czwartek, 18 stycznia 2018

TO JEST NAPAD! CZYLI KAWAŁEK NIEZNANEJ HISTORII AMERYKI, Marek Wałkuski



Charakterystyczna scena: uzbrojeni po zęby ludzie w kominiarkach wbiegają do banku, terroryzują kasjerów i klientów bronią, ładują jak najwięcej pieniędzy w wielkie worki, po czym znikają równie prędko jak się pojawili. Taki klasyczny obrazek z filmu kojarzy prawie każdy, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie określić, jaki to był konkretnie film i kiedy go widzieliśmy, niezaprzeczalnie jednak jest to uproszczony schemat napadu na bank, jaki funkcjonuje w naszych wyobrażeniach. Jednak w rzeczywistości, ile napadów na bank, tyle indywidualnych scenariuszy, o czym przekonuje nas dziennikarz radiowej Trójki, Marek Wałkuski, od dziesięciu przeszło lat relacjonujący na antenie radia anegdoty związane z mniej lub bardziej udanymi rabunkami mającymi miejsce w Stanach Zjednoczonych, kolebce napadów na bank. Po przeczytaniu jego książki, "To jest napad!", trudno nie oprzeć się wrażeniu, że stały się one wręcz tradycją narodową tego kraju.

Z raportów FBI wynika, że najwięcej skoków na banki ma miejsce w piątek. Najpopularniejsza pora dnia to godziny przedpołudniowe - od 9 do 11 rano. Położenie banku nie ma znaczenia. Równie często rabowane są banki w dużych aglomeracjach, jak i te na przedmieściach czy w małych miasteczkach. Wbrew temu co pokazuje się w filmach, napady na banki mają zazwyczaj spokojny przebieg. Choć w większości przypadków sprawcy demonstrują broń albo udają, że ją posiadają,  to tylko w jednym na 35 napadów dochodzi do użycia przemocy. W 2016 roku w ponad 4200 napadach obrażenia odniosły jedynie 43 osoby. W wielu przypadkach byli to sami sprawcy, którzy podczas ucieczki spowodowali wypadki samochodowe lub zostali postrzeleni przez policjantów. W 2016 roku podczas napadów na banki zginęło osiem osób, w tym siedmiu rabusiów.
Obok anegdotek znajdziemy również całkiem poważne informacje, autor przybliża nam bowiem historię banków, broni, pieniędzy, jak pracuje policja i FBI, czyli wszystko to, co związane jest z tematem przewodnim książki. Obserwując, jak zmieniał się charakter banków, rodzaj i dostępność broni, a także jak na przestrzeni lat ewoluował scenariusz samego napadu, kto go dokonywał kiedyś, a kto obecnie, możemy wiele dowiedzieć się o samych Stanach Zjednoczonych, wiele nam to mówi o tym jakie zmiany zaszły w społeczeństwie w ciągu tych kilku stuleci. Sporą część poświęcono słynnym napadom i rabusiom, którymi ekscytowały się media i zafascynowani byli postronni obserwatorzy, a ich życie i wszelkie działania poza prawem obrosły w legendę. Ludzie ci znaleźli swoje miejsce w kulturze jako niepokorni buntownicy wyłamujący się z systemu, żyjący na krawędzi, do dzisiaj wszakże stanowią symbol rebelii - dość wspomnieć film z Bradem Pittem, który wcielił się w rolę Jessie James'a czy też choćby odwołania do Bonnie i Clyde'a w piosenkach Beyonce i Jay-Z.

To jest jedna z tych książek, podczas czytania których nie jestem w stanie usiedzieć na miejscu, ale koniecznie muszę podzielić się dopiero co przeczytanym fragmentem z całym światem, ewentualnie z moim mężem, gdyż to właśnie on, nieszczęsny, przeważnie jest na podorędziu. Bombarduję go wówczas serią zdań rozpoczynających się od: "A czy wiesz/wiedziałeś, że..." lub "Słuchaj, to jest dobre...". "To właśnie napad!" jest ogromną skarbnicą wiedzy na temat nie tylko samych napadów, ale i historii i kultury samych Stanów Zjednoczonych. Jestem pełna podziwu dla autora, jak lekko i przystępnie, wręcz w gawędziarskim tonie prowadzi czytelnika przez meandry historii, nie nudząc, ale bawiąc. 

A oto jedna z moich ulubionych anegdot mówiąca o tym, że nie każdy, kto napada na bank, robi to kierowany żądzą natychmiastowego wzbogacenia się:
(..) Zrozumienia u sędziego nie znalazł natomiast siedemdziesięcioletni Lawrence Ripple z Kansas City, który chciał iść do więzienia, ponieważ nie mógł wytrzymać nieustających kłótni z żoną. Gdy we wrześniu 2016 roku po raz kolejny zaczęła się na niego wydzierać z powodu nie naprawionej pralki, wziął długopis i kartkę, napisał coś na niej i wyszedł z domu, zapowiadając, że woli zgnić za kratami, niż z nią żyć. Kilka minut później wszedł do banku i podał kasjerowi kartkę z tekstem: "Mam pistolet . Daj mi wszystkie pieniądze". Gdy otrzymał plik banknotów, siadł na podłodze w korytarzu i wdał się w pogawędkę z bankowym strażnikiem. Po aresztowaniu opowiedział agentom FBI, jaką to zołzę poślubił, i wyjaśnił, że nie mógł wytrzymać ciągłych awantur. Sędzia Carlos Murguia nie posłał jednak Ripple'a do więzienia, tylko wymierzył wyrok pół roku... aresztu domowego.
Książkę serdecznie polecam każdemu, niezależnie od wieku, płci czy zainteresowań - podczas czytania zawsze staram się być obiektywna i zwracać uwagę na wady i zalety mojej aktualnej lektury, a tutaj nie jestem w stanie do niczego się przyczepić. Jest napisana bardzo przystępnie, gawędziarsko, widać duże poczucie humoru autora i naprawdę wiele można się z niej dowiedzieć, nie tylko o samych rabunkach, ale też o kulturze i historii Stanów Zjednoczonych. I jeszcze do tego tak pięknie wydana, że czytanie jej jest czystą przyjemnością - oprawa miękka, ale jednocześnie dość sztywna, aby dać komfort trzymania, gładki, "śliski", jak ja to nazywam po laicku, papier, dużo zdjęć i ilustracji. Może lepiej nie używać zawartych tutaj anegdot i wiadomości do planowania idealnego napadu na bank, ale przeczytać tę książkę naprawdę warto.

A mowa o...

To jest napad!Czyli kawałek nieznanej historii Ameryki, Marrek Wałkuski, wyd. Editio, 25 października 2017r., 336 stron

poniedziałek, 15 stycznia 2018

NOWY ROK, NOWE KSIĄŻKI - TAG KSIĄŻKOWY (2018)


I cóż z tego, że mamy już połowę stycznia za sobą? Kto powiedział, że podsumowania i postanowienia zarezerwowane są tylko dla pierwszego tygodnia nowego roku? Noworoczny tag, który bezwstydnie kradnę od Simona z kanału YouTube Savidge Reads i zachęcam innych do wykonania go u siebie, czy to na blogu, czy na własnym kanale YouTube, jest dla mnie również pretekstem do podjęcia postanowienia dotyczącego mojego blogowania w nowo rozpoczętym, miłościwie nam panującym roku 2018 - a może i dalej. Kilka lat już sobie dłubię te blogi, ten obecny nie jest wszakże moim pierwszym - tamten powstał w 2013 roku i tak mniej lub bardziej intensywnie prowadzony był przeze mnie do połowy 2015 roku, kiedy to pod wpływem ciążowych hormonów usunęłam prawie całą moją działalność czytelniczo-blogową - blog, wieloletnie konta na Goodreads i LubimyCzytać odeszły w niebyt, ostał się tylko Instagram, ale tylko przypadkiem. Od dłuższego czasu widzę więc, co robią inni, jak ludzie prowadzą obecnie swoje blogi i coś mi się nie zgadzało, coś uwierało, coś było nie tak. Przemilczę poziom merytoryczny, bo mnie nie wypada, sama nie reprezentuję jakiegoś mistrzowskiego stylu (ale jestem w stanie powiedzieć, gdzie inni robią błędy, więc chyba nie jest źle?), ale, ojej... Przyszło do mnie olśnienie, łupnęło w głowę w środku dnia, a potem poczułam ulgę, bo w końcu zidentyfikowałam problem, jaki ja miałam z prowadzeniem tego kawałka przestrzeni, problem, który ograniczył liczbę moich wpisów w ubiegłym roku do 24 (sic!). Dwa wpisy na miesiąc teoretycznie, średnio. Książek, które przeczytałam było 85, a więc miałam też o czym pisać.

