Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura piękna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 czerwca 2018

TYSIĄC WSPANIAŁYCH SŁOŃC, Khaled Hosseini



W debiutanckim "Chłopcu z latawcem" Khaled Hosseini prezentował głównie bohaterów płci męskiej i co za tym idzie, męski punkt widzenia - mało tam było kobiecych postaci, mało o życiu kobiet w Afganistanie. Cieszy mnie więc, że autor zdecydował się poświęcić im całą swą drugą powieść i bez zbędnego upiększania pokazuje jak trudny jest ich los. Bo w rzeczywistości jest wręcz fatalny - prawa kobiet są przestrzegane w niewielkim stopniu, a jak pokazują rozmaite raporty międzynarodowych organizacji pozarządowych, ich sytuacja jest najgorsza w świecie.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

CHŁOPIEC Z LATAWCEM, Khaled Hosseini


Wierzę, że są takie książki, które mogą nami wstrząsnąć i zmienić nasz sposób myślenia na świat i na życie, ale stawiają nam pewien wymóg: musimy być na nie gotowi. Czas, gdy po nie sięgamy, musi być ku temu odpowiedni. Gdy zrobimy to w złym momencie - cała mądrość w niej zawarta może nam umknąć, możemy jej nie zrozumieć i nie docenić odpowiednio. Może to nawet oznaczać, że książka musi na nas poczekać kilka lat - lub jeśli spojrzymy z innej perspektywy, my na książkę - ale przez ten czas dojrzewamy do tego, co najlepszego ma nam do zaoferowania. Tak właśnie jest ze mną i twórczością Khaleda Hosseiniego. O tym, że "Chłopiec z latawcem" jest wart przeczytania wiedziałam już od dawna, widziałam go na wielu listach najlepszych książek, słyszałam wiele zachwytów, jednak literatura, a raczej generalnie kultura Bliskiego i Środkowego Wschodu nigdy nie wydawała mi się na tyle pociągająca, by sięgać po książkę Hosseiniego. Musiały minąć ponad dwie dekady od ukazania się książki, abym do niej dojrzała - ale warto było dać sobie tyle czasu. Będąc po lekturze zarówno "Chłopca z latawcem" jak i "Tysiąca wspaniałych słońc" mogę zdecydowanie powiedzieć, że będą to książki, które zostaną ze mną na długo, a Hosseini trafił do czołówki moich ulubionych autorów.

Ta przetłumaczona na 42 języki i wydana w 38 krajach pozycja, początkowo miała ukazać się tylko w formie opowiadania. Historia dwóch chłopców puszczających latawce w Kabulu została zainspirowana w 1999 roku przez wiadomość, że w rodzinnym kraju autora, Afganistanie, Talibowie zakazali właśnie tej rozrywki. Na Hosseinim, który co prawda opuścił ojczyznę w wieku jedenastu lat, ale jako dziecko biegał z latawcem tak jak wielu afgańskich chłopców, informacja ta zrobiła tak ogromne wrażenie, że postanowił uczynić ją przedmiotem swego opowiadania. Odrzucone przez redakcje Esquire i The New Yorkera trafiło do szuflady na dwa lata - odkrywszy je ponownie w 2001 roku, autor postanowił stworzyć na jego podstawie książkę. Tym razem jego twórczość spotkała się z zainteresowaniem wydawców, na co wpływ mogła mieć m.in. sytuacja polityczna po atakach na WTC we wrześniu 2001 i wkroczenie Amerykanów do Afganistanu - i w maju 2003 roku "Chłopiec z latawcem" trafił na półki księgarń.

W książce znajdziemy kilka istotnych wątków, tym głównym jest jednak relacja dwóch chłopców, Amira i Hasana, i to jaki wpływ miała na całe ich dorosłe życie. Chociaż wychowywali się razem i byli towarzyszami zabaw, dzieliła ich przepaść społeczna ("Mieszkaliśmy w tym samym domu, ale w zupełnie innych kręgach istnienia"). Wywodzący się z bogatej i szanowanej rodziny Amir pobierał edukację i cieszył się różnymi luksusami i przywilejami, które były zupełnie poza zasięgiem jego kolegi. W tym samym czasie Hasan, z pochodzenia Hazar, członek mniejszości narodowej prześladowanej przez Pasztunów, wraz z ojcem pracujący w domu Amira jako służący, doświadczał licznych upokorzeń ze strony swych rówieśników, tym dokuczliwszych, im starsi się stawali. Związek tych dwóch był niejednoznaczny. Nie był to rodzaj przyjaźni, w której obie strony były równie zaangażowane i dawały z siebie po równo - bezinteresowne oddanie ubogiego chłopca, jego przywiązanie i miłość początkowo łaskawie przyjmowane przez Amira, z czasem zaczęły mu ciążyć, zwłaszcza gdy doszło do wydarzenia, które zaważyło na całej ich przyszłości, gdzie Amir zamiast obronić swego towarzysza przed krzywdą z rąk chuliganów, wybrał tchórzostwo. Odtąd obecność Hasana przypominała mu o słabości, jaką się wykazał, niegodnego postępowania, które mogłoby jeszcze bardziej narazić go na dezaprobatę ojca. W wyniku tego zdarzenia Amir odsuwa od siebie Hasana, a w rezultacie mały Hazar znika z jego życia na zawsze. Z konsekwencjami swoich czynów Amir będzie musiał mierzyć się przez całe swoje dorosłe życie, zawsze gdzieś w podświadomości będzie przeświadczony, że jest złym człowiekiem, który nie zasługuje na dobre życie. Dlatego gdy pojawi się szansa na odkupienie swoich win, chwyci jej się mocno.

Poczucia winy jest sporo w "Chłopcu..." Spowodowane jest nie tylko zdradą wobec towarzysza lat dziecięcych, ale także wobec własnej ojczyzny, którą Amir opuszcza na kilka dekad, pozostawiając za sobą przyjaciół i krewnych. Powrót do Afganistanu po latach okazuje się wstrząsającym przeżyciem, bowiem to, co zastaje to kupa gruzu i ludzi, którzy usiłują przeżyć pomimo restrykcyjnego rządu Talibów i wszechobecnej przemocy - widok tak odmienny od tego hołubionego w myślach. Podczas gdy on wiódł spokojne i bezpieczne życie za oceanem, Talibów oglądając jedynie na ekranie telewizora, tu na miejscu każdego dnia dochodziło do tragedii. Bezsilność, gniew i wyrzuty sumienia to emocje, które towarzyszą mu podczas odkrywania na nowo Kabulu. Jednak to właśnie powrót w rodzinne strony i konfrontacja z przeszłością stają się punktem zwrotnym dla bohatera - w momencie, gdy przestaje uciekać przed swoimi demonami i bierze sprawy w swoje ręce, w miejsce nieustającego poczucia porażki pojawia się uczucie spełnienia. I to właśnie jest główne przesłanie "Chłopca z latawcem" - przebaczenie jest możliwe. Chociaż czas nie wymaże dawnych grzechów, możemy mieć wpływ na przyszłość, nasze dobre uczynki są w stanie chociaż trochę zniwelować uczynione przez nas zło. "Znowu można być dobrym" słyszy Amir. Póki żyjesz, jesteś w stanie jeszcze wiele zmienić, jeśli tylko sobie na to pozwolisz.
 
