czwartek, 7 czerwca 2018

NATURALNA KOLEJ RZECZY, Charlotte Wood



O tym, że niektóre książki na wyrost i na siłę przyrównywane są do tytułów o klasę lepszych, czytelnicy wiedzą dobrze. O rekomendacjach innych autorów nawet nie wspominam (Stephen King ma tutaj sporo na sumieniu). I tak niestety ma się sytuacja z "Naturalną koleją rzeczy", książką, która sama w sobie nie jest zła, rewelacyjna też na pewno nie, ale gdy czytelnika mami się obietnicą, że jest to współczesna "Opowieść podręcznej" i wprowadza się go w błąd obiecując dystopię, to niestety, ale książce mocno się obrywa, ponieważ nie spełnia tych wymagań. A nie jest ona w stanie tego zrobić - zwyczajnie nie jest to pozycja o cechach dystopii ani nie wpisuje się w nurt literatury feministycznej tak jak wspomniane dzieło Margaret Atwood. Czym zatem jest książka Charlotte Wood? 

Jej bohaterkami, i owszem, są młode kobiety, które wybudzają się z wywołanego narkotykami snu, ku swojemu zaskoczeniu, w głębokiej głuszy, australijskiej, bo właśnie w Australii ma miejsce akcja książki. Okazuje się, że są one w niewoli, a przebywają na terenie czegoś, co przypomina opuszczoną farmę, gdzie kontrolę nad nimi sprawują najemnicy w postaci dwóch mężczyzn i kobiety. Dziewczynom ogolone zostają głowy, za ubranie służą im staromodne, niewygodne uniformy, noce spędzają w ciasnych, brudnych boksach, w których niegdyś trzymano zwierzęta. Dnie wypełnia im ciężka fizyczna praca, polegająca na układaniu ciężkich, betonowych bloków na drodze, którą już wkrótce, już zaraz, przyjechać ma tajemniczy Hardings. Szanse na ucieczkę są niewielkie - ogromny teren gęstego lasu, w środku którego znajduje się farma, otoczony jest metalowym płotem pod napięciem. Wbrew zapewnieniom strażników, Hardings wciąż nie przybywa, a zapasy żywności kurczą się z każdym dniem...

Jest kilka ciekawych rzeczy w książce Wood. Pierwszą jest zdecydowanie pomysł, aby bohaterkami w niewoli uczynić dziewczyny, kobiety, które znane są opinii publicznej, ponieważ każda z nich miała swoje niechlubne pięć minut jako uczestniczka seks-skandalu. Jedna była ofiarą zbiorowego gwałtu, inna została molestowana przez księdza, jeszcze inna wdała się w romans z wysoko postawionym politykiem. Wszystkie trafiły na pierwsze strony gazet, niezależnie od tego, jak bardzo je skrzywdzono, zostały napiętnowane przez społeczeństwo i stały się naznaczone przez to, co je spotkało. Jako niewygodne dla innych, bo będące dowodem czyjegoś grzechu, zostały skazane na izolację i pobyt w interiorze. Szkoda, że autorka nie zdecydowała się rozwinąć tego wątku; był on faktycznie pretekstem do opowiedzenia większej historii o losie kobiet na świecie, został on jednak potraktowany po macoszemu i już gdzieś od połowy coraz go mniej - chociaż nawiązanie do uciemiężonej, niewygodnej kobiecości pojawia się pod nieco inną postacią, o czym już zaraz.

Mocnym atutem powieści jest ta wszechobecna dzikość, z którą nie można walczyć, która przenika na wskroś i budzi pierwotne instynkty w ludziach skazanych na własne towarzystwo, a jak z czasem się okaże, także i na własne siły, aby przetrwać. Układ sił: oprawca-ofiara, czyli strażnik kontra więźniarka, z czasem ulegnie odwróceniu. Władza przypadnie temu, kto wykaże się większą odpornością, komu łatwiej przyjdzie się przystosować do otoczenia. A ono będzie wymagało porzucenia dotychczasowych nawyków i zahamowań, i odnalezienia w sobie zupełnie pierwotnych instynktów. Tak pierwotnych jak zastawianie sideł na króliki, których pełno w okolicznych lasach i na polach. I te oto króliki pojawiają się jako symbol. Te małe futrzaste gryzonie, które przecież są plagą nękającą Australię, a w obronie przed nimi postawiono ogromny, długi i koszmarnie kosztowny płot - który oczywiście okazał się pomysłem chybionym - są oczywistym symbolem płodności. Trudno tutaj nie dostrzec tej analogii, oczywiście, gdy zna się znaczenie tych zwierząt dla Australijczyków. Te pohańbione kobiety to obiekty seksualne, płodne, bezwolne, a zarazem źródło pokus, które trzeba usunąć z pola widzenia, podobnie jak króliki zamknąć, aby nie rozprzestrzeniały się wśród "normalnych" ludzi - to właśnie sugeruje istnienie tego książkowego płotu.