Gdzie tkwi więc ten problem? Ano w tym, że blogowanie nie jest już zabawą. Rok 2014, najlepszy, najintensywniejszy, jaki miałam w blogosferze, był fajny, bo wtedy to się chyba robiło po prostu inaczej. Gdzie się podziały te swobodne, osobiste wpisy, opisy wrażeń podczas czytania, refleksje, cytaty z książek, ba! nawet mi stosików brakuje, bo to one wciągnęły mnie do blogowania. Teraz na każdym jednym blogu jeno pseudo recenzje, pisane taśmowo, bez polotu, bez pojęcia, byle by coś napisać, byle więcej książek za darmo dawali - a teraz już nawet nie tylko książki, branża odzieżowa i spożywcza też się blogosferę książkową upomina... I ja nie jestem tutaj ponad innymi, nie rzucam kamieniem, ale nawet jeśli chciałabym aspirować do tych najlepszych, bo znam te najbardziej wartościowe miejsca, to i tak odbija mi się to czkawką, bo świadomość własnych niedostatków wiąże mi ręce i blokuje wewnętrznie... Ale hola, hola, nowy rok, nowy blog. Hasło przewodnie - więcej mnie tutaj, w tym roku nie staram się być Kimś Innym, jestem sobą i czerpię z tego radość. Wpisy będą pojawiać się częściej, nie będą to już wyłącznie dłuższe opinie na temat przeczytanych książek, ale i krótsze formy. Coś, co przy moich absorbujących dzieciach (a które nie są? są takie?) nie będzie wymagało zbyt wiele czasu i wysiłku umysłowego, bo często jestem na deficycie, jeśli chodzi o te dwa czynniki, a czasem po prostu potrzebuję niewiele ponad kilka zdań, aby wypowiedzieć się na temat przeczytanej właśnie książki. Wiem, że przynajmniej jedna osoba czyta to, co tutaj wypisuję, mam więc tę błogą świadomość, że nie robię z siebie głupka i nie gadam po próżnicy:)

No to jak już sobie ulżyłam, z wątroby żale zeszły, zabierzmy się za ten tag:

1. Pierwsza czytana/przeczytana książka w 2018?

Jeżeli mój cały rok ma być taki sam, jak książka, którym go rozpoczęłam, to mogę spać spokojnie. "Moraliści" Katarzyny Tubylewicz byli świetnym wyborem na wielkie otwarcie - o tej książce jeszcze pewnie napiszę więcej, teraz tylko wspomnę, że otwiera człowiekowi oczy na wiele aspektów życia, o których nie miał pojęcia. Nie tylko poszerza wiedzę o problemach współczesnej Szwecji, ale też daje dużo do myślenia o naszym własnym podwórku i o byciu dobrym człowiekiem w ogóle, niezależnie od narodowości.
 
2. Które z książek przeczytanych przez Ciebie w 2017 roku poleciłbyś innym do przeczytania w nowym roku?

Dwie książki przychodzą mi od razu do głowy - "Lato" Tove Jansson oraz przeczytany już w końcówce grudnia "Rejwach" Mikołaja Grynberga, te kazałabym wszystkim czytać, bez wyjątku na płeć i wiek.

3. Jakie są Twoje postanowienia książkowe na ten rok?

Moje postanowienia na ten rok są skromne, to po prostu przeczytać przynajmniej 52 książki i czytać różnorodniej, czytać nie tylko nowości, ale i rzeczy starsze, także takie mniej znane, wyhaczone gdzieś w głębinach Internetu.

4. Nowy autor, książka lub gatunek, które chciałabyś przeczytać/poznać w tym roku?

Chciałabym czytać w tym roku więcej fantastyki - mam kilka książek Naomi Novik na półce, autorka, której jeszcze nie czytałam. Nie miałam również przyjemności z Jeffem VanderMeerem, którego trylogia Southern Reach czeka na półce, nadchodząca ekranizacja chyba przyspieszy moje sięgnięcie po nie. Kusi również cykl Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza, który mój mąż połknął ze dwa lata temu, a ja nie bardzo wtedy miałam wenę do czytania takich rzeczy, za to teraz chętnie wciągnęłabym się w jakiś fajnie przedstawiony świat fantastyczny.

5. Które nawyki czytelnicze chciałabyś zmienić?
 
Nawyki, które mnie denerwują i nad którymi chciałabym popracować, nie są stricte czytelniczymi, aczkolwiek mają zdecydowany wpływ na czytanie. Odczuwam palącą potrzebę reorganizacji mojego dnia, zdaję sobie bowiem sprawę, że w obecnym kształcie sporo czasu przepływa mi między palcami, podczas gdy mógłby zostać wykorzystany bardziej efektywnie. Samo ograniczenie bezcelowego sprawdzania social mediów już wygospodarowałoby mi przynajmniej z pół godziny, jak nie więcej czasu na czytanie, tak samo rezygnacja z błąkania się po stronach księgarń i antykwariatów internetowych w celu zakupienia kolejnych książek, podczas gdy mogłabym w tym momencie czytać coś z ogromnego zbioru jaki posiadam.

6. Tegoroczna premiera książkowa, na którą czekasz najbardziej?

Trudne pytanie, ponieważ w każdym miesiącu zawsze znajdę coś interesującego, jednak nie wrobię się w odpowiedź, że czekam na wszystkie... Czekam na każdą dobrą książkę, jaka zostanie wydana w tym roku - jednocześnie mam zamiar dopieszczać i nadrabiać tytuły z lat ubiegłych, przekonamy się, jak mi to wyjdzie.

Chętnie poznam Twoje zdanie, Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, nie krępuj się, postaram się je przyjąć na tzw. klatę;)

środa, 10 stycznia 2018

BIAŁY LATAWIEC, Ewelina Matuszkiewicz


Wydawałoby się, że we współczesnej literaturze motyw kobiety, która powraca w swe rodzinne strony będące małą mieścinką gdzieś na prowincji, zostawiając za sobą wielkie miasto, jest już dość mocno wyeksploatowany i nie można tutaj już nic ciekawego wymyślić, a tymczasem debiut Eweliny Matuszkiewicz "Biały latawiec" jednak przyjemnie zaskakuje. Ta nietuzinkowa powieść łączy w sobie wątki obyczajowe i sensacyjne, oddając jednocześnie hołd życiu w niewielkiej miejscowości i przy okazji sprytnie wymyka się utartym schematom, jakimi zwykle najeżone są tego typu książki.

Główna bohaterka, Maja, świeżo rozwiedziona właścicielka butiku internetowego, porzuca bez żalu Warszawę na rzecz rodzinnych Kozienic, aby skupić się na remoncie domku zmarłego dziadka i zbieraniu do kupy swojego życia, ewentualnie na dociekaniu dlaczego ktoś notorycznie się do tegoż domku włamuje i czego ów ktoś szuka. Na szczęście dla mnie, osoby uczulonej na wszelki romans, do perypetii Mai nie zalicza się odnajdywanie Wielkiej Miłości, przynajmniej jeszcze nie w tej części - podejrzewam, że więcej miejsca ten  wątek zajmie w kontynuacji, która jest obecnie w przygotowaniu. Owszem, pojawia się miłość, ale taka, o której mowa w piosence, która stała się inspiracją dla tytułu książki. Gdzieś w tle widzimy miejscową dziewczynę, która traci głowę dla przejezdnego chłopaka, wakacyjna przygoda, która ma słodko-gorzki posmak i nieoczywiste zakończenie, przy czym okazuje się, że jest to historia jedna z wielu, jakie przyjdzie nam tutaj poznać.

Faktem jest bowiem, że Kozienice są domem dla naprawdę nietuzinkowych postaci; wśród nich są m.in. policjant, radiowiec, młodziutka bibliotekarka, prawnik lub też moje ulubione grono emerytek, spotykających się regularnie, aby pod pretekstem partyjki gry w karty poplotkować sobie nad pysznym podwieczorkiem i kieliszeczkiem zacnego napitku. Podoba mi się również, że w tej galerii znajdziemy również wątek prawnika-geja będącego w wieloletnim, aczkolwiek sekretnym związku z burmistrzem. Mnogość bohaterów wcale nie przeszkadza, ba, nawet tak liczni są ogromnym atutem książki, prezentują bowiem całkiem niezły przekrój kozienickiej społeczności. Widać, że autorka ma ogromny dar do tworzenia charakterystycznych postaci, łatwo zapadających w pamięć i nawet jeśli do końca nie identyfikujemy się z nimi, to ich intencje można łatwo zrozumieć. Co do warsztatu pisarskiego, to bardzo podoba mi się lekkie pióro autorki, to jak zręcznie operuje językiem i kreuje atmosferę tego niewielkiego miasta, gorącą i duszną nie tylko dzięki czerwcowym upałom, ale i dzięki sekretom, skrywanych od lat tajemnicom, których korzenie sięgają nawet czasów drugiej wojny światowej.

Tak na marginesie, debiut jest to tym bardziej smakowity z racji opisów jedzenia i gotowania, jakie pojawiają się co kilka stron. To jedna z tych książek, podczas czytania której koniecznie trzeba mieć pod ręką coś do przegryzania, inaczej grozi człowiek ślinotok, ewentualnie sabotowanie lektury poprzez niekończące się wycieczki do lodówki. Bez bicia powiem, że jest to jeden z powodów, dla którego czekam na kontynuację "Białego latawca", moja kulinarna wyobraźnia bardzo docenia ten aspekt twórczości pani Matuszkiewicz.