Wielką siłą książki są motywy, które autor wkomponował w swoją powieść: przyjaźń, zdrada, wina, odkupienie, niełatwa miłość pomiędzy ojcem a synem, prześladowanie na tle rasowym. Zręcznie połączone przez autora, układają się w całość, która wzbudza w czytającym wiele uczuć, nie ocierając się przy tym o tanią emocjonalność. Poruszane problemy, chociaż wkomponowane w historię bohaterów pochodzących z Afganistanu i wyznających islam, są uniwersalne dla ludzi na całym świecie i każdy może się do nich odnieść. Jednocześnie autorowi udało się oddać niepowtarzalny klimat swojej ojczyzny i jest to zdecydowanie jedna z moich ulubionych cech tych dwóch dotychczas przeczytanych przeze mnie książek Hosseiniego, ta wyczuwalna obecność niemego bohatera jakim jest Afganistan, Kabul w szczególności. Targane konfliktami państwo, przechodzące z rąk do rąk, miejsce rozlewu krwi, głównie niewinnych ludzi, niegdyś tętniące życiem, pełne historii i kultury, zaś w momencie, gdy u władzy byli Talibowie - ruina, składowisko gruzów, wśród których ludzie usiłują zachować pozory normalności, a wielu z nich nie pamięta lub też nie zna życia innego niż to, w które wkomponowany jest huk spadających na domy pocisków.

Pytanie, które zazwyczaj stawiam sobie podczas czytania każdej książki, to czy jej przesłanie jest wciąż aktualne i czy będzie takie za lat dziesięć, dwadzieścia, sto - czy przetrwa próbę czasu. W przypadku "Chłopca z latawcem" odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca. "Chłopiec..." nie prędko straci swą moc poruszania czytelników na całym świecie i na długo pozostanie w gronie najbardziej wartościowych książek. A wracając do wstępu, w którym napisałam, że książka jest w stanie zmienić światopogląd czytającego: tak, Hosseini zmienił mój sposób patrzenia na region, który opisuje: umiejscowił go mapie mojej świadomości i zaludnił ludźmi takimi jak ja i moi bliscy, ludźmi, którzy pragną jedynie spokojnie cieszyć się swoją bliskością, a pozbawieni są tego luksusu. I dzięki temu właśnie "Chłopiec z latawcem" jest jedną z najlepszych i najważniejszych książek, które ostatnimi czasy przeczytałam.

A mowa o...
Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini, Wyd. Albatros, 18 maja 2018 roku, tyt. oryg. The Kite Runner, przekład: Maria Olejniczak-Skarsgard, 416 stron

Książka na stronie wydawnictwa

poniedziałek, 4 czerwca 2018

AMY I ISABELLE, Elizabeth Strout



Amy i Isabelle, matkę i córkę mieszkające w Nowej Anglii w niewielkiej miejscowości noszącej wdzięczną nazwę Shirley Falls, łączy skomplikowana relacja. Od zawsze tylko we dwie, nie wyobrażają sobie życia jedna bez drugiej, kochają się i potrzebują. Sekret z jakim od lat żyje Isabelle, a mianowicie posiadanie dziecka z nieprawego łoża, izoluje ją nie tylko od innych ludzi, ale przede wszystkim od własnej córki, której trudno jest zrozumieć jej zachowanie, nie znając jego przyczyny. Skrywane żale i niedopowiedzenia tworzą jednak między nimi dystans, który wydaje się przeszkodą nie do pokonania, nie pomaga również, że nie potrafią okazać sobie ciepła i miłości, najprostsze gesty przychodzą im najtrudniej. Wytrzymałość więzi jaka je łączy, wykształconej w trakcie wspólnego życia, zostaje w końcu wystawiona na próbę w pewne gorące wakacje, gdzieś w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.
Cała miłość tego świata nie mogła uchronić nikogo przed okropną prawdą: przekazujesz to, czym jesteś.
Dojrzewająca szesnastolatka, której ciało emanuje rozkwitającą seksualnością, podejmuje próbę buntu wobec sztywnego i pozbawionego czułości rygoru matki. Szuka bodźców, które mogłyby stymulować ją intelektualnie - zadania tego podejmuje się nauczyciel pracujący na zastępstwie, z którym rozmowy o sztuce wkrótce zastąpione zostaną przez sekretne wycieczki obojga do lasu. Samemu związkowi tej dwójki Strout poświęca w gruncie rzeczy niewiele miejsca. Dość prędko nadchodzi jego kres, o wiele istotniejsze w gruncie rzeczy jest to, co dzieje się gdy dowiaduje się o nim Isabelle. Dla kobiety, która uważa, że najlepsze chwile swojego życia ma za sobą, że zmarnowała życie, aby wychować samotnie dziecko, ta kobieta, która jest boleśnie świadoma swoich braków w wykształceniu, której wstyd z powodu posiadania nieślubnego dziecka każe trzymać się gdzieś na obrzeżach miejscowej społeczności, dla niej nie ma większej zdrady niż ta, której dopuszcza się dziewczyna spotykając się po kryjomu z dużo starszym od siebie mężczyzną. Co ciekawe, w Isabelle pojawia się chęć obrony córki przed wykorzystującym jej naiwność nauczycielem, ale nie jest to tak silna reakcja, jak zazdrość, którą czuje. Pragnąca nade wszystko męskiej miłości i uwagi Isabelle, fantazjująca po cichu o "porządnym" mężczyźnie, za którego wzór uważa swojego szefa, w rzeczywistości bezbarwnego pantoflarza, jest wręcz przytłoczona zazdrością, jaka ją ogarnia, uważa bowiem za niesprawiedliwe, że to właśnie wychowywana przez nią nastolatka stała się obiektem czyjejś atencji.
Ale co można było zrobić? Tylko iść dalej. Ludzie żyli dalej, robili tak od tysięcy lat. Przyjmowali otrzymywaną dobroć, pozwalali, by wsiąkła w nich jak najgłębiej, a pozostałe ciemne zakamarki nosili w sobie, mając świadomość, że z upływem czasu staną się one w miarę znośne.
Subtelna, grająca na niuansach, w stonowany sposób mówiąca o całej palecie emocji, proza Elizabeth Strout, skupiając się na zwyczajnych codziennych czynnościach, takich jak zakupy czy nudny dzień w pracy, tworzy większy obraz. Obraz normalnego, nieupiększonego na siłę życia, w którym raz po raz dochodzi do małego, prywatnego trzęsienia ziemi, które obraca w ruinę to, co udało się dotychczas zbudować. Spektrum poruszanych tematów przez Strout w "Amy i Isabelle" jest szerokie: to opowieść o macierzyństwie, o trudach samotnego rodzicielstwa, o błędach wychowawczych - tych, których usiłujemy uniknąć i tych, które popełniamy nieświadomie. To opowieść o dorastaniu, odkrywaniu siebie, wyodrębnianiu własnego indywidualnego głosu, o braniu tego co świat ma nam do zaoferowania, zachłystywaniu się wolnością, o wyciąganiu wniosków z popełnianych błędów. To wreszcie opowieść o zdradzie, o krzywdzeniu się nawzajem, o tym co pcha ludzi do zadawania sobie ciosów i o tym, jak wielką siłę mają w sobie, ponieważ są w stanie podnieść się i przeć dalej do przodu, może nie zostawiając całego zła za sobą, ale żyjąc mimo niego.