Tak więc jest to jak najbardziej książka o kobiecości, jej sile, o tym co wiąże się z byciem kobietą. O poszukiwaniu siły wewnątrz siebie, wyzwoleniu jej wbrew przeciwnościom. Czy ukazuje dramatyczne konsekwencje wynikające z walki płci jak miało to miejsce w "Opowieści podręcznej"? Nie sądzę, aby to właśnie miało miejsce u Charlotte Wood. Jej książka nie jest globalną przestrogą jak miało to miejsce u Atwood, walka kobiety w "Naturalnej kolei rzeczy" jest jednak zbyt indywidualna, odnosi się bardziej do jednostki niż do całego gatunku ludzkiego. Gdyby któraś z tych dwóch książek miała służyć jako podręcznik dla mężczyzn w celu przyswojenia sobie profeministycznych wartości, z pewnością nie byłaby to książka Wood. Sytuacja, w jakiej znajdują się bohaterki, jest zbyt niejednoznaczna, nie mamy wiedzy o tym co naprawdę uważa reszta populacji, obserwujemy tylko grupę ludzi. Nawet reminiscencje bohaterek ukazujące wydarzenia sprzed uwięzienia nie mówią nam zbyt wiele na ten temat.

Jak już wspomniałam na początku, nie uważam, aby była to zła książka. Oferuje kilka ciekawych pomysłów, napisana jest w sposób interesujący, aczkolwiek miejscami nierówny. Zdarzają się prawie poetyckie fragmenty, które są w stanie urzec, język autorki traci jednak zbyt często swoją urokliwość na rzecz ordynarności. Również absurdalność (i obrzydliwość) niektórych wątków wydaje się nie mieć uzasadnienia dla fabuły i może razić. Wydaje mi się jednak, że gdyby pozwolono czytelnikowi podejść do tego tytułu bez narzuconych z góry oczekiwań, dałoby się znieść nawet i te niedociągnięcia, wystarczyłoby dać czytającemu swobodnie zinterpretować książkę bazując na jego własnych skojarzeniach.


Naturalna kolej rzeczy, Charlotte Wood, Wyd. Kobiece, 13 kwietnia 2018r., tyt. oryg. The Natural Way of Things, przekład: Daria Kuczyńska-Szymala, 288 stron