Zapach ciasta drożdżowego mieszał się z aromatem cytryny. W rondlu na bardzo małym ogniu smażył się agrest z dodatkiem skórki cytrynowej, w piekarniku wyrastało ciasto, do którego Wisława dorzuciła garść agrestu i kilka wiśni. Wiśnie znalazła na parapecie w małym koszyczku, zostawiła je sąsiadka. Reszta owoców stygła w ugotowanym przed chwilą kompocie. I tak z dwóch łubianek agrestu i koszyczka wiśni zrobiła ciasto, kompot, sześć słoiczków dżemu.
Albo:
Przy gotowaniu curry nie należy się spieszyć. Wszystkie składniki obrane i pokrojone powinny czekać w odmierzonych porcjach, dopiero wtedy można rozpalić ogień pod rondlem. Wtedy coraz intensywniejszy zapach ogarnia kuchnię. Rafał najpierw drobno posiekał cebulę, potem poszatkował czosnek i starł spory kawałek imbiru. Sparzył pomidory, zdjął skórkę, pokroił w kostkę i odcedził sok na sicie. Wyfiletował udziec indyka (cóż to dla chirurga!) i zaczął obierać ananasa.
Czysta magia!

Można zatem ocenić w tym akurat przypadku książkę po okładce - bo "Biały latawiec" to nie tylko ciekawa zawartość, ale i mała graficzna perełka i pod tym względem zdecydowanie wyróżnia się na tle innych książek wydawanych u nas w kraju, a już na pewno wśród tych z półki z literaturą obyczajową, zwłaszcza tzw. "kobiecą", gdzie grafik nie wysilając się za wiele nierzadko sięga do tzw. zdjęć stockowych, co zwykle kończy się małym koszmarkiem, który niewiele ma wspólnego z treścią książki. Ale na szczęście nie w tym przypadku. Chwytajcie "Latawca", bo zdecydowanie warto!

Biały latawiec, Ewelina Matuszkiewicz, wydawnictwo Biały Latawiec, grudzień 2017, 320 stron

czwartek, 21 grudnia 2017

ADA BAMBINI, NAUKOWCZYNI, Andrea Beaty, David Roberts



Jak powszechnie wiadomo, w pewnym momencie swojego życia prawidłowo rozwijające się dziecko wkracza w taki rozkoszny etap, gdzie począwszy od samego rana, aż po wieczorne przytulasy przed spaniem, z ust malucha pada ogrom pytań. Jak, gdzie, kiedy, a dlaczego pojawiają się w różnych kontekstach i konfiguracjach. Po godzinie spędzonej na intensywnej interrogacji człowiek ma ochotę zamknąć się gdzieś, a już na pewno w sobie. Nie da się od tego uciec, nie da się z tym walczyć, jedyne wyjście to uzbroić się w dobrą encyklopedię, tudzież (w końcu era smartfona!) mieć pod ręką Wikipedię i po prostu przeczekać. Co jednak zrobić, gdy głód wiedzy nie przemija, a tylko rośnie w miarę jej zdobywania? Oczywiście, należy się cieszyć, w końcu stajemy w obliczu wielkiego geniuszu, a nawet mamy szansę stać się częścią jego sukcesu! O tym, jak wspaniałą sprawą jest nieposkromiona ciekawość u dziecka i do czego może ona doprowadzić, możemy dowiedzieć się z niesamowitej książeczki "Ada Bambini, naukowczyni".


Ada Maria Bambini jest małą dziewczynką, która zachłannie przyswaja sobie wiedzę, wpierw zadając pełno pytań, a gdy uzyskane odpowiedzi okazują się niewystarczające, jej ciekawość prowadzi do naukowego badania rzeczywistości, ku przerażeniu jej rodziny. Okazuje się bowiem, że efektem ubocznym empirycznego poznania świata są zniszczenia, jakich doświadczają przedmioty należące do domowników, a nawet... sam dom.

Mała Ada jest bohaterką idealną na miarę naszych czasów -  daje świetny przykład dziewczynkom, że nie są ograniczone do zabawy lalkami w dom, do tego, czego stereotypowo wymaga się ich płci, czyli do ładnego wyglądania, nie zadawania pytań i nie przeszkadzania dorosłym. Wręcz przeciwnie, powinny podążać za swoją ciekawością, gdziekolwiek miałaby ona je zaprowadzić; liczy się pasja, rozwijanie własnych zainteresowań, zdobywanie wiedzy. Nie na darmo główna bohaterka nazwana została po kobietach, których wkład w rozwój nauki jest nieoceniony: "Maria Skłodowska – Curie odkryła pierwiastki rad i polon i przyczyniła się do wynalezienia aparatów rentgenowskich. Ada Lovelace byłą matematyczką i pierwszą programistką komputerową", jak możemy przeczytać w posłowiu autorki.

Oczywiście, "Ada Bambini" to książeczka w takim samym stopniu skierowana do dziewczynek, jak i do chłopców, wszakże ciekawość świata jest cechą powszechną u wszystkich dzieci, niezależnie od ich płci. Dzięki Adzie mali czytelnicy  mają szansę wyrosnąć na ludzi wolnych od bezsensownych uprzedzeń, pewnych siebie i przyjmujących za pewnik, że mogą w życiu osiągnąć to, czego tylko zapragną, a jedyny warunek, jaki muszą spełnić, to włożyć w realizację swojego pragnienia odpowiednio dużo pracy.



Kolejną fantastyczną rzeczą, która podoba mi się w tej książeczce to fakt, że obserwujemy nie tylko rozwój głównej bohaterki, ale i jej rodziców. Jako kochający i mądrzy opiekunowie starają się wspierać swoje dziecko w odkrywaniu świata, jednak przychodzi w końcu taki moment, gdzie ich cierpliwość zostaje wystawiona na poważną próbę. Jak bardzo ta sytuacja znajduje potwierdzenie w rzeczywistości, wie o tym bardzo dobrze każdy rodzic. Autorzy jednak przychodzą nam w sukurs z małą podpowiedzią, co zrobić, by nie zwariować, a jednocześnie nieprzerwanie być podporą dla przyszłej/przyszłego zdobywczyni/zdobywcy nagrody Nobla. Gdy wydaje się już, że ani prośbą ani groźbą nie da się powstrzymać naukowych zapędów, które wszakże mają lekko destrukcyjny charakter, rodzicom pozostaje jedno wyjście: zakasać rękawy i... zmienić swój sposób myślenia. Nie bać się brudu czy porażki, ale współpracować z dzieckiem. Tylko zjednoczone siły rodzinne mają szansę na sukces: rodzice, którzy wraz z dzieckiem szukają odpowiedzi na nurtujące je pytania nie tylko dyskretnie mogą monitorować jego eksperymentalne zapędy i minimalizować ewentualne szkody, ale też dają mu odpowiednie wsparcie i bliskość, jakiego potrzebuje, aby w pełni móc zrealizować swój potencjał.

Na specjalną wzmiankę zasługuje rewelacyjna oprawa graficzna książeczki. Piękne kolorowe ilustracje zachęcają do sięgnięcia po nią i jednocześnie wspaniale uzupełniają rymowany tekst, pozwalając dziecku na śledzenie emocji udzielających się bohaterce i jej otoczeniu.


Warto zatem zaopatrzyć domową biblioteczkę w przygody małej Ady, niezależnie od płci i wieku małego czytelnika. Najbardziej skorzysta z nich zapewne dziecko w wieku przedszkolnym, ale jako zwolenniczka podsuwania książek od najmłodszych lat uważam, że i mniejszy maluch może spokojnie książeczkę sobie pooglądać, badawczo obejrzeć każdy obrazek, a potem także posłuchać o Adzie. Wszak czym skorupka za młodu nasiąknie... Dodam jeszcze, że "Ada Bambini" została bezwstydnie przetestowana na dziecku: po zakończonej lekturze obiekt badań zabrał się ochoczo do przeprowadzania rozmaitych eksperymentów na zabawkach, tak więc książeczka działa bez zarzutu.