Wkomponowany w historię mieszkańców Shirley Falls zostaje rytm pór roku i przyroda, która wydaje się wiernie oddawać nastroje i losy bohaterów. Jest więc zima, ponura, mroźna, jest śnieg, spod którego niewiele widać. Biel spowijająca świat oślepia i nie pozwala dojrzeć, co się pod nią znajduje, niczym kłamstwa tworzone częściej dla uspokojenia własnego sumienia niż dla rzeczywistego ukrycia własnego karygodnego postępku. Wiosenny wybuch wszelkiej zieleni i kwiecia pokrywa się w czasie z odkrywaniem własnej seksualności przez młodziutką Amy. Niczym Matka Natura budząca się do życia, młoda dziewczyna otwiera się na zmiany zachodzące w jej ciele i psychice, odkrywa w sobie pragnienia, o których istnieniu dotąd nie zdawała sobie sprawy. Upalne, duszne lato przynoszące bezwietrzne, paraliżujące gorącem długie dni i noce, doskonale podkreśla - i podkręca - napięte nastroje mieszkańców. Nadejście zaś jesieni zwiastuje przemijanie tego etapu życia Amy i Isabelle, gdy były dla siebie całym światem - odkrycie prawdy o swoim pochodzeniu staje się momentem, gdy przed obiema kobietami otwierają się zarazem nowe horyzonty, o istnieniu których jeszcze do niedawna nie zdawały sobie sprawy.

"Amy i Isabelle" to znakomity debiut, zapowiadający ogromny talent i wrażliwość przyszłej zdobywczyni nagrody Pulitzera. To nie tylko historia o niełatwym związku matki i córki, to powieść o nas, zwyczajnych ludziach, o decyzjach jakie podejmujemy i ich konsekwencjach, które kładą się cieniem na całym późniejszym życiu. Świetna, stonowana proza opisująca po mistrzowsku słodko-gorzką codzienność, w której nie sposób nie rozpoznać elementów, które znamy z własnego doświadczenia.


Amy i Isabelle, Elizabeth Strout, Wielka Litera, 9 maja 2018r., tyt. oryg. Amy and Isabelle, przekład: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik, 448 stron

czwartek, 17 maja 2018

NAMIOT FATIMY, Miral at Tahawi



Niewielka książeczka, która mnie pokonała. Miała być moim oknem na literaturę Bliskiego Wschodu, błyskiem koloru pomiędzy pochmurnymi kryminałami i thrillerami, po które ostatnio najczęściej sięgam, tymczasem zmęczyła mnie i zniechęciła, pozostawiając żal wobec niespełnionych oczekiwań. Nie jestem fanem punktowania książek za okres czasu, w jakim uda mi się je przeczytać. Argument "czytało się szybko" nie jest dla mnie równoznaczny z jakością tytułu, po który sięgam. Przyjemnie jest zatracić się w lekturze i z wypiekami na twarzy śledzić rozwój wydarzeń, jednak czasami najlepszą książką może okazać się paradoksalnie ta, w której nic się nie dzieje, za to jest napisana pięknym literackim językiem i każda minuta z nią spędzona jest czystą wręcz przyjemnością. "Namiot Fatimy" jest jednak takim przypadkiem, gdzie ani akcja, ani język nie są w stanie mnie zainteresować i przykuć moją uwagę, a każda próba czytania kolejnych stron kończyła się porażką.

Uwielbiam baśniowe klimaty, opowieści pełne magii. Realizm magiczny, który i tutaj występuje - jestem zwolenniczką doprawiania rzeczywistości odrobiną elementów nie z tej ziemi. Ale mieszanie prawdy i ułudy w książce Miral at Tahawi było dla mnie nie do przejścia. Opowieść tytułowej Fatimy, małej dziewczynki, która przez wzgląd na swoją płeć skazana jest na życie w zamknięciu, odosobnieniu razem z innymi kobietami, a która ucieka w świat miejscowych legend i podań, mogła być fantastycznym doznaniem czytelniczym. Mogła, ale nie była. Brak rozróżnienia prawdy od fikcji, wydarzenia i bohaterowie, które pojawiały się znienacka, bez żadnego konkretnego wyjaśnienia czy powodu, tylko po to, by zaraz zniknąć, brak wyraźnego ciągu logicznego, pełno niedopowiedzeń - każdy element z osobna lubię w czytanej przeze mnie literaturze, jednak zebrane wszystko naraz powodowało u mnie tylko ból głowy i złość. I to nie złość na książkę, nie na autorkę, ale na mnie samą, że to być może ja nie jestem wystarczająco dobrym czytelnikiem. Potem powtarzałam sobie jednak, za każdym razem, gdy podejmowałam walkę z kolejnymi rozdziałami i gdy ogarniało mnie to zniechęcenie, że przecież nie każda książka musi mi się spodobać, nie każdy wybór może być dobry, a porażki są wpisane w życie czytelnika, nawet jeśli stara się bardzo rozważnie dobierać to, co czyta.