poniedziałek, 4 czerwca 2018

AMY I ISABELLE, Elizabeth Strout



Amy i Isabelle, matkę i córkę mieszkające w Nowej Anglii w niewielkiej miejscowości noszącej wdzięczną nazwę Shirley Falls, łączy skomplikowana relacja. Od zawsze tylko we dwie, nie wyobrażają sobie życia jedna bez drugiej, kochają się i potrzebują. Sekret z jakim od lat żyje Isabelle, a mianowicie posiadanie dziecka z nieprawego łoża, izoluje ją nie tylko od innych ludzi, ale przede wszystkim od własnej córki, której trudno jest zrozumieć jej zachowanie, nie znając jego przyczyny. Skrywane żale i niedopowiedzenia tworzą jednak między nimi dystans, który wydaje się przeszkodą nie do pokonania, nie pomaga również, że nie potrafią okazać sobie ciepła i miłości, najprostsze gesty przychodzą im najtrudniej. Wytrzymałość więzi jaka je łączy, wykształconej w trakcie wspólnego życia, zostaje w końcu wystawiona na próbę w pewne gorące wakacje, gdzieś w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.
Cała miłość tego świata nie mogła uchronić nikogo przed okropną prawdą: przekazujesz to, czym jesteś.
Dojrzewająca szesnastolatka, której ciało emanuje rozkwitającą seksualnością, podejmuje próbę buntu wobec sztywnego i pozbawionego czułości rygoru matki. Szuka bodźców, które mogłyby stymulować ją intelektualnie - zadania tego podejmuje się nauczyciel pracujący na zastępstwie, z którym rozmowy o sztuce wkrótce zastąpione zostaną przez sekretne wycieczki obojga do lasu. Samemu związkowi tej dwójki Strout poświęca w gruncie rzeczy niewiele miejsca. Dość prędko nadchodzi jego kres, o wiele istotniejsze w gruncie rzeczy jest to, co dzieje się gdy dowiaduje się o nim Isabelle. Dla kobiety, która uważa, że najlepsze chwile swojego życia ma za sobą, że zmarnowała życie, aby wychować samotnie dziecko, ta kobieta, która jest boleśnie świadoma swoich braków w wykształceniu, której wstyd z powodu posiadania nieślubnego dziecka każe trzymać się gdzieś na obrzeżach miejscowej społeczności, dla niej nie ma większej zdrady niż ta, której dopuszcza się dziewczyna spotykając się po kryjomu z dużo starszym od siebie mężczyzną. Co ciekawe, w Isabelle pojawia się chęć obrony córki przed wykorzystującym jej naiwność nauczycielem, ale nie jest to tak silna reakcja, jak zazdrość, którą czuje. Pragnąca nade wszystko męskiej miłości i uwagi Isabelle, fantazjująca po cichu o "porządnym" mężczyźnie, za którego wzór uważa swojego szefa, w rzeczywistości bezbarwnego pantoflarza, jest wręcz przytłoczona zazdrością, jaka ją ogarnia, uważa bowiem za niesprawiedliwe, że to właśnie wychowywana przez nią nastolatka stała się obiektem czyjejś atencji.
Ale co można było zrobić? Tylko iść dalej. Ludzie żyli dalej, robili tak od tysięcy lat. Przyjmowali otrzymywaną dobroć, pozwalali, by wsiąkła w nich jak najgłębiej, a pozostałe ciemne zakamarki nosili w sobie, mając świadomość, że z upływem czasu staną się one w miarę znośne.
Subtelna, grająca na niuansach, w stonowany sposób mówiąca o całej palecie emocji, proza Elizabeth Strout, skupiając się na zwyczajnych codziennych czynnościach, takich jak zakupy czy nudny dzień w pracy, tworzy większy obraz. Obraz normalnego, nieupiększonego na siłę życia, w którym raz po raz dochodzi do małego, prywatnego trzęsienia ziemi, które obraca w ruinę to, co udało się dotychczas zbudować. Spektrum poruszanych tematów przez Strout w "Amy i Isabelle" jest szerokie: to opowieść o macierzyństwie, o trudach samotnego rodzicielstwa, o błędach wychowawczych - tych, których usiłujemy uniknąć i tych, które popełniamy nieświadomie. To opowieść o dorastaniu, odkrywaniu siebie, wyodrębnianiu własnego indywidualnego głosu, o braniu tego co świat ma nam do zaoferowania, zachłystywaniu się wolnością, o wyciąganiu wniosków z popełnianych błędów. To wreszcie opowieść o zdradzie, o krzywdzeniu się nawzajem, o tym co pcha ludzi do zadawania sobie ciosów i o tym, jak wielką siłę mają w sobie, ponieważ są w stanie podnieść się i przeć dalej do przodu, może nie zostawiając całego zła za sobą, ale żyjąc mimo niego.

Wkomponowany w historię mieszkańców Shirley Falls zostaje rytm pór roku i przyroda, która wydaje się wiernie oddawać nastroje i losy bohaterów. Jest więc zima, ponura, mroźna, jest śnieg, spod którego niewiele widać. Biel spowijająca świat oślepia i nie pozwala dojrzeć, co się pod nią znajduje, niczym kłamstwa tworzone częściej dla uspokojenia własnego sumienia niż dla rzeczywistego ukrycia własnego karygodnego postępku. Wiosenny wybuch wszelkiej zieleni i kwiecia pokrywa się w czasie z odkrywaniem własnej seksualności przez młodziutką Amy. Niczym Matka Natura budząca się do życia, młoda dziewczyna otwiera się na zmiany zachodzące w jej ciele i psychice, odkrywa w sobie pragnienia, o których istnieniu dotąd nie zdawała sobie sprawy. Upalne, duszne lato przynoszące bezwietrzne, paraliżujące gorącem długie dni i noce, doskonale podkreśla - i podkręca - napięte nastroje mieszkańców. Nadejście zaś jesieni zwiastuje przemijanie tego etapu życia Amy i Isabelle, gdy były dla siebie całym światem - odkrycie prawdy o swoim pochodzeniu staje się momentem, gdy przed obiema kobietami otwierają się zarazem nowe horyzonty, o istnieniu których jeszcze do niedawna nie zdawały sobie sprawy.