W ofercie wydawnictwa, oprócz Ady Bambini, znajdziemy książeczki o dzieciakach obdarzonych równie interesującymi pasjami:




Ada Bambini, Naukowczyni, Andrea Beaty, ilustracje David Roberts, wydawnictwo Kinderkulka, 26 października 2017, tyt. oryg. Ada Twist, Scientist, przekład Łukasz Witczak, 32 strony

środa, 8 listopada 2017

IKIGAI, Ken Mogi


Zacznijmy od tego, że trwający obecnie trend na poradniki podpowiadające jak na przykładzie nawyków mieszkańców innego państwa osiągnąć szczęście, przez długi czas mnie nie ruszał. Jako mama dwóch małych ruchliwych dziewczynek, wiem, czego potrzebuję, aby osiągnąć ten rodzaj zadowolenia, o który się rozchodzi na kartach tych pięknie wydanych książek - jestem najszczęśliwsza, kiedy mam przy sobie moją rodzinę, a drugi taki moment następuje, kiedy wszyscy oni idą sobie grzecznie spać i mam czas dla siebie, który przeważnie i tak oznacza zaśnięcie nad książką, ale hej, przez pół godziny będzie hygge, czy inaczej nazywająca się filozofia, brzmiąca jak nazwa mebla rodem z Ikei. Zgódźmy się, że jestem raczej sceptycznie nastawiona do tego typu literatury, bo wierzę, że mówi ona z reguły o sprawach bardzo oczywistych, w bardzo specyficzny sposób - książki te zachwycają oprawą graficzną, wizualnie z pewnością dostarczają wielu pozytywnych wrażeń, jednak tutaj kończy się ich funkcjonalność, prędzej posłużą jako album do przeglądania niż wartościowe źródło informacji. Skąd więc u mnie zachwyt  książką, która teoretycznie wpisuje się w tę modę? Bo "Ikigai" jest czymś innym i wielka chwała mu za to.

Zanim przejdziemy do wyjaśnień, co to właściwie takiego, wyznam jeszcze, że nic mnie tak nie drażni jak forma, którą mają poradniki. Wstęp, w którym autor na pięćdziesięciu stronach przekonuje czytelnika jak cudowną książkę trzyma w rękach i jak bardzo pomoże mu ona zmienić życie, a potem kolejne rozdziały w których autor jakby zapomina o istnieniu wstępu i znowu tłumaczy czytelnikowi, że czytana właśnie książka zaraz, już za moment dokona rewolucji w jego życiu, a potem nie wiadomo kiedy pojawia się strona końcowa. Na szczęście w przypadku "Ikigai" nie ma z tym problemu, to nie jest standardowy poradnik, ale bardziej przewodnik po tej filozofii, "odkrywcza wyprawa" jak mówi sam autor, japoński neurobiolog wykładający w Tokyo Institute of Technology, i ma rację. Ta niewielka książeczka przedstawia jak w Japonii ikigai wcielane jest w życie i na czym ono polega.

Ikigai to wywodząca się właśnie z  Japonii filozofia opierająca się na pięciu filarach: zaczynanie od rzeczy małych, uwalnianie siebie, harmonia i trwanie, drobne przyjemności i tu i teraz. "Nie wykluczają się wzajemnie, nie wymagają wyrzeczeń, a jeden nie jest ważniejszy od drugiego. Są jednak nieodzowne dla zrozumienia ikigai.(...)"* Samo ikigai tłumaczy się jako "powód, dla którego chcesz wstać z łóżka", mnie zaś wstawanie przychodzi ciężko, więc po cichu liczyłam, że dowiem się, jak pokonać lenia porannego i zacznę wstawać bladym świtem rześka i szczęśliwa mimo przespania tylko kilku godzin. Oczywiście, niewiele się zmieniło pod tym względem, ale choć brutalna rzeczywistość każe mi porzucać ukochane leże, robię to trochę bardziej świadomie. Wiem, że zaraz wstawię wodę na herbatę, którą będę mogła się podelektować, może dodatkowo do pysznego śniadania dorzucę kostkę gorzkiej czekolady na osłodę, może nawet będą trzy kostki, ale z pewnością poprawi mi to nastrój. I wiem, że jutrzejszy poranek nie będzie gorszy, bo chociaż wstanę wcześniej niż reszta Polaków, to będę miała dodatkowe pół godziny na zrobienie gorącej czekolady, do której dorzucę pianki i bitą śmietanę. To jest ikigai. To, że od czasu do czasu coś napiszę i opublikuję na blogu też jest ikigai - bo robię coś dla siebie, coś co sprawia mi radość. Fajnie, jeśli znajdzie się ktoś, kto to doceni, ale liczy się przede wszystkim moje zadowolenie.

Ale mój ulubiony przykład na stosowanie ikigai na zdecydowanie większą skalę pochodzi właśnie z książki Kena Mogi i świadczy jednocześnie o tym, jaka ona jest cudowna. A mianowicie chodzi o cykliczną renowację świątyni Ise, jednej z najważniejszych instytucji religii shinto, uważanej za najświętszej miejsc kultu religijnego.
"Co dwadzieścia lat Wewnętrzne i Zewnętrzne chramy są ostrożnie rozbierane, po czym w nowym miejscu powstaje kolejny, dokładnie taki sam budynek, wznoszony ze świeżego drewna. Obecna siedziba pochodzi z 2013 roku, a kolejna odbudowa odbędzie się w 2033 roku. Zachowane świadectwa pokazują, że taka rekonstrukcja odbywa się przez ostatnich 1200 lat, a odstępstwa zdarzały się tylko wtedy, gdy toczyły się walki lub trwały niepokoje społeczne. Aby nowa świątynia była dokładnym odwzorowaniem poprzedniej, niezbędne są staranne przygotowania. Na przykład hinoki (cyprysik japoński) to drzewo, które trzeba sadzić z kilkudziesięcioletnim wyprzedzeniem, by wykorzystać bale podczas przebudowy. Żeby ich nie zabrakło, w całej Japonii znajdują się rezerwaty hinoki przeznaczonych na potrzeby świątyni. Niektóre bale muszą mieć określone wymiary, co zapewniają tylko drzewa rosnące ponad 200 lat.(...)"**
Jestem pod ogromnym wrażeniem - zachwyca mnie ta dokładność, dbanie o szczegóły, wybieganie tak bardzo w przyszłość z planowaniem, aby w następnym pokoleniu nie zabrakło odpowiednich budulców do odtworzenia świątyni. Zachwyca również sumienność i odpowiedzialność ludzi, którzy pracując w kompleksie świątynnym są częścią mechanizmu o przeszło tysiącletniej tradycji, dzięki któremu miejsce to trwa niezmiennie w harmonii od tylu wieków, wpisując się jednocześnie mocno w założenia ikigai. Jest to najbardziej imponujący przykład funkcjonowania tej filozofii w kulturze japońskiej, ale nie jedyny w książce. Takich smaczków jest zdecydowanie więcej i to pochodzących z różnych dziedzin życia, np. gastronomii, sumo czy ze środowiska fanów mangi i anime.

Brak nachalności typowej dla poradników, mnogość informacji na temat życia i kultury w Japonii, lekki i niespieszny ton, którym autor snuje swoją opowieść, stanowią o sile tej niewielkiej i dość niepozornej książeczki. Czy warto po nią sięgnąć? Nasze problemy po jej przeczytaniu nie przestaną magicznie istnieć i nie staniemy się z miejsca najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. Ale pomijając jej wartość edukacyjną, bo naprawdę można dzięki niej poznać odrobinę lepiej ten fascynujący kraj jakim jest Japonia, to myślę, że społeczeństwu, które ma status jednego z najbardziej długowiecznych na świecie, można okazać trochę zaufania.


Ikigai. Japońska sztuka szczęścia, Ken Mogi, wydawnictwo Wielka Litera, 11 października 2017, tyt. oryg. The Little Book of Ikigai, przekład: Małgorzata Maruszkin, 208 stron

Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Wielka Litera.


*   Ken Mogi, Ikigai, wy. Wielka Litera, str 7
** Tamże, str 117-118 

czwartek, 2 listopada 2017

NA CO POLOWAĆ W LISTOPADZIE? Subiektywny przegląd zapowiedzi książkowych.


Po wielkim boomie książkowym, jaki miał miejsce we wrześniu i październiku, gdzie stanowczo można było nabawić się oczopląsu od nadmiaru wspaniałych premier, listopad prezentuje się skromniej, ale wciąż atrakcyjnie na tyle, że nie jestem w stanie wybrać tylko kilku, a mam ich całą listę, zapisaną zresztą drobnym maczkiem. Zanim pokażę Wam, co mnie najbardziej zaciekawiło, powiem, co nie wzbudza we mnie żadnych uczuć pozytywnych, od czego będę trzymać się z daleka, a mianowicie od książek z motywem świątecznym - ta literatura "kobieca" gorszego sortu z zamyślonymi głęboko pięknymi paniami bądź męskie torsy, tyle że wchodząca w sezon prezentowo-choinkowy, romanse w akompaniamencie "Last Christmas" - brrrr, nie... Podziękuję także najnowszej książce Remigiusza Mroza, o czym by ona nie była, a także wytworowi Mrozopodobnemu, czyli "Komisarzowi" Pauliny Świst. I chociaż jestem tam całkiem aktywna, "Zostań gwiazdą Instagrama" prędzej posłużyłaby mi jako podstawka pod kubek z herbatą niż książka, którą mogłabym wziąć na poważnie.