I także tutaj znalazł się jeden bardzo pozytywny aspekt, na który koniecznie trzeba zwrócić uwagę. A mianowicie ukazanie sytuacji kobiet z trochę innej perspektywy. Zwykle muzułmanki są postrzegane jako ofiary mężczyzn, zepchnięte na bok i skazane na ich łaskę i niełaskę. Tymczasem książka Miral at Tahawi odczarowuje trochę ten stereotyp, jako winnego wskazując nie mężczyznę, ale...inne kobiety, a dokładniej seniorki rodów, które nieformalnie przewodzą swoim rodzinom. To właśnie one determinują, co dzieje się z kolejnymi pokoleniami, dbają o zachowanie tej samej tradycji, która przed laty kazała im również się podporządkować, nierzadko wbrew ich woli. Życie kobiety jest przeklęte i naznaczone bólem, a piekło na ziemi urządza jej nie ojciec, nie mąż, ale właśnie druga kobieta.
Kobiety rozmawiały, pochłaniając mięso wyłożone na kawałki chleba maczanego w zupie:
- Dwie siostry w jednym domu. Wsparcie i oparcie.
Na to odezwały się inne:
- Boże, opieka nad dziewczętami to same kłopoty.
Babka ochoczo wygłosiła lekcję:
- Boże, przecież dziewczęta to samo źródło nieszczęść...Nie ma sensu się nimi zajmować. To jedynie towar, który hoduje się dla kogoś innego. Jeżeli zostawisz je samym sobie, ten towar straci na wartości. Kiedy go sprzedasz, poniesiesz stratę.
- Prawdę powiadasz, ciotko Hakimo. Wychowujemy i wzdychamy, a one i tak dostają się komuś innemu.
- Strzeż nas, Boże, przed nieszczęściem z ich przyczyny. To Bóg nie chciał, żeby żadna z moich córek nie przeżyła. Ludzie pytali:"Hakimo, gdzie się podziały twoje córki?" Odpowiadałam:"To Bóg chroni mnie przed tą zarazą. Modliłam się, modliłam i wyprosiłam."
- Mówisz prawdę, babciu. Masz absolutną rację. Wszystkie poumierały ot, tak...To wola boska, babciu, czy może...?
- Wola boska, moje dziecko. Wyprosiłam to modlitwą i żadna z nich nie przeżyła. Długa droga prowadzi jednak od chwili, gdy Pan daje skrzeczącą córkę, do chwili, gdy ją zabiera. Niestety mojego syna Bóg ciężko doświadczył, oj ciężko, ale on to wszystko cierpliwie znosił.
Bardzo ważny wątek. Dla mnie on jednak ginie w bezładnej narracji, w opowieści głównej bohaterki popadającej w szaleństwo. Z całą pewnością to jest istotny głos kobiecy, potrzebny, cenny, bo pochodzący z takiej części świata, z której wciąż nie dochodzi do nas zbyt wiele. Każda perspektywa się liczy. Szkoda, że w ostatecznym rozrachunku, biorąc pod uwagę całokształt, to po prostu nie była książka dla mnie.


A mowa o...

Namiot Fatimy, Al-Chiba, przekład: Izabela Szybilska-Fiedorowicz, 160 stron

piątek, 2 marca 2018

DACHOŁAZY, Katherine Rundell



Niezwykle klimatyczna opowieść, można by rzec magiczna, aczkolwiek samej magii tu nie znajdziecie. Wielka w tym zasługa subtelnego, lirycznego, choć jednocześnie prostego języka, którym swoją opowieść snuje młoda autorka, dla której "Dachołazy", ku mojemu zaskoczeniu, były dopiero drugą w dorobku książką, chociaż wydawać by się mogło, że jest to dzieło znacznie doświadczonego twórcy.

Wszystko zaczyna się pewnego poranka, gdy na kanale La Manche dochodzi do katastrofy statku. Wśród rozbitków jest dziecko pływające w futerale na wiolonczelę. Niespełna rocznym niemowlęciem postanawia zaopiekować się jego znalazca, nieco ekscentryczny naukowiec Charles Maxim. Malutka Sophie dostaje od niego nie tylko imię symbolizujące wiedzę, ale również nieco ekscentryczne wychowanie, w którym nacisk położony jest na to co w życiu najważniejsze, czyli otwarty umysł i zamiłowanie do książek i nauki. Niestety, opieka społeczna widzi to inaczej. Samotny mężczyzna, który nie przywiązuje uwagi do staranniejszego ubierania dziecka - Sophie chodzi bowiem w chłopięcych koszulach i, o zgrozo, w spodniach - i pozwala dziewczynce jeść z książek zamiast z talerzy, nie jest właściwym opiekunem w opinii pracowników społecznych. Decyzją Krajowego Urzędu Opiekuńczego dziewczynka ma zostać mu odebrana i przekazana do sierocińca. Perspektywa rozłąki z Charlesem, który zastępuje jej ojca, a także nieustanna, niczym nie uzasadniona wiara w to, że jej matka zyje i gdzieś na świecie czeka na nią, stają się dla tej dwójki impulsem do podjęcia szalonej decyzji o ucieczce do Paryża. Tam bowiem prowadzi ich nikły trop, mały karteluszek znaleziony przypadkiem po latach w wiolonczeli...

I to właśnie w Paryżu wchodzimy w świat dachołazów. Dachy zabytkowych w większości budynków nagle okazują się być domem osieroconych nastolatków, które łączą się w zorganizowane grupy, niekoniecznie jednak wzajemnie się tolerujące. Ten podniebny świat okazuje się być równie brutalny jak ten, któremu dachołazy przyglądają się z dystansu, każda grupa ma bowiem swoje terytorium, a nieopatrzne i samowolne przekroczenie ich granic może skończyć się tragicznie. Biorąc udział w bieganiu po dachach razem z nimi można poczuć, czym jest wolność. Bo te dojrzałe ponad swój wiek dzieci, doświadczone w walce o przeżycie, dzikie, wygłodzone i brudne do granic niemożliwości, są przede wszystkim szczęśliwe mogąc żyć na swój własny sposób, nawet jeśli postronnej osobie wyda się on pozbawiony sensu. Dachołazy obserwują świat z góry, są obok niego, nie biorą w nim tak naprawdę udziału z własnego wyboru - wolą tak wyglądającą wolność od tego, co społeczeństwo ma im do zaoferowania - sierocińce, wciśnięcie w system, gdzie każdy musi przestrzegać zasad, aby pasować. A to, że jesteśmy cudowni tacy, jacy właśnie jesteśmy, z każdym małym i dużym dziwactwem, obojętnie czy chodzimy po dachach, czy jemy z książek bo potłukliśmy wszystkie talerze, jest pięknym, ponadczasowym przesłaniem, który czyni z "Dachołazów" pozycję mądrą i nietuzinkową, gwarantując jej, że wartości w niej zawarte nie stracą nigdy ze swej aktualności.

Przyznam się szczerze, że dopóki nie sięgnęłam po książkę Rundell, nie miałam pojęcia o istnieniu dachołazów, a w czasie, gdy czytałam książkę, przez myśl mi nie przeszło, że nie są one tylko i wyłącznie wymysłem autorki. Moją uwagę przykuło to, jak bardzo dokładne i szczegółowe instrukcje pojawiają się w momencie, gdy Matteo, przewodnik Sophie po dachach Paryża, tłumaczy jej jak się poruszać. Nie przypuszczałam, że autorka dzieli się w ten sposób własnym doświadczeniem, ponieważ, jak dowiedziałam się już po lekturze książki, sama jest bowiem zapalonym dachołazem i chociaż na co dzień wspina się po brytyjskich dachach, chodzenie po tych paryskich ma równie dobrze opanowane. Jeżeli chcecie dowiedzieć się nieco więcej na temat tej nietuzinkowej autorki - link do artykułu na jej temat znajdziecie tutaj.