"Amy i Isabelle" to znakomity debiut, zapowiadający ogromny talent i wrażliwość przyszłej zdobywczyni nagrody Pulitzera. To nie tylko historia o niełatwym związku matki i córki, to powieść o nas, zwyczajnych ludziach, o decyzjach jakie podejmujemy i ich konsekwencjach, które kładą się cieniem na całym późniejszym życiu. Świetna, stonowana proza opisująca po mistrzowsku słodko-gorzką codzienność, w której nie sposób nie rozpoznać elementów, które znamy z własnego doświadczenia.


Amy i Isabelle, Elizabeth Strout, Wielka Litera, 9 maja 2018r., tyt. oryg. Amy and Isabelle, przekład: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik, 448 stron

piątek, 25 maja 2018

ZANIM POZWOLĘ CI WEJŚĆ, Jenny Blackhurst



Książka Jenny Blackhurst "Zanim pozwolę ci wejść", która niedawno miała swoją premierę w Polsce, wyszła w serii, w której ukazały się również książki Alex Marwood i Tany French. Bardzo sobie cenię książki Marwood, miałam więc nadzieję na klimatyczny thriller psychologiczny, w którym wątki obyczajowe będą grały główną rolę. I nie zawiodłam się, bowiem to właśnie dostałam - dość kameralną historię o obsesji, zdradzie i maskach, jakie na co dzień nakładamy, a do tego znakomicie zbudowane napięcie, które nie pozwoliło mi odłożyć książki - a czasem i przerwać jej słuchania, bowiem lekturę egzemplarza papierowego przeplatałam audiobookiem, kiedy obowiązki domowe kazały mi zająć ręce czymś innym niż lekturą.

Jenny Blackhurst jest młodą brytyjską autorką, w której dorobku znajdują się już trzy książki, gdzie "Zanim pozwolę ci wejść" jest następną po debiutanckim "How I Lost You". Jest to historia trzech przyjaciółek znających się od dziecka, która rozpoczyna się dla nas w momencie, gdy jedna z nich, pani psycholog Karen, odbywa pierwsze spotkanie z nową pacjentką, Jessicą. W dziewczynie jest coś, co budzi niepokój lekarki, pewna źle skrywana wrogość, która zaskakuje u osoby, którą widzi pierwszy raz na oczy. Z czasem okazuje się, że w życiu Karen i jej przyjaciółek zaczyna dochodzić do pewnych niepokojących zdarzeń, które pozornie noszą znamiona zwykłej ludzkiej nieostrożności, jednak psycholożka podejrzewa, że mają one związek z Jessicą. Dlaczego obca osoba miałaby działać na szkodę którejkolwiek z nich? Jakie są jej motywy?

To przede wszystkim książka o kobietach, ale skierowana nie tylko do nich - warto by sięgnęli po nią także mężczyźni, bowiem autorce udało się całkiem nieźle nakreślić obraz kobiecej psychiki, co mogłoby pomóc niejednemu panu w zrozumieniu płci pięknej. Doceniam obraz macierzyństwa, jaki pokazuje nam autorka, trafnie i bez zbędnego upiększania, bez popadania w stereotypy. Doceniam historię studentki, która podjęła kiedyś złą decyzję i poniosła jej srogie konsekwencje. Doceniam postać silnej kobiety, która mierzy wysoko i ciężką pracą toruje sobie drogę na szczyt w środowisku zdominowanym przez mężczyzn. Wszystkie są bardzo wiarygodne, nie przerysowane na siłę. W ich charakterystyce Blackhurst uchwyciła ten szczególny sposób w jaki odbiera je społeczeństwo i role, jakie usiłuje im narzucać. Robiąca karierę kobieta nie może zawdzięczać awansu swoim umiejętnościom, tylko najpewniej uzyskuje go przez łóżko szefa. Samotna kobieta po trzydziestce jest albo skostniałą, zimną starą panną, albo niewyżytą, nie potrafiącą się ustatkować imprezowiczką. Matka poświęcająca karierę na rzecz opieki nad dzieckiem to nie przemęczony obowiązkami i wiecznie niewyspany człowiek, tylko bezmózgi robot zaprogramowany do zmiany pieluch. Łatwo jest przypiąć łatkę, nie wysilając się na zrozumienie czyjejś sytuacji - ja taką przestrogę przed pójściem na skróty znajduję właśnie w "Zanim pozwolę ci wejść".