Zatem niniejszym przedstawiam subiektywny wybór nowości książkowych ukazujących się w listopadzie, oto pozycje, które mam nadzieję prędzej niż później trafią na moje półki:)

Jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie książek w tym miesiącu zdecydowanie jest "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego, autora, którego bardzo sobie cenię - już 8.11.(W.A.B.). Intryguje również nowy John Green "Żółwie aż do końca" (22.11., Bukowy Las), chociaż w sumie bardziej z sympatii do autora, którego kanał na YouTubie regularnie oglądam. Obiecująco zapowiada się również nowy Salman Rushdie (21.11., Rebis), Stanisław Barańczak (29.11., Agora), a także dwie książki od Prószyński i S-ka, czyli "Przede wszystkim" V.Redel (7.11.) i "Zaufanie" H.James (23.11.). No i jeszcze Maciej Płaza "Robinson w Bolechowie" (22.11., W.A.B.).

Pora na kategorię łączoną, czyli literatura świąteczno-dziecięco-młodzieżowa. Jedyne książki o świętach, jakie jestem w stanie zaakceptować, przynajmniej w tym roku, to "Amelia Bedelia i Boże Narodzenie" Peggy Parish (23.11., W.Literackie) i "Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie" Charlesa Dickensa (6.11., Zysk i S-ka). Pięknie ilustrowane wydanie "Aksamitnego królika" Margery Williams (23.11.) i "Uprowadzenie Księcia Margaryny" Marka Twaina (9.11.) to propozycje od Prószyński i S-ka, natomiast od Media Rodzina pozycje, które mam na oku to cudowne ilustrowane wydanie "Fantastycznych Zwierząt i jak je znaleźć"(7.11.) oraz "Angara córka Bajkała"(30.10.)

Smakowitości z literatury faktu: od Wydawnictwa Literackiego "Pojutrze" Pauliny Wilk (8.11.) i "Białowieża. Szeptem" Anny Kamińskiej (8.11). "Dom pod biegunem" (6.11., Wydawnictwo Bezdroża), "1947. Świat zaczyna się teraz" (8.11., Wydawnictwo Poznańskie) i "Siedem lat w Tybecie"(20.11., Zysk i S-ka).

Ponieważ chętnie sięgam po wartościową kobiecą literaturę, z przyjemnością wpisuję na listę niniejsze pozycje: dwa słynne przemówienia dwóch znakomitych pisarek, czyli "Wszyscy powinniśmy być feministami" (13.11., Zysk i S-ka) i "Życie jest sztuką" (22.11., Media Rodzina), najnowszą książkę Sylwii Chutnik (8.11., W.A.B.), "Siostry. Niesamowita historia życia kobiet z rodziny Mitford" (30.11., Wydawnictwo Kobiece) i pierwszą powieść dla dorosłych Elizy Piotrowskiej, pisarki, tłumaczki i rysowniczki związanej do tej pory z literaturą dziecięcą (6.11., Media Rodzina).

Półka z fantastyką: na pierwszy ogień pójdzie nowa książka autora Marsjanina, której akcja również rozgrywa się w kosmosie, chociaż tym razem trochę bliżej, bo na Księżycu. Premiera "Artemis" 22.11. (Muza). Kusi Tolkien (21.11.), kusi Eddings (7.11.), obie książki nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Od 8.11. dostępny będzie "Azyl" Grzędowicza (Fabryka Słów), od  .11. pierwsza część "Dawcy Przysięgi" Sandersona (MAG), a od 27.11. "Mity skandynawskie" Rogera Lancelyna Greena (Zysk i S-ka).

Równie ciekawie zapowiada się w tym miesiącu sensacja. Nowa Shari Lapena (6.11., Zysk i S-ka), nowa Camilla Lackberg (8.11.) i "Dziewczyny z Roanoke" Amy Engel (22.11.), obie książki od wydawnictwa Czarna Owca. Premierę ma również kolejny tom z Williamem Wistingiem "Gdy morze ucichnie" (22.11., Smak Słowa), a także nowa książka Kathryn Croft "Tylko jedno kłamstwo" (8.11., Burda Książki). No i najnowsza książka Dmitra Glukhovskego "Tekst" (8.11., Insignis), w której autor odchodzi od fantastyki na rzecz thrillera.

Znaleźliście coś dla siebie? A może czekacie na jakiś ciekawy tytuł, którego nie uwzględniłam? Dajcie znać w komentarzach:)


czwartek, 26 października 2017

CZASAMI KŁAMIĘ, Alice Feeney


Książka Alice Feeney oparta jest na dość oryginalnym i pozornie prostym pomyśle. Oto młoda kobieta o imieniu Amber w wyniku wypadku trafia do szpitala w stanie śpiączki. Ponieważ jest zarazem bohaterką i narratorką, dowiadujemy się od niej, że gdzieś tam głęboko zachowana jest jej świadomość, kim jest i kim są ludzie ją odwiedzający. Niestety, Amber nie pamięta wydarzeń, które doprowadziły ją do szpitalnego łóżka, na podstawie rozmów, które do niej docierają, stara się dojść prawdy. Dość powiedzieć, że jedyne co kołacze jej się w głowie, to fakt, że jej małżeństwo przechodziło poważny kryzys, zaś jej ostatnim wspomnieniem jest kłótnia z mężem. Pierwszy wniosek, jaki jej się zatem nasuwa, jest taki, że to właśnie mąż usiłował ją zabić. Jaka jest prawda?

Ile prawdy, tyle kłamstw - ta sentencja świetnie podsumowuje wydarzenia, jakie mają miejsce w książce. Chociaż zaczyna się niepozornie, im dalej w las, tym bardziej zdezorientowany będzie czytelnik, na co bez wątpienia ma wpływ sposób, w jaki opowiedziana jest cała historia. Mamy bowiem podział na trzy perspektywy czasowe: przedtem, czyli wydarzenia z dzieciństwa bohaterki sprzed piętnastu lat, wtedy, czyli wydarzenia mające miejsce na tydzień przed wypadkiem oraz teraz, czyli pobyt w szpitalu. Gdy będziemy poznawać kolejne wątki i będziemy próbowali dopasować do siebie te fragmenty wiedzy, jakie zostaną nam ujawnione, warto mieć wciąż na uwadze słowa, które nie na darmo stanowią tytuł (a także w sumie spojler?) książki. Dość powiedzieć, że autorka w bardzo sprawny sposób odkrywa przed nami fakty, które rzucają nowe światło na bohaterów i zupełnie zmieniają sposób, w jaki ich postrzegamy, przy okazji wprawiając czytelników w stan osłupienia.

Jak już wspomniałam na samym początku, opowiadanie historii przez kobietę pozostającą w śpiączce jest ciekawym wyborem, który jednak wydaje się być ryzykowny. Trzeba bowiem sprawić, aby czytelnik uwierzył, że narratorka jest bezradna, zarówno wobec tego, co dzieje się wokół niej, a także wobec własnego ciała, które momentami wydaje się być najbardziej zdradliwe. Na szczęście autorce udaje się tego dokonać, a jednocześnie przez ten zabieg zapewnia swojej bohaterce na wstępie ogromny kredyt zaufania, kto bowiem nie współczułby człowiekowi będącemu na granicy życia i śmierci? Pomimo moich pozytywnych wrażeń mam jednak pewne zastrzeżenia. Owszem, lektura jest wciągająca i zaskakująca, ale jednocześnie wpisuje się w pewien trend, który każe autorom thrillerów/kryminałów/książek sensacyjnych tworzyć mało wiarygodnych bohaterów, począwszy od książki, od której wszystko się zaczęło, czyli "Zaginionej dziewczyny", a potem "Dziewczyny z pociągu", "Pary zza ściany" i innych. W tym aspekcie "Czasami kłamię" nie stara się nawet stwarzać żadnych pozorów, bowiem już sam tytuł krzyczy o tym z okładki, trudno więc oczekiwać czegoś innego. Oczywiście, wykonanie jest bardzo dobre, ale miło byłoby dodać do tego otoczkę większej tajemnicy, co wprawniejszy czytelnik może jednak przewidzieć, jakie asy w rękawie trzyma autorka. Szkoda również, że tło społeczne nie jest bardziej rozbudowane, a zamiast tego pojawia się leniwy stereotyp biedniejszej, patologicznej rodziny w zderzeniu z bogatą i sympatyczną, zwłaszcza, że moim zdaniem ma to dość spory wpływ na całą fabułę.

Myślę, że czytelnicy rozpoczynający swoją przygodę z thrillerami czy literaturą sensacyjną, a także ci bardziej zorientowani na literaturę obyczajową, będą zadowoleni z wrażeń podczas lektury, jak i po jej ukończeniu. Wytrawniejszy miłośnik książek z dreszczykiem może być usatysfakcjonowany przebiegiem akcji, traktując "Czasami kłamię" jako przyjemny przerywnik pomiędzy książkami o cięższym ładunku gatunkowym. Dobra i wciągająca rozrywka na jeden, dwa jesienno-zimowe wieczory.