Książka zdobyła zasłużone nagrody „Blue Peter Book Award”, „Waterstones Children's Book Prize” oraz została nominowana do nagrody „CILIP Carnegie Medal”. Chociaż jej bohaterami są głównie młodzi ludzie, historia upartej dwunastolatki, która podczas pobytu w Paryżu odkrywa istnienie bezdomnych dzieci mieszkających na dachach budynków, ma szansę podbić serca nie tylko nastoletnich czytelników, ale i dorosłych. Naprawdę warto dać się ponieść tej niesamowicie oryginalnej przygodzie w duchu klasycznych opowieści dla dzieci i młodzieży, która łączy w sobie nutkę awanturnictwa z uniwersalnym przesłaniem o tym, że jeśli niekoniecznie wpisujemy się w to, co społeczeństwo uważa za ogólnie przyjętą normę, to oznacza to, że musimy się z tym czuć źle, wręcz przeciwnie. Warto mieć nadzieję i warto walczyć o spełnienie swoich marzeń, dopóki jest na to choćby cień szansy. Powtarzając za Sophie:"Nigdy nie przekreślaj możliwego."

Po takich dachach chodzi pisarka - tutaj akurat widnieje All Souls College w Oksfordzie, którego członkiem jest Rundell.

A mowa o...

Dachołazy, Katherine Rundell, wyd. Poradnia K, 25 października 2017r., tyt. oryg. The Rooftoppers, przekład: Tomasz Bieroń, 264 strony


Już wkrótce na blogu o kolejnej książce autorki, marcowej premierze:

sobota, 17 lutego 2018

KOŁYSANKA, Leila Slimani



Książka, którą pochłonęłam w kilka godzin i której nie byłam w stanie odłożyć ani na sekundę. Ciężko uwierzyć, że ta w sumie dość niewielka objętościowo rzecz zawiera w sobie historię tak mrożącą krew w żyłach, ale jednocześnie nie nieprawdopodobną. Oto czteroosobowa rodzina z Paryża, młode małżeństwo z dwójką małych dzieci, wkracza w nowy etap życia. Matka, zmęczona brzemieniem macierzyństwa, ambitna, aczkolwiek niespełniona prawniczka, pragnie znowu realizować się na polu zawodowym. Rodzice przeprowadzają surową selekcję i wybierają nianię, która wydaje im się najbardziej odpowiednia do sprawowania opieki nad ich skarbami. Jak się dość szybko okaże nie mogli lepiej trafić, niania bowiem okazuje się prawdziwym klejnotem, bez którego nie będą potrafili wyobrazić sobie życia. Nie dość, że uwielbia dzieci, a i one nie mogą się bez niej obejść, to jeszcze wprowadza ład nie tylko do zabałaganionego mieszkania, ale i też do chaotycznego życia jego mieszkańców. Co się jednak stanie, gdy okaże się, że niania również przywiązana jest do swoich pracodawców, ale już w trochę bardziej niezdrowy sposób, a w dodatku nie jest tak kryształowo idealna, jak chciałaby być postrzegana?

Historia w "Kołysance" opowiedziana jest w interesujący sposób - na samym początku, już w pierwszym akapicie czytelnik dowiaduje się o wstrząsającej tragedii, jaka ma miejsce w domu zwykłej paryskiej rodziny. Dość powiedzieć, że te kilka zdań szokuje i porusza czytelnika, który raczej nie spodziewał się tak dramatycznego rozpoczęcia książki, jednocześnie dzięki takiemu zabiegowi buduje się od razu atmosfera grozy i napięcia. Od kolejnego rozdziału wracamy do punktu, od którego cała historia się zaczęła, czyli do początku, kiedy to matka decyduje się na powrót do pracy i zaczyna się poszukiwanie niani. Rozdział po rozdziale coraz wyraźniej widzimy, dlaczego doszło do dramatu, a także jasne staje się, że można było go uniknąć, że pojawiały się znaki, które zostały jednak przez osoby poszkodowane zignorowane.

O czym tak naprawdę jest "Kołysanka"? To przede wszystkim opowieść o macierzyństwie, o wewnętrznym konflikcie współczesnej matki, która chce być aktywna zawodowo, chce i potrzebuje pracować, ale jednocześnie obwinia się o to, że te pragnienia są egoistyczne, że na jej wyborze cierpi rodzina, a ona nie jest idealną matką dla swoich dzieci. W głębi duszy wie bardzo dobrze, że nie potrafi się w stu procentach oddać tylko opiece nad dziećmi, gdyż pozbawia ją to w pewien sposób własnej tożsamości i kładzie się cieniem na jej zdrowiu psychicznym, a co za tym idzie, odbija się to również i na samopoczuciu dzieci. W "Kołysance" mamy do czynienia z dwoma matkami i chociaż dzieli je wiele, reprezentują zaskakująco podobny stosunek do wykonywanej przez siebie pracy - z czasem widzimy, że historia jednej z nich mogłaby stać się ostrzeżeniem dla tej drugiej, ale jednak w  ostatecznym rozrachunku te dwie postaci zestawione są na zasadzie kontrastu.

To także opowieść o szaleństwie, które kryje się głęboko w człowieku, które nawarstwia się powoli pod pozornie idealną, gładką powierzchnią, aby potem równie powoli, niemal niedostrzeżenie dla oka tę powierzchnię mącić z początku mikroskopijnymi, a potem coraz to wyraźniejszymi zmarszczkami, aż w końcu, gdy zabraknie pomocy z zewnątrz, nie ma innego wyjścia, jak tylko dać mu upust. Nie dostajemy wprost wytłumaczenia, skąd się ono bierze, ale czytając pomiędzy wierszami możemy się domyślić, że jest trochę efektem samotności, trochę niezrozumienia, niewłaściwych wyborów, a często pamiątką po złym dzieciństwie.

"Kołysanką" Slimani zdobyła w 2016 roku najbardziej prestiżową nagrodę literacką we Francji, czyli Nagrodę Goncourtów. I tutaj jest moje jedyne "ale" względem tej pozycji. Chociaż uważam, że jest to książka niesamowita, naprawdę świetnie napisana, nie wiem, czy zasługuje na tę akurat nagrodę. Zdecydowanie ciężko wpasować ją do jednego tylko gatunku; najbardziej wpisuje się chyba w stylistykę thrillera, aczkolwiek uniwersalność tej historii i trafne obserwacje społeczne na pewno podnoszą jej wartość jako dzieła literackiego, ale nie jest to powieść, którą można by odczytywać wielopłaszczyznowo. Moim zdaniem to trochę za mało, a patrząc jeszcze na "Kołysankę" pod kątem utworu literackiego, który najwierniej miałby oddać ducha swoich czasów, jak najlepiej ukazać nastroje panujące w społeczeństwie - to chociaż pojawia się kilka dość znaczących scen, nie nazwałabym książki Slimani dziełem spełniającym takie kryterium.