Ogromną rolę w książce odgrywa motyw zaufania i zdrady, oba ukazane w ciekawy sposób, bo nie ograniczający się tylko do związku dwojga partnerów, ale również w odniesieniu do przyjaźni. To ona jest tutaj cichym bohaterem wysuwającym się na pierwszy plan. Co decyduje o tym, że wybieramy kogoś na swojego przyjaciela? Jakie cechy musi posiadać ta osoba? Na ile jesteśmy w stanie przed kimś się otworzyć, dać mu dostęp do najintymniejszych sfer naszego życia? Czy powinniśmy oczekiwać w zamian tego samego? Czy warto jest bezgranicznie ufać drugiemu człowiekowi, a nawet powierzać mu swoje bezpieczeństwo? Jak bardzo jesteśmy w stanie kogoś poznać - wiemy, że jesteśmy szczerzy w naszej znajomości, ale czy kiedykolwiek jesteśmy w stanie poznać motywy kierujące innymi? Te wszystkie pytania nasuwały mi się w trakcie lektury, gdy śledziłam losy trzech przyjaciółek, których lojalność wobec siebie, wraz z nakręcającą się spiralą zdarzeń, została poważnie wystawiona na próbę.

"Zanim pozwolę ci wejść" to bardzo dobra rozrywka z przesłaniem, udowadnia, że bez efektownych zwrotów akcji i bez krwawych opisów też można bawić czytelnika. Trzyma w napięciu i intryguje, zapewnia wiele wrażeń i niesie z sobą ostrzeżenie: czy na pewno wiesz wszystko o ludziach, którzy cię otaczają? Ja ze swej strony polecam książkę w wersji audio, której słuchałam naprzemiennie z czytaniem wersji papierowej. To był mój pierwszy audiobook przesłuchany do końca, moje wcześniejsze podejścia zwykle kończyły się jeszcze przed końcem pierwszego rozdziału - lektorzy spisali się na medal, naprawdę się wciągnęłam i w odpowiednich momentach faktycznie przechodziły mnie ciarki. Mam nadzieję, że pozostałe książki Jenny Blackhurst zostaną u nas również wydane, z chęcią sięgnę po kolejną książkę jej autorstwa.

 A mowa o...

Zanim pozwolę ci wejść, Jenny Blackhurst, Albatros, 9 maja 2018r., tyt. oryg. Before I Let You In, przekład: Anna Dobrzańska, 384 strony


http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazka,1767,4058,zanim-pozwole-ci-wejsc.html

czwartek, 17 maja 2018

NAMIOT FATIMY, Miral at Tahawi



Niewielka książeczka, która mnie pokonała. Miała być moim oknem na literaturę Bliskiego Wschodu, błyskiem koloru pomiędzy pochmurnymi kryminałami i thrillerami, po które ostatnio najczęściej sięgam, tymczasem zmęczyła mnie i zniechęciła, pozostawiając żal wobec niespełnionych oczekiwań. Nie jestem fanem punktowania książek za okres czasu, w jakim uda mi się je przeczytać. Argument "czytało się szybko" nie jest dla mnie równoznaczny z jakością tytułu, po który sięgam. Przyjemnie jest zatracić się w lekturze i z wypiekami na twarzy śledzić rozwój wydarzeń, jednak czasami najlepszą książką może okazać się paradoksalnie ta, w której nic się nie dzieje, za to jest napisana pięknym literackim językiem i każda minuta z nią spędzona jest czystą wręcz przyjemnością. "Namiot Fatimy" jest jednak takim przypadkiem, gdzie ani akcja, ani język nie są w stanie mnie zainteresować i przykuć moją uwagę, a każda próba czytania kolejnych stron kończyła się porażką.