Czasami kłamię, Alice Feeney, wyd.W.A.B., 8 listopada 2017, tyt. oryg. Sometimes I Lie, przekład: Agnieszka Walulik, 400 stron

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 24 października 2017

SPOTKANIA. OPOWIEŚĆ O WIERZE W CZŁOWIEKA, Marian Zembala w rozmowie z Dawidem Kubiatowskim


W kontekście pierwszego udanego przeszczepu serca jego sukces głównie kojarzony jest z profesorem Zbigniewem Religą, tymczasem był to efekt wytężonej i mozolnej pracy całego zespołu, co znakomicie ukazuje film Łukasza Palkowskiego z 2014 roku pt.: "Bogowie". Gdyby nie wkład i poświęcenie grupy lekarzy, którzy wierzyli w sens swoich działań i walczyli dzielnie z każdą rzucaną im przez los przeszkodą, dzisiejsza medycyna, a zwłaszcza transplantologia, nie dawałyby tylu możliwości i zapewne wielu ludzi nie dostałoby nigdy szansy na nowe życie dzięki operacjom, które dzisiaj są na porządku dziennym. Udział w tym przełomowym dokonaniu miał, obok wspomnianego już  Zbigniewa Religii i Andrzeja Bochenka, właśnie profesor Marian Zembala, rozmówca Dawida Kubiatowskiego w wywiadzie-rzece "Spotkania. Opowieść o wierze w człowieka".

Słynny kardiochirurg, były Minister Zdrowia, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca, pionier polskiej transplantologii, który jako pierwszy w kraju przeszczepił płuco-serce - profesor jest niezwykle zasłużonym człowiekiem, który pomimo osiągniętych sukcesów twardo stąpa po ziemi. Naturalnie, większość wywiadu poświęcona jest tematowi medycyny i jest to całkowicie zrozumiałe, biorąc pod uwagę dokonania profesora w tej dziedzinie i emocjonującą historię, której stał się częścią, gdy podjął współpracę z prof. Religą. Przede wszystkim mamy szansę dowiedzieć się, jak wyglądały pierwsze przełomowe transplantacje serca z perspektywy profesora Zembali, którego aktywny wkład jest naprawdę nieoceniony. Profesor wspomina także pobyt w Holandii, gdzie zdobywał szlify w zawodzie kardiochirurga ucząc się u boku najsłynniejszych lekarzy w tej dziedzinie, rozwój zabrzańskiego centrum kardiochirurgii, swoją polityczną karierę, ale wypowiada także na bardzo ważne tematy, takie jak etos pracy lekarza, stosunek do chorych, eutanazja, homoseksualizm, religia. W wywiadzie spory jego fragment poświęcony jest filmowi "Bogowie", przy powstawaniu którego profesor miał swój znaczący udział jako konsultant, a który to film pokazuje z jak wielkim wyzwaniem lekarze mieli do czynienia i jak wielka była ich determinacja, aby ich działania zwieńczone były sukcesem. Ale rozmowa nie skupia się tylko na tych aspektach życia profesora, sporo miejsca poświęconego jest jego rodzinie, której jest oddany i która, wraz z pasją do sztuki i sportu, stała się odskocznią od nieodłącznego stresu, jaki idzie w parze z karierą.

Cały wywiad czyta się przyjemnie, jest to bardzo satysfakcjonująca lektura. Profesor jest skromnym i spokojnym, inteligentnym człowiekiem, co czuć wyraźnie w wyczerpujących wypowiedziach, jakich udziela na pytania rozmawiającego z nim Dawida Kubiatowskiego. Z całej zaś rozmowy wyłania się obraz niesamowicie inteligentnego, ciepłego i pełnego pokory mężczyzny, który bagażem doświadczeń mógłby obdarzyć spokojnie kilka osób i tym samym motywuje do bycia aktywnym człowiekiem i do większej wiary we własne możliwości. I może wydawałoby się, że dialog o meandrach medycyny i polityki nie będzie wystarczająco pociągający dla przeciętnego czytelnika, jednak okazuje się, że jest inaczej, książka jest bardzo interesująca, porusza wiele ciekawych kwestii. Widać, że pytający jest dobrze przygotowany, bardzo dobrze orientuje się w biografii lekarza i wie, jak pokierować rozmową, aby uzyskać interesujące go odpowiedzi i zachować spójność wywodu, który podzielony jest na kilka rozdziałów, każdy zaś poświęcony jest innemu tematowi. Moja jedyna uwaga dotyczy powtórzeń tych samych nazwisk, sytuacji, które profesor przywołuje w kilku różnych fragmentach, co nadaje odrobinę nienaturalny ton, a co prawdopodobnie jest zwykłym przeoczeniem ze strony redakcji.

Wywiad z profesorem jest prawdziwą lekcją pokory wobec życia, losu i wobec ludzi, od których możemy się wiele nauczyć, jeśli tylko schowamy własne ego do kieszeni. Mam nadzieję, że nie jest to wartość zdewaluowana, chociaż dzisiaj często zdarza nam się zapominać, że nie jesteśmy tak wyjątkowi jak nam się wydaje i często przeceniamy własne możliwości, nie dając dojść do głosu autorytetom, których też coraz mniej z pokolenia na pokolenie. Warto sięgnąć po rozmowę z profesorem Zembalą, aby przekonać się, że kluczem do osiągnięcia sukcesu jest nie tylko talent, ale i ciężka praca, a także świadomość, że w każdej sytuacji ma się wsparcie najbliższych. Polecam tę książkę uwadze każdego, kto chce dowiedzieć się czegoś o najnowszej historii medycyny w Polsce i jednocześnie poznać niesamowitą postać, jaką jest profesor Marian Zembala, prawdziwy lekarz z powołania, humanista, człowiek pełen empatii. Naprawdę szkoda, że są to cechy coraz rzadziej spotykane, nie tylko u lekarzy, ale i w całym naszym społeczeństwie. Jest to z pewnością osoba, która może się stać autorytetem każdego z nas.

Spotkania. Opowieść o wierze w człowieka, Marian Zembala w rozmowie z Dawidem Kubiatowskim, wyd. editio, 27 września 2017, 376 stron
Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu editio.

czwartek, 19 października 2017

DUCHY JEREMIEGO, Robert Rient


Trudny to temat, przemijanie. Człowiek nie lubi myśleć o nim, spycha gdzieś w głąb umysłu, chowa po kątach i nie chce do niego wracać. Co szczęśliwsi żyją beztrosko, jakby opcja wyjścia z tego świata ich nie dotyczyła. Ale TO jest, TO czeka i jest bardzo sprawiedliwe, bo nikomu nie przepuści. Nie da się nikomu wykpić na ładne oczy. Czasami do człowieka dotrze ta prawda, kopnie go w tą przysłowiową twarz, aż mu zadzwoni w uszach. Że to ja. Że może nie kiedyś. Że może jutro. Że może zaraz. I otwiera się taka czarna dziura w głowie i człowiek w nią wpada, i leci, i leci, i wie, że dolecieć nie może. Myśleć o tym trudno, ale chyba jeszcze trudniej jest pisać o umieraniu tak, aby nie wyszła z tego patetyczna opowieść, bo to temat niebezpieczny i łatwo jest sprowadzić wszystko do laurki dla odchodzących, a można przecież inaczej. I "Duchy Jeremiego" właśnie są tym czymś innym.

Tytułowy Jeremi jest dwunastolatkiem wychowywanym samotnie przez matkę, ojciec dawno temu znikł z pola widzenia i słyszenia. Rodzina Jeremiego jest niewielka: matka, lekko zwariowana ciotka, dziadek z "alshajmerem" i rak matki. Jakby mało tutaj jeszcze było bólu, to dodatkowo okazuje się, że dziadek za młodu został zesłany na Syberię, babka straciła całą rodzinę w obozie koncentracyjnym, po czym po kilku dekadach popełniła samobójstwo, bo mówiły do niej duchy, a sam Jeremi dowiaduje się, że jest Żydem. Nie, zdecydowanie nie jest to optymistyczna książka. Wydawać by się mogło, że autor wybrał najbardziej traumatyczne przeżycia jakie mogą trafić się człowiekowi na przestrzeni życia i wrzucił je do jednego worka, aby sprawdzić co się stanie po ich wymieszaniu, ale o dziwo, to wszystko łączy się w zgrabną całość. Mało tego, taki zabieg sprawia, że można odczytywać tę historię na różne sposoby. Nie jest już tylko opowieścią o bolesnym, brutalnie wymuszonym przez rzeczywistość przejściu z beztroskiego dzieciństwa w dorosłość, to nie tylko ta pierwszoplanowa relacja i cierpienie człowieka opuszczanego z człowiekiem odchodzącym. To również historia o odnajdywaniu siły do przeżycia w niesprzyjających ku temu okolicznościach i to nie tylko na przykładzie Jeremiego, ale i tego dziadka, w którego duszy wciąż po wielu latach wieją mroźne Syberyjskie wichry, pani Marii, która, mając w pamięci pobyt w obozie koncentracyjnym, "uważa, że śmierć jest zarezerwowana dla wszystkich", babki Elizy, która uległa nawiedzającym ją głosom.