Nie zmienia to wszystko jednak faktu, że "Kołysanka" to diabelnie dobry tytuł i warto się z nim zapoznać. Warto przekonać się na własnej skórze, jak tragiczna to jest historia, jak bardzo współczesna i jak łatwo miejscem jej akcji mogłoby być każde miasto w Polsce, nie tylko Paryż. Warto sprawdzić, jak łatwo i jak bardzo nieostrożnie jest uwierzyć w kogoś nieznajomego i powierzyć mu całe swoje życie.


A mowa o...

Kołysanka, Leila Slimani, wyd. Sonia Draga, 20 września 2017r., tyt. oryg. Chanson douce, przekład: Agnieszka Rasińska-Bóbr, 280 stron
 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

TAMTE DNI, TAMTE NOCE, Andre Aciman


Zabieram Was dzisiaj w podróż. Zostawiamy szarą, brudną polską zimę (chyba że jesteście tymi szczęśliwcami, którym dopisuje piękna, bieluchna jej odmiana, ale Wy też chodźcie ze mną) i wybieramy się do gorących, rozgrzanych letnim słońcem Włoch. Brzmi dobrze, prawda? Będzie jeszcze ciekawiej, bo czeka nas nie tylko zmiana pogody, ale i datownika, cofniemy się bowiem w czasie aż do połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, w takich bowiem okolicznościach rozgrywają się najważniejsze wydarzenia książki Andre Acimana "Tamte dni, tamte noce".

Siedemnastoletni Elio spędza spokojne, przyjemne wakacje wraz z rodzicami w letniej posiadłości na północy Włoch, ta beztroska kończy się jednak, gdy w ich domu pojawia się letnik, Oliver, amerykański student-stypendysta, aby spędzić lato na konsultacjach u ojca chłopaka, będącego wykładowcą na uniwersytecie. Przybycie Amerykanina dosłownie wywraca życie nastolatka do góry nogami, bowiem musi oddać swój pokój gościowi, co wzbudza w nim uczucie sprzeciwu. Jednak początkowa niechęć dość prędko przeobraża się w fascynację mężczyzną, którą Elio usiłuje maskować udawaną obojętnością. Z czasem skrywana namiętność przybiera na sile i chłopak nie jest w stanie dłużej ukrywać swoich uczuć, postanawia więc zaryzykować i wyznaje prawdę Oliverowi...

Ogólnie rzecz biorąc, nie jestem fanką romansu, na wszelkie historie miłosne reaguję alergicznie, więc dla mnie samej zaskoczeniem jest jak bardzo przypadła mi do gustu ta opowieść. Podejrzewam, że w dużej mierze jest to zasługa pięknego języka, którym posługuje się autor, znakomicie oddającego wszelkie niuanse budzącego się uczucia, niepewność, obawę przed odrzuceniem, niecierpliwe wyczekiwanie następnego ruchu ze strony ukochanej osoby . Plastyczne opisy, zarówno magicznych Włoch, jak i przeżyć wewnętrznych głównego bohatera, naprawdę mnie porwały. Im dalej zagłębiałam się w tę historię, tym bardziej zachwycona byłam, bo autor dokonał niewiarygodnej rzeczy - sprawił, że nie tylko współodczuwałam z bohaterami ich przeżycia, ale byłam w stanie przywołać wszystkie te moje pierwsze uniesienia miłosne, wszystkie moje upalne lata i mroźne zimy, uczucia i ludzi, którzy kiedyś zaprzątali mi głowę, spędzali sen z powiek. Wszystko to bez krzty patosu czy fałszu, bez niepotrzebnego nadęcia.

Co mnie jeszcze zachwyciło w "Tamte dni, tamte noce"? Uniwersalność tej historii. Może i bohaterami są dwaj mężczyźni, może i wchodzą w związek homoseksualny, ale wcale nie czuć tego w tekście. Poszczególne etapy, które pokonują, aby w końcu stać się parą, wszelkie drobne gesty, zauroczenie, które przekształca się w głębsze uczucie, fascynacja ciałem i duszą drugiej osoby, śledzenie każdego jej gestu, ekscytacja wobec faktu, że kochamy kogoś, kto nas rozumie nas lepiej od nas samych, to wszystko jest naturalne dla natury ludzkiej, niezależnie od płci. Zresztą ta uniwersalność, lub też może precyzyjniej, miłość ponad płcią, jest sugerowana przez autora wielokrotnie w książce - czy to przez nawiązania do kultury antycznej, czy to przez związki z kobietami, w które zaangażowani byli obaj bohaterowie, czy też wreszcie, najdobitniej, poprzez doświadczenia ich znajomego poety, który opowiada o swoim pobycie w Tajlandii, gdzie na każdym kroku oferowano mu miłość, a nikomu nie przeszkadzała jego płeć, nie była ona żadną przeszkodą, gdy pojawiała się możliwość ofiarowania siebie drugiej osobie. Autor wyraźnie stawia na związek będący jednością dusz i ciał, miłość czystą, wyuzdaną i nienasyconą, ale jednocześnie niewinną.

Jedno, do czego chcę się przyczepić, rzecz, która najbardziej drażniła mnie w całej książce to jej...polski tytuł. Oryginalne "Call Me By Your Name", będące cytatem podsumowującym niejako istotę związku dwóch bohaterów książki, ich subtelność i zaangażowanie, zastąpiono zwrotem, który osobie niezaznajomionej z treścią może sugerować zwykłą historię letniej miłostki rodem z tzw. literatury kobiecej. Zabieg ten jest zasługą dystrybutora filmu - polska premiera w kinie 26 stycznia - zatem wydawca musiał się dostosować, rozumiem, ale będąc już po przeczytaniu książki, drażni on moje wrażliwe oczy. Bo jedno jest pewne, pogardliwe nazywanie jej czytadłem jest, moim zdaniem, bardzo krzywdzące, znaczy to bowiem, że można postawić książkę Acimana na tej samej półce co dzieła takiej Coleen Hoover czy jej podobnych autorek. Otóż nie, nie można.

Gdzie zatem na skali ciężaru gatunkowego znajdzie się książka, jaki będzie werdykt: czytadło czy rzecz z wyższej półki? A co, gdybyśmy się spotkali...pośrodku? Wydaje mi się, że zarówno czytelnicy prozy lekkiej i niewymagającej, jak i ci, którzy sięgają wyłącznie po ambitne dzieła wybitnych prozaików, często zapominają, że możliwy jest kompromis, i że taki kompromis w literaturze występuje - może nie w polskiej, ale z pewnością w tej światowej. I myślę, że właśnie w tym przypadku możemy mówić właśnie o literaturze środka, czyli gdy spojrzymy na tę książkę jako na historię wakacyjnego romansu z przesłaniem, powinna ona przypaść do gustu miłośnikom właśnie tego gatunku, a jednocześnie piękny literacki język i liczne odniesienia do kultury mają szansę obłaskawić tego bardziej wymagającego czytelnika.