Uwielbiam baśniowe klimaty, opowieści pełne magii. Realizm magiczny, który i tutaj występuje - jestem zwolenniczką doprawiania rzeczywistości odrobiną elementów nie z tej ziemi. Ale mieszanie prawdy i ułudy w książce Miral at Tahawi było dla mnie nie do przejścia. Opowieść tytułowej Fatimy, małej dziewczynki, która przez wzgląd na swoją płeć skazana jest na życie w zamknięciu, odosobnieniu razem z innymi kobietami, a która ucieka w świat miejscowych legend i podań, mogła być fantastycznym doznaniem czytelniczym. Mogła, ale nie była. Brak rozróżnienia prawdy od fikcji, wydarzenia i bohaterowie, które pojawiały się znienacka, bez żadnego konkretnego wyjaśnienia czy powodu, tylko po to, by zaraz zniknąć, brak wyraźnego ciągu logicznego, pełno niedopowiedzeń - każdy element z osobna lubię w czytanej przeze mnie literaturze, jednak zebrane wszystko naraz powodowało u mnie tylko ból głowy i złość. I to nie złość na książkę, nie na autorkę, ale na mnie samą, że to być może ja nie jestem wystarczająco dobrym czytelnikiem. Potem powtarzałam sobie jednak, za każdym razem, gdy podejmowałam walkę z kolejnymi rozdziałami i gdy ogarniało mnie to zniechęcenie, że przecież nie każda książka musi mi się spodobać, nie każdy wybór może być dobry, a porażki są wpisane w życie czytelnika, nawet jeśli stara się bardzo rozważnie dobierać to, co czyta.

I także tutaj znalazł się jeden bardzo pozytywny aspekt, na który koniecznie trzeba zwrócić uwagę. A mianowicie ukazanie sytuacji kobiet z trochę innej perspektywy. Zwykle muzułmanki są postrzegane jako ofiary mężczyzn, zepchnięte na bok i skazane na ich łaskę i niełaskę. Tymczasem książka Miral at Tahawi odczarowuje trochę ten stereotyp, jako winnego wskazując nie mężczyznę, ale...inne kobiety, a dokładniej seniorki rodów, które nieformalnie przewodzą swoim rodzinom. To właśnie one determinują, co dzieje się z kolejnymi pokoleniami, dbają o zachowanie tej samej tradycji, która przed laty kazała im również się podporządkować, nierzadko wbrew ich woli. Życie kobiety jest przeklęte i naznaczone bólem, a piekło na ziemi urządza jej nie ojciec, nie mąż, ale właśnie druga kobieta.
Kobiety rozmawiały, pochłaniając mięso wyłożone na kawałki chleba maczanego w zupie:
- Dwie siostry w jednym domu. Wsparcie i oparcie.
Na to odezwały się inne:
- Boże, opieka nad dziewczętami to same kłopoty.
Babka ochoczo wygłosiła lekcję:
- Boże, przecież dziewczęta to samo źródło nieszczęść...Nie ma sensu się nimi zajmować. To jedynie towar, który hoduje się dla kogoś innego. Jeżeli zostawisz je samym sobie, ten towar straci na wartości. Kiedy go sprzedasz, poniesiesz stratę.
- Prawdę powiadasz, ciotko Hakimo. Wychowujemy i wzdychamy, a one i tak dostają się komuś innemu.
- Strzeż nas, Boże, przed nieszczęściem z ich przyczyny. To Bóg nie chciał, żeby żadna z moich córek nie przeżyła. Ludzie pytali:"Hakimo, gdzie się podziały twoje córki?" Odpowiadałam:"To Bóg chroni mnie przed tą zarazą. Modliłam się, modliłam i wyprosiłam."
- Mówisz prawdę, babciu. Masz absolutną rację. Wszystkie poumierały ot, tak...To wola boska, babciu, czy może...?
- Wola boska, moje dziecko. Wyprosiłam to modlitwą i żadna z nich nie przeżyła. Długa droga prowadzi jednak od chwili, gdy Pan daje skrzeczącą córkę, do chwili, gdy ją zabiera. Niestety mojego syna Bóg ciężko doświadczył, oj ciężko, ale on to wszystko cierpliwie znosił.
Bardzo ważny wątek. Dla mnie on jednak ginie w bezładnej narracji, w opowieści głównej bohaterki popadającej w szaleństwo. Z całą pewnością to jest istotny głos kobiecy, potrzebny, cenny, bo pochodzący z takiej części świata, z której wciąż nie dochodzi do nas zbyt wiele. Każda perspektywa się liczy. Szkoda, że w ostatecznym rozrachunku, biorąc pod uwagę całokształt, to po prostu nie była książka dla mnie.