W "Duchach Jeremiego" pojawia się motyw drugiej wojny światowej, ale podobnie jak ma to miejsce w "Dygocie" czy "Rdzy" Jakuba Małeckiego, jest to Wielka Historia, która toczy się gdzieś w tle, a na pierwszy plan wysuwają się ludzie, których życie w efekcie ulega nieodwracalnej zmianie i nie tylko oni pozostają na zawsze okaleczeni psychicznie, odbija się ona również cieniem na następnych pokoleniach, co widać na przykładzie rodziny Jeremiego, czyli kolejno jego dziadka, matki i ciotki. Mam wrażenie, że stawiając nieprzemijający ból wywołany przez wojnę obok tego, który staje się pokłosiem nieuleczalnych chorób, autor skłania nas w pewien sposób do zastanowienia się, czym jest cierpienie, czy da się określić, kto cierpi bardziej. Czy ból wojennych doświadczeń jest wart więcej od bólu kobiety, która musi bólowi wywołanemu przez wyniszczającą ją chorobę nadać pozory normalności w imię dobra dziecka, które i tak musi pozostawić osierocone na pastwę losu? Jaki jest sens w cierpieniu? Czy uszlachetnia, tak jak przyjęło się mówić, czy to tylko frazes, oferowany tym, którzy zostają doświadczeni przez los? Stawiający sobie te pytania dwunastolatek nie różni się niczym od dorosłego, który mógłby się znaleźć na jego miejscu, i jeden, i drugi poczuje tę samą bezradność wobec wydarzeń, na które wpływu mieć nie może.

To nie jest łatwa książka. Chociaż narracja prowadzona jest z perspektywy dziecka i czuć w niej tę ujmującą naiwność i typową dla dzieci beztroskę, i chociaż od pierwszych stron czytelnik zostaje wciągnięty w wir opowieści, ciężar jaki ona niesie z sobą czuć jeszcze długo po jej ukończeniu. Nie będę zaprzeczać, jestem pod ogromnym wrażeniem; to była jedna z tych książek, gdzie widząc, że zostało już 40, 30, 20 stron do końca człowiek ma ochotę przestać czytać, chociaż wie, że czytać nie przestanie, bo nie ma takiej siły, która by go do tego zmusiła. To taka książka, w której moje myśli okazywały się być myślami bohatera. Moje lęki i wątpliwości pojawiały się na kartach książki, na pytania, których nigdy nie zdecydowałam się nikomu zadać, zostały udzielone odpowiedzi. Odbieram ją bardzo emocjonalnie, ale jednocześnie nie sądzę, aby to była tania emocjonalność. Nie czuję się zmanipulowana przez autora, ale nie odmawiam mu zręczności w prowadzeniu historii, poskładanie elementów takich jak wojna, dziecko i rak w tak piękną, ale jednocześnie wolną od patosu opowieść wymaga wielkiej wprawy i delikatności, i właśnie to czuć podczas czytania.

I na sam koniec mój ulubiony cytat, bez mała trafiony w dziesiątkę:

Jak odprowadziliśmy krowy do ich domu i wróciliśmy do naszego, to kuchnia i pokój były już wysprzątane, nawet dwa okna pani Maria umyła.
- Pani to musi lubić sprzątać.
- Nigdy nie mów do kobiety, że lubi sprzątać.
Duchy Jeremiego, Robert Rient, wyd. Wielka Litera, data wydania: 27 września 2017, 294 strony

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.


niedziela, 15 października 2017

CELIBAT, Marcin Wójcik


W Polsce jest około 31 tysięcy księży katolickich- diecezjalnych i zakonnych. Profesor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu Józef Baniak prowadził badania wśród duchownych, w sumie przebadał ponad tysiąc osób. Wyszło mu, że:
- 60% procent księży jest lub było w związku z kobietami
- 53,7% księży chciałoby mieć własne rodziny
- 68% z tych, którzy odeszli ze stanu duchownego, porzuciło kapłaństwo z powodu celibatu
- 78% byłych księży chciałoby być nadal księżmi, będąc jednocześnie żonatymi
- 77% dorosłych i 83 % młodzieży jest przeciwnych celibatowi

Celibat obowiązujący kapłanów Kościoła rzymskokatolickiego od dawna budzi wiele emocji. Główny argument zwolenników zniesienia tej praktyki jest paradoksalnie tym samym, którego używają ich przeciwnicy: wyrzeczenie się przez księży swojej cielesności poprzez wstrzemięźliwość seksualną i rezygnację z wchodzenia w związki małżeńskie staje się barierą oddzielającą ich od reszty społeczeństwa. Tam, gdzie ci pierwsi widzą problem w postaci braku płaszczyzny porozumienia wobec dylematów życia codziennego wiernych -  bezżenni księża wszakże mają być przewodnikami rodziny, gdzie ich brak wiarygodności przejawia się np. w momencie prowadzenia nauk przedmałżeńskich - ci drudzy zaś mówią o roli nadanej przez samego Boga i jedynej słusznej ofierze składanej Mu przez Jego sługę, jaką ma być czystość duchowa i cielesna. Jak w praktyce przedstawia się stosowanie do tej zasady, możemy przekonać się dzięki jednej z najgłośniejszych premier tej jesieni, poruszającej ten mocno kontrowersyjny i jednocześnie dość popularny w naszym kraju temat.

 "Celibat" Marcina Wójcika jest zbiorem rozmów przeprowadzonych przez autora na temat sensu stosowania się do tej zasady z osobami, których dotyczy ona bezpośrednio, czyli z księżmi, aczkolwiek autor udziela głosu również osobom, które pozostają bądź pozostawały w związku z osobą duchowną, jest tu miejsce również dla byłych duchownych. Wyjątkiem w formie jest rozdział poświęcony seminarium duchownemu, który ma formę dziennika prowadzonego przez kandydatów na księży, dzielących się swoimi obserwacjami i wątpliwościami. Sam autor ma wiele doświadczenia w tym temacie z racji kilku lat spędzonych w seminarium duchowym, gdzie jednak nie zdecydował się na przyjęcie święceń. Absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, były dziennikarz "Gościa Niedzielnego", obecnie związany z "Dużym Formatem", ma na koncie już jedną książkę, wokół której również towarzyszyło wiele kontrowersji, a mianowicie "W rodzinie ojca mego", reportaż, który podejmował próbę wniknięcia i poznania otoczenia związanego z ojcem Rydzykiem i jego medialnym imperium.

Równie dobrze podtytuł na okładce mógłby brzmieć "Sekretne życie księży", bowiem rozważania bohaterów stają się pretekstem do opowieści o tym, co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami plebanii i do czego naprawdę skłonni są ludzie, którzy ją zamieszkują. Okazuje się, że obłuda towarzyszy duchownym już od samego początku kariery, jeszcze podczas nauki w seminarium, gdzie obok poważnej indoktrynacji przechodzą prawdziwą szkołę życia. Adoracja przez kolegów i księży na wyższych stanowiskach, napaści na tle seksualnym z pewnością otwierają oczy wielu i są źródłem zwątpienia, a nawet rezygnacji ze wstąpienia do duchowieństwa. Są tacy, którzy z wyrachowaniem zgadzają się na wszystko lub przymykają oczy na to, co dzieje się obok nich, mając na względzie dostatnią i bezpieczną finansowo przyszłość. Przyszłość duszpasterza, w której główne miejsce zajmują: alkoholizm, napastowanie, korupcja, chciwość, pedofilia. Kościół zamiatający pod dywan molestowanie dzieci, Kościół płacący po cichu alimenty na nieślubne dzieci. Obłuda wydaje się być wpisana w pełnioną przezeń funkcję. Owszem, zdarzają się prawdziwi księża z powołania, dla których wyrzeczenia w imię Boga są ciężarem znoszonym z pokorą, a swoje życie mimo obecnej w nim samotności i smutku z niej płynącego, starają przeżyć z godnością i w zgodzie z własnym sumieniem, jednak wydają się występować w zdecydowanej mniejszości.
Kiedy trafiłem do parafii, wiedziałem, że proboszcz był wcześniej związany z biskupem pomocniczym. Związek nie trwał długo (...)
Planowaliśmy orgietki przy śniadaniu. Wystarczyło, że któryś powiedział: "Co dziś pijemy?". To był taki kod. Jak się rozebraliśmy po "Wiadomościach", to cały wieczór chodziliśmy bez majtek - do kuchni po jedzenie, do piwniczki po napoje. Bywało, że ktoś z parafian zadzwonił na domofon, chciał coś załatwić w kancelarii. Nie otwieraliśmy.
Kto powinien przeczytać "Celibat"? Łatwiej jest określić, kto raczej nie powinien tego robić. Mimo świadomości niektórych zachowań księży, o których słyszy się raz za razem w mediach, lektura może zaszokować czytelnika, wprawić go w niesmak i zażenowanie. Jeśli będzie nim osoba mocno związana z Kościołem, o głębokiej wierze, może jej być trudno pogodzić się z przedstawionymi tu wyznaniami i historiami, i należy być tego świadomym przed sięgnięciem po książkę Wójcika. Natomiast każdy, kogo intryguje co dzieje się, gdy za wiernymi zamykają się drzwi i kapłani zostają sami, z pewnością nie zawiedzie się reportażem Marcina Wójcika. Jest to pozycja wartościowa,  przekraczająca jednocześnie wiele tabu, ale pozwalająca spojrzeć z trochę innej strony na księży, na ich życie wewnętrzne, motywacje, które nimi kierują. Uświadamia, że mimo całej sakralności pełnionej przezeń funkcji, po drugiej stronie stoi tylko człowiek, nieidealny, mające te same słabości i odczuwający te same pokusy jak ci, którym ma zapewnić duchowe przewodnictwo. I chociaż w wielu przypadkach dochodzi do bulwersujących zachowań i poważnych nadużyć, nie można nie współczuć mężczyźnie, który przechodzi przez życie tęskniąc za tym, co dla innych jest tak naturalne i na wyciągnięcie ręki, a jemu pozostaje tylko rola biernego obserwatora i nieustająca samotność, której czasami nawet sam Bóg nie jest w stanie wyleczyć.


Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu, Marcin Wójcik, wyd. Agora, data wydania: 13 września 2017, 304 strony

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Agora.

wtorek, 10 października 2017

BUNTOWNICZA MŁODOŚĆ, C.D.Payne


Koniec XVIII wieku przyniósł światu nieszczęśliwie zakochanego romantyka, który wobec nieodwzajemnionej miłości popełnił samobójstwo. "Cierpienia młodego Wertera" prawie z miejsca stały się dziełem popularnym w swoich czasach, a młodzi mężczyźni chętnie naśladowali tytułowego bohatera, począwszy od kopiowania jego stylu ubierania, na... samobójstwie skończywszy. Przenieśmy się dwieście lat do przodu. Stany Zjednoczone, rok 1993. Wydana została "Buntownicza młodość. Dziennik Nicka Twispa", a młodzi ludzie ponownie znaleźli bohatera na miarę swoich czasów, z którym mogli się swobodnie identyfikować. Książka okazała się tak popularna, że powstały kolejne części przygód nieszczęsnego nastolatka,a w 2009 roku powstała filmowa adaptacja. I tu sprecyzujmy, że popularność ta ograniczała się jedynie do USA. W Polsce dopiero od czerwca tego roku możemy cieszyć się tłumaczeniem pierwszego tomu. Czy ponad dwadzieścia lat jakie upłynęło od napisania powieści nie wpłynęło jednak na jej odbiór przez współczesnego czytelnika?

Kim jest główny bohater? To zdecydowanie bardzo specyficzna postać, podobnie zresztą jak nietypowy jest charakter samej książki. Nick Twisp jest czternastoletnim chłopcem, o ponad przeciętnej inteligencji i dość przeciętnych, jak na ten wiek, zainteresowaniach. Życie Nicka prawie dosłownie podporządkowane jest jednemu tylko celowi: utracie dziewictwa. Hormony buzują w młodym ciele, dokoła pełno bodźców, jak choćby w postaci coraz to młodszych dziewczyn jego ojca, a Nick popada w obsesję na punkcie seksu. Kontakty nastolatka z płcią przeciwną dość skutecznie, ku jego wielkiej zgrozie, utrudniają geniusz chłopaka i typowe dla okresu pokwitania wykwity skórne. Kiedy więc spotyka na swojej drodze dziewczynę, dorodną przedstawicielkę płci pięknej, równie, a może nawet bardziej inteligentną, która nie tylko nie ucieka na jego widok, ale wydaje się odwzajemniać zainteresowanie chłopaka, wydawać by się mogło, że oto nastąpi kres jego zgryzot i odtąd jego życie będzie już tylko lepsze. Otóż nic bardziej mylnego, bowiem los piętrzy trudności przed rozkochanym Nickiem, piętrzy je również sam obiekt uczuć, dziewczyna nie czuje się bowiem jeszcze gotowa na związek i stawia chłopakowi pewne wymogi do spełnienia, na które ten ochoczo przystaje, dowodząc, że zakochanie i rozsądek nie idą w parze.

Utrzymana w formie dziennika prowadzonego przez głównego bohatera i narratora, książka odwołuje się do tradycji powieści łotrzykowskich i spełnia wszystkie wymogi tej odmiany gatunkowej.  Jest więc wywodzący się z mieszczańskich nizin społecznych bohater, który nie czuje przynależności do miejsca swojego pochodzenia, a wręcz je odrzuca i nim gardzi, podobnie jak i ludźmi, którzy go otaczają, jedynym wyjątkiem jest tutaj jego przyjaciel Lewus, który usiłuje mu dotrzymać kroku w szalonych pomysłach. Pierwsze i od razu ciężkie boje Nick stacza z rodzicami, będącymi po rozwodzie egoistami, którzy przerzucają się odpowiedzialnością za coraz to gorsze wybryki syna. Matka, od wychowywania syna - starsza córka dawno uciekła z domu - woli orbitowanie wokół kolejnych partnerów, z których zdaniem liczy się bardziej niż z własnym synem. Ojciec, niespełniony pisarz, dusigrosz, zmienia dziewczyny na coraz młodsze, a winę i frustrację za nieudane życie zrzuca na Bogu ducha winnego syna. Ciężko więc dziwić się młodemu bohaterowi, który, obdarzony dużą dozą sprytu i fantazji, nie chce się pogodzić z tak niewesołą rzeczywistością i pakuje się w coraz to nowe tarapaty, zdawałoby się testując wytrzymałość wszystkich dookoła. Robi to w zawrotnym tempie, zupełnie nie zważając na konsekwencje i z każdą przygodą niebezpiecznie zbliżając się do momentu, gdy w końcu posunie się za daleko i złamie prawo.

Czytając "Buntowniczą młodość", nie sposób nie czuć lekkiego niesmaku, bowiem autor nie szczędzi czytelnikom opisów masturbacji, obrazowo prezentuje kolejne stadia rozwoju pryszczy, dużo miejsca poświęca, co jest dość zrozumiałe, bo przecież mowa o sfrustrowanych seksualnie młodych mężczyznach, członkom - tu palmę pierwszeństwa trzyma najlepszy przyjaciel Nicka, Lewus, obdarzony dość specyficznym przyrodzeniem, co staje się punktem wyjścia wielu perypetii. Chociaż pisarz przekracza tę subtelną granicę dobrego smaku, jest to zabieg celowy. To pewnego rodzaju wyzwanie w stronę odbiorców, pytanie, czy będą pruderyjni i będą się oburzać, że nastolatek jest wulgarny i niewyżyty, i myśli tylko o jednym, czy też popatrzą trochę głębiej, przyjrzą się dokładniej i dostrzegą to wszystko, co się dzieje wokół niego. Czy dostrzegą brak oparcia w rodzicach, brak wzorca, jakim mógłby się kierować, brak bezpiecznego domu, absurdalne mechanizmy rządzące szkolnym systemem, socjopatów i pedofili, którzy przyczajeni czekają, aby zrobić ruch, media, które żerują na ludzkich nieszczęściach, ale poświęcają im czas dopóty, dopóki na horyzoncie nie pojawi się kolejny dramat, na którym można zarobić. Payne zwraca nam na to wszystko uwagę, robi to poprzez właśnie tego pryszczatego młodzieńca i jego inteligentne, skrzące się od humoru i ironii, uwagi.

A zatem, czy "Buntownicza młodość" przetrwała upływ dwóch dekad? Czy współczesna młodzież odnajdzie się w tej szalonej, ironicznie dowcipnej książce? Soczysty język, bezpośredniość w mówieniu o seksie i wulgarność przyćmią z pewnością niejeden cukierkowaty romans o mdłych bohaterach i nieskomplikowanej fabule, jakie ostatnimi czasy szturmują listy bestsellerów. Warto zaznaczyć, że właśnie przez wzgląd na te cechy jest to lektura odpowiednia jednak dla osób powyżej szesnastego roku życia, a nawet całkiem dorosłych. Czytelnik sięgający po nią musi być także świadomy, że prezentuje ona dość specyficzne poczucie humoru i często usiłuje zawstydzić bądź zaszokować - jednak obserwacje świata czynione przez bohatera, krytyka otaczającej go rodziny, nauczycieli i ludzi, z którymi wchodzi nieszczęśliwie w interakcje, są fenomenalnie uszczypliwe i bardzo trafne, i stanowią sens książki Payne'a. I chociaż Nick Twisp złapałby się za głowę, gdyby zobaczył dzisiejszą technologię, to sam proces dojrzewania nie zmienił się zbytnio w ciągu tych dwudziestu lat, ciałami nastolatków wciąż niepodzielnie rządzą rozbuchane hormony, więc niejeden chłopak, niejedna dziewczyna będzie mogła dostrzec w zmaganiach Twispa z życiem odrobinę siebie.

Buntownicza młodość. Dziennik Nicka Twispa, C.D.Payne, wyd. Stara Szkoła, czerwiec 2017, tyt. oryg. Youth in Revolt, przekład: Mirosław Śmigielski, 302 strony

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła.