nie przypadła do gustu i nawet w tym przypadku jestem podać coś pozytywnego - wiem, że ktoś w mojej rodzinie, niezaznajomiony z fenomenem skandynawskich kryminałów, z Lackberg tym bardziej, dostał tę książkę na święta. Tej osobie tak się spodobało, że styczeń spędza kursując do księgarni po kolejne części cyklu i namiętnie się nimi zaczytuje. I co ja teraz mogę powiedzieć innego niż: czytajcie i nie oglądajcie się na innych? Ale w sumie to temat na następną pogadankę...

Pogromca lwów (część 9) - Opinia TU

Czarownica, Camilla Lackberg, wyd. Czarna Owca, 8 listopada 2017, tyt. oryg. Hexen, przekład Inga Sawicka, 592 strony

czwartek, 26 października 2017

CZASAMI KŁAMIĘ, Alice Feeney


Książka Alice Feeney oparta jest na dość oryginalnym i pozornie prostym pomyśle. Oto młoda kobieta o imieniu Amber w wyniku wypadku trafia do szpitala w stanie śpiączki. Ponieważ jest zarazem bohaterką i narratorką, dowiadujemy się od niej, że gdzieś tam głęboko zachowana jest jej świadomość, kim jest i kim są ludzie ją odwiedzający. Niestety, Amber nie pamięta wydarzeń, które doprowadziły ją do szpitalnego łóżka, na podstawie rozmów, które do niej docierają, stara się dojść prawdy. Dość powiedzieć, że jedyne co kołacze jej się w głowie, to fakt, że jej małżeństwo przechodziło poważny kryzys, zaś jej ostatnim wspomnieniem jest kłótnia z mężem. Pierwszy wniosek, jaki jej się zatem nasuwa, jest taki, że to właśnie mąż usiłował ją zabić. Jaka jest prawda?

Ile prawdy, tyle kłamstw - ta sentencja świetnie podsumowuje wydarzenia, jakie mają miejsce w książce. Chociaż zaczyna się niepozornie, im dalej w las, tym bardziej zdezorientowany będzie czytelnik, na co bez wątpienia ma wpływ sposób, w jaki opowiedziana jest cała historia. Mamy bowiem podział na trzy perspektywy czasowe: przedtem, czyli wydarzenia z dzieciństwa bohaterki sprzed piętnastu lat, wtedy, czyli wydarzenia mające miejsce na tydzień przed wypadkiem oraz teraz, czyli pobyt w szpitalu. Gdy będziemy poznawać kolejne wątki i będziemy próbowali dopasować do siebie te fragmenty wiedzy, jakie zostaną nam ujawnione, warto mieć wciąż na uwadze słowa, które nie na darmo stanowią tytuł (a także w sumie spojler?) książki. Dość powiedzieć, że autorka w bardzo sprawny sposób odkrywa przed nami fakty, które rzucają nowe światło na bohaterów i zupełnie zmieniają sposób, w jaki ich postrzegamy, przy okazji wprawiając czytelników w stan osłupienia.

Jak już wspomniałam na samym początku, opowiadanie historii przez kobietę pozostającą w śpiączce jest ciekawym wyborem, który jednak wydaje się być ryzykowny. Trzeba bowiem sprawić, aby czytelnik uwierzył, że narratorka jest bezradna, zarówno wobec tego, co dzieje się wokół niej, a także wobec własnego ciała, które momentami wydaje się być najbardziej zdradliwe. Na szczęście autorce udaje się tego dokonać, a jednocześnie przez ten zabieg zapewnia swojej bohaterce na wstępie ogromny kredyt zaufania, kto bowiem nie współczułby człowiekowi będącemu na granicy życia i śmierci? Pomimo moich pozytywnych wrażeń mam jednak pewne zastrzeżenia. Owszem, lektura jest wciągająca i zaskakująca, ale jednocześnie wpisuje się w pewien trend, który każe autorom thrillerów/kryminałów/książek sensacyjnych tworzyć mało wiarygodnych bohaterów, począwszy od książki, od której wszystko się zaczęło, czyli "Zaginionej dziewczyny", a potem "Dziewczyny z pociągu", "Pary zza ściany" i innych. W tym aspekcie "Czasami kłamię" nie stara się nawet stwarzać żadnych pozorów, bowiem już sam tytuł krzyczy o tym z okładki, trudno więc oczekiwać czegoś innego. Oczywiście, wykonanie jest bardzo dobre, ale miło byłoby dodać do tego otoczkę większej tajemnicy, co wprawniejszy czytelnik może jednak przewidzieć, jakie asy w rękawie trzyma autorka. Szkoda również, że tło społeczne nie jest bardziej rozbudowane, a zamiast tego pojawia się leniwy stereotyp biedniejszej, patologicznej rodziny w zderzeniu z bogatą i sympatyczną, zwłaszcza, że moim zdaniem ma to dość spory wpływ na całą fabułę.

Myślę, że czytelnicy rozpoczynający swoją przygodę z thrillerami czy literaturą sensacyjną, a także ci bardziej zorientowani na literaturę obyczajową, będą zadowoleni z wrażeń podczas lektury, jak i po jej ukończeniu. Wytrawniejszy miłośnik książek z dreszczykiem może być usatysfakcjonowany przebiegiem akcji, traktując "Czasami kłamię" jako przyjemny przerywnik pomiędzy książkami o cięższym ładunku gatunkowym. Dobra i wciągająca rozrywka na jeden, dwa jesienno-zimowe wieczory.

Czasami kłamię, Alice Feeney, wyd.W.A.B., 8 listopada 2017, tyt. oryg. Sometimes I Lie, przekład: Agnieszka Walulik, 400 stron

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu W.A.B.