Dla mnie z pewnością będzie to jedna z ważniejszych książek tego roku. Czas pokaże, czy będzie również i jedną z książek mojego życia, na chwilą obecną z pewnością do takiej aspiruje. Najchętniej kazałabym wszystkim ją przeczytać, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdemu przypadnie do gustu - w dodatku jeśli nie lubicie scen seksu, tym bardziej gejowskiego, a takie tutaj są i to dość bezpruderyjne, może jednak nie sięgajcie po tę książkę. Miłośnicy brzoskwiń też powinni przemyśleć jej przeczytanie, może się bowiem okazać, że już nie będziecie patrzeć na te owoce w ten sam sposób, wink, wink. Jeśli jednak macie otwarty umysł i garść wspomnień o pierwszych intensywnych uczuciach i doznaniach schowanych gdzieś w zakamarkach pamięci, które do których wracacie z rozrzewnieniem, lub po prostu chcecie dać się uwieść książce, "Tamte dni, tamte noce" nie powinny Was rozczarować.


A mowa o...
Tamte dni, tamte noce, Andre Aciman, wyd. Poradnia K, 12 stycznia 2018r., tyt. oryg. Call Me By Your Name, przekład: Tomasz Bieroń, 300 stron

I jeszcze jedną chwilę spędźmy w rozgrzanych letnim słońcem Włoszech:





środa, 10 stycznia 2018

BIAŁY LATAWIEC, Ewelina Matuszkiewicz


Wydawałoby się, że we współczesnej literaturze motyw kobiety, która powraca w swe rodzinne strony będące małą mieścinką gdzieś na prowincji, zostawiając za sobą wielkie miasto, jest już dość mocno wyeksploatowany i nie można tutaj już nic ciekawego wymyślić, a tymczasem debiut Eweliny Matuszkiewicz "Biały latawiec" jednak przyjemnie zaskakuje. Ta nietuzinkowa powieść łączy w sobie wątki obyczajowe i sensacyjne, oddając jednocześnie hołd życiu w niewielkiej miejscowości i przy okazji sprytnie wymyka się utartym schematom, jakimi zwykle najeżone są tego typu książki.

Główna bohaterka, Maja, świeżo rozwiedziona właścicielka butiku internetowego, porzuca bez żalu Warszawę na rzecz rodzinnych Kozienic, aby skupić się na remoncie domku zmarłego dziadka i zbieraniu do kupy swojego życia, ewentualnie na dociekaniu dlaczego ktoś notorycznie się do tegoż domku włamuje i czego ów ktoś szuka. Na szczęście dla mnie, osoby uczulonej na wszelki romans, do perypetii Mai nie zalicza się odnajdywanie Wielkiej Miłości, przynajmniej jeszcze nie w tej części - podejrzewam, że więcej miejsca ten  wątek zajmie w kontynuacji, która jest obecnie w przygotowaniu. Owszem, pojawia się miłość, ale taka, o której mowa w piosence, która stała się inspiracją dla tytułu książki. Gdzieś w tle widzimy miejscową dziewczynę, która traci głowę dla przejezdnego chłopaka, wakacyjna przygoda, która ma słodko-gorzki posmak i nieoczywiste zakończenie, przy czym okazuje się, że jest to historia jedna z wielu, jakie przyjdzie nam tutaj poznać.

Faktem jest bowiem, że Kozienice są domem dla naprawdę nietuzinkowych postaci; wśród nich są m.in. policjant, radiowiec, młodziutka bibliotekarka, prawnik lub też moje ulubione grono emerytek, spotykających się regularnie, aby pod pretekstem partyjki gry w karty poplotkować sobie nad pysznym podwieczorkiem i kieliszeczkiem zacnego napitku. Podoba mi się również, że w tej galerii znajdziemy również wątek prawnika-geja będącego w wieloletnim, aczkolwiek sekretnym związku z burmistrzem. Mnogość bohaterów wcale nie przeszkadza, ba, nawet tak liczni są ogromnym atutem książki, prezentują bowiem całkiem niezły przekrój kozienickiej społeczności. Widać, że autorka ma ogromny dar do tworzenia charakterystycznych postaci, łatwo zapadających w pamięć i nawet jeśli do końca nie identyfikujemy się z nimi, to ich intencje można łatwo zrozumieć. Co do warsztatu pisarskiego, to bardzo podoba mi się lekkie pióro autorki, to jak zręcznie operuje językiem i kreuje atmosferę tego niewielkiego miasta, gorącą i duszną nie tylko dzięki czerwcowym upałom, ale i dzięki sekretom, skrywanych od lat tajemnicom, których korzenie sięgają nawet czasów drugiej wojny światowej.

Tak na marginesie, debiut jest to tym bardziej smakowity z racji opisów jedzenia i gotowania, jakie pojawiają się co kilka stron. To jedna z tych książek, podczas czytania której koniecznie trzeba mieć pod ręką coś do przegryzania, inaczej grozi człowiek ślinotok, ewentualnie sabotowanie lektury poprzez niekończące się wycieczki do lodówki. Bez bicia powiem, że jest to jeden z powodów, dla którego czekam na kontynuację "Białego latawca", moja kulinarna wyobraźnia bardzo docenia ten aspekt twórczości pani Matuszkiewicz.

Zapach ciasta drożdżowego mieszał się z aromatem cytryny. W rondlu na bardzo małym ogniu smażył się agrest z dodatkiem skórki cytrynowej, w piekarniku wyrastało ciasto, do którego Wisława dorzuciła garść agrestu i kilka wiśni. Wiśnie znalazła na parapecie w małym koszyczku, zostawiła je sąsiadka. Reszta owoców stygła w ugotowanym przed chwilą kompocie. I tak z dwóch łubianek agrestu i koszyczka wiśni zrobiła ciasto, kompot, sześć słoiczków dżemu.
Albo:
Przy gotowaniu curry nie należy się spieszyć. Wszystkie składniki obrane i pokrojone powinny czekać w odmierzonych porcjach, dopiero wtedy można rozpalić ogień pod rondlem. Wtedy coraz intensywniejszy zapach ogarnia kuchnię. Rafał najpierw drobno posiekał cebulę, potem poszatkował czosnek i starł spory kawałek imbiru. Sparzył pomidory, zdjął skórkę, pokroił w kostkę i odcedził sok na sicie. Wyfiletował udziec indyka (cóż to dla chirurga!) i zaczął obierać ananasa.
Czysta magia!

Można zatem ocenić w tym akurat przypadku książkę po okładce - bo "Biały latawiec" to nie tylko ciekawa zawartość, ale i mała graficzna perełka i pod tym względem zdecydowanie wyróżnia się na tle innych książek wydawanych u nas w kraju, a już na pewno wśród tych z półki z literaturą obyczajową, zwłaszcza tzw. "kobiecą", gdzie grafik nie wysilając się za wiele nierzadko sięga do tzw. zdjęć stockowych, co zwykle kończy się małym koszmarkiem, który niewiele ma wspólnego z treścią książki. Ale na szczęście nie w tym przypadku. Chwytajcie "Latawca", bo zdecydowanie warto!

Biały latawiec, Ewelina Matuszkiewicz, wydawnictwo Biały Latawiec, grudzień 2017, 320 stron

czwartek, 19 października 2017

DUCHY JEREMIEGO, Robert Rient


Trudny to temat, przemijanie. Człowiek nie lubi myśleć o nim, spycha gdzieś w głąb umysłu, chowa po kątach i nie chce do niego wracać. Co szczęśliwsi żyją beztrosko, jakby opcja wyjścia z tego świata ich nie dotyczyła. Ale TO jest, TO czeka i jest bardzo sprawiedliwe, bo nikomu nie przepuści. Nie da się nikomu wykpić na ładne oczy. Czasami do człowieka dotrze ta prawda, kopnie go w tą przysłowiową twarz, aż mu zadzwoni w uszach. Że to ja. Że może nie kiedyś. Że może jutro. Że może zaraz. I otwiera się taka czarna dziura w głowie i człowiek w nią wpada, i leci, i leci, i wie, że dolecieć nie może. Myśleć o tym trudno, ale chyba jeszcze trudniej jest pisać o umieraniu tak, aby nie wyszła z tego patetyczna opowieść, bo to temat niebezpieczny i łatwo jest sprowadzić wszystko do laurki dla odchodzących, a można przecież inaczej. I "Duchy Jeremiego" właśnie są tym czymś innym.

Tytułowy Jeremi jest dwunastolatkiem wychowywanym samotnie przez matkę, ojciec dawno temu znikł z pola widzenia i słyszenia. Rodzina Jeremiego jest niewielka: matka, lekko zwariowana ciotka, dziadek z "alshajmerem" i rak matki. Jakby mało tutaj jeszcze było bólu, to dodatkowo okazuje się, że dziadek za młodu został zesłany na Syberię, babka straciła całą rodzinę w obozie koncentracyjnym, po czym po kilku dekadach popełniła samobójstwo, bo mówiły do niej duchy, a sam Jeremi dowiaduje się, że jest Żydem. Nie, zdecydowanie nie jest to optymistyczna książka. Wydawać by się mogło, że autor wybrał najbardziej traumatyczne przeżycia jakie mogą trafić się człowiekowi na przestrzeni życia i wrzucił je do jednego worka, aby sprawdzić co się stanie po ich wymieszaniu, ale o dziwo, to wszystko łączy się w zgrabną całość. Mało tego, taki zabieg sprawia, że można odczytywać tę historię na różne sposoby. Nie jest już tylko opowieścią o bolesnym, brutalnie wymuszonym przez rzeczywistość przejściu z beztroskiego dzieciństwa w dorosłość, to nie tylko ta pierwszoplanowa relacja i cierpienie człowieka opuszczanego z człowiekiem odchodzącym. To również historia o odnajdywaniu siły do przeżycia w niesprzyjających ku temu okolicznościach i to nie tylko na przykładzie Jeremiego, ale i tego dziadka, w którego duszy wciąż po wielu latach wieją mroźne Syberyjskie wichry, pani Marii, która, mając w pamięci pobyt w obozie koncentracyjnym, "uważa, że śmierć jest zarezerwowana dla wszystkich", babki Elizy, która uległa nawiedzającym ją głosom.

W "Duchach Jeremiego" pojawia się motyw drugiej wojny światowej, ale podobnie jak ma to miejsce w "Dygocie" czy "Rdzy" Jakuba Małeckiego, jest to Wielka Historia, która toczy się gdzieś w tle, a na pierwszy plan wysuwają się ludzie, których życie w efekcie ulega nieodwracalnej zmianie i nie tylko oni pozostają na zawsze okaleczeni psychicznie, odbija się ona również cieniem na następnych pokoleniach, co widać na przykładzie rodziny Jeremiego, czyli kolejno jego dziadka, matki i ciotki. Mam wrażenie, że stawiając nieprzemijający ból wywołany przez wojnę obok tego, który staje się pokłosiem nieuleczalnych chorób, autor skłania nas w pewien sposób do zastanowienia się, czym jest cierpienie, czy da się określić, kto cierpi bardziej. Czy ból wojennych doświadczeń jest wart więcej od bólu kobiety, która musi bólowi wywołanemu przez wyniszczającą ją chorobę nadać pozory normalności w imię dobra dziecka, które i tak musi pozostawić osierocone na pastwę losu? Jaki jest sens w cierpieniu? Czy uszlachetnia, tak jak przyjęło się mówić, czy to tylko frazes, oferowany tym, którzy zostają doświadczeni przez los? Stawiający sobie te pytania dwunastolatek nie różni się niczym od dorosłego, który mógłby się znaleźć na jego miejscu, i jeden, i drugi poczuje tę samą bezradność wobec wydarzeń, na które wpływu mieć nie może.

To nie jest łatwa książka. Chociaż narracja prowadzona jest z perspektywy dziecka i czuć w niej tę ujmującą naiwność i typową dla dzieci beztroskę, i chociaż od pierwszych stron czytelnik zostaje wciągnięty w wir opowieści, ciężar jaki ona niesie z sobą czuć jeszcze długo po jej ukończeniu. Nie będę zaprzeczać, jestem pod ogromnym wrażeniem; to była jedna z tych książek, gdzie widząc, że zostało już 40, 30, 20 stron do końca człowiek ma ochotę przestać czytać, chociaż wie, że czytać nie przestanie, bo nie ma takiej siły, która by go do tego zmusiła. To taka książka, w której moje myśli okazywały się być myślami bohatera. Moje lęki i wątpliwości pojawiały się na kartach książki, na pytania, których nigdy nie zdecydowałam się nikomu zadać, zostały udzielone odpowiedzi. Odbieram ją bardzo emocjonalnie, ale jednocześnie nie sądzę, aby to była tania emocjonalność. Nie czuję się zmanipulowana przez autora, ale nie odmawiam mu zręczności w prowadzeniu historii, poskładanie elementów takich jak wojna, dziecko i rak w tak piękną, ale jednocześnie wolną od patosu opowieść wymaga wielkiej wprawy i delikatności, i właśnie to czuć podczas czytania.

I na sam koniec mój ulubiony cytat, bez mała trafiony w dziesiątkę:

Jak odprowadziliśmy krowy do ich domu i wróciliśmy do naszego, to kuchnia i pokój były już wysprzątane, nawet dwa okna pani Maria umyła.
- Pani to musi lubić sprzątać.
- Nigdy nie mów do kobiety, że lubi sprzątać.
Duchy Jeremiego, Robert Rient, wyd. Wielka Litera, data wydania: 27 września 2017, 294 strony

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.