A mowa o...

Namiot Fatimy, Al-Chiba, przekład: Izabela Szybilska-Fiedorowicz, 160 stron

czwartek, 10 maja 2018

ŚMIERĆ W CHATEAU BREMONT, M.L. Longworth



Szczęśliwi ludzie przesiadują w kawiarniach i piją kawę*, parafrazując tytuł bestsellera autorstwa innej francuskiej autorki sprzed kilku lat. Chociaż jak się okaże po lekturze książki, nie tylko kawę, są także duże ilości wina, przegryzane serami, stekami lub innymi smakołykami, a gdzieś w tle pomiędzy jedną kawą a drugą pada trup i zaczyna toczyć się śledztwo. Wszystko to w niezwykle malowniczym miejscu, prawdziwym raju na ziemi - w Aix-en-Provence. Tutaj, gdzie pola usłane są lawendą, gdzie z jednej strony czuć bliskość Lazurowego Wybrzeża, a z drugiej czają się majestatyczne Alpy, dochodzi do zbrodni, która jest jednak równie niebanalna jak i cały ten region.

Oto bowiem z okna rodzinnego zamku, nie, nie, przepraszam, z okna chateau, wypada szlachcic Etienne de Bremont i ginie na miejscu. Miasto huczy od plotek. Śledztwo w sprawie tej zagadkowej śmierci prowadzi główny sędzia w Aix, Antoine Verlaque, który prosi o pomoc swoją dawną miłość, profesor prawa na miejscowym uniwersytecie, Marine Bonnet. Marine jest dawną przyjaciółką Bremontów, znają się od dzieciństwa, posiadane przez nią informacje i zachowane wspomnienia o ofierze pozwalają dochodzeniu, przynajmniej początkowo,toczyć się we właściwym kierunku, z czasem jednak na jaw wychodzą różne sekrety szlacheckiej rodziny, a w sprawę zaangażowana będzie nawet mafia...

Całkiem zgrabnie zarysowany wątek kryminalny nie jest jednak tym na czym skupia się fabuła. Poszukiwanie motywu i mordercy jest jakby zepchnięte na drugi plan, bo oto na pierwszy wysuwa się związek/nie związek głównych bohaterów. Zbrodnia staje się pretekstem do ponownego spotkania sędziego i pani profesor, niegdyś połączonych uczuciem, które, jak się dość prędko okazuje, nie do końca wygasło. I tak oto aż do samego końca czytelnik będzie zadawał sobie pytanie: zejdą się czy nie zejdą? Chyba że znajdzie się taki, który tak jak ja nie znosi rozbudowanych wątków miłosnych, wtedy ten akurat czytelnik będzie chciał, żeby bohaterowie skończyli się wygłupiać i wzięli się poważnie za śledztwo, bo tego oczekuje od książki, która miała być kryminałem...

A gdyby jeszcze miłosne podchody nie były wystarczającym spowalniaczem, to wszystko skąpane w obitych ilościach Beaujolais czy co tam aktualnie popijają. Albo jedzą. Na podstawie postaci wykreowanych przez autorkę, Brytyjkę mieszkającą od kilkunastu lat we Francji, wyłania się dość ciekawy obraz Francuzów, przynajmniej tych pochodzących z Aix i okolic. Sybarytyzm. Życie bez zbędnego pośpiechu, bez niepotrzebnego stresu (morderca nie zając, nie ucieknie), za to zdecydowanie korzystając z dobrodziejstw tego świata, czyli dobrego jedzenia, wina, cygar i miłości. Skoro wiadomo, że każdego czeka odejście z ziemskiego padołu, czemu nie spędzić czasu, jak nam jest tu dany w jak najlepszy sposób?

Przyniesiono im główne dania i Paulik z powątpiewaniem spojrzał na swoje. Risotto ułożono w wysoką stertę, artystycznie poprzetykaną różnymi rodzajami smażonych mięs, a pędy szparagów sterczały ku niebu. 
- Dużo tego - powiedział tylko i zabrał się do jedzenia. Nie lubił, gdy posiłek przypominał raczej rzeźbę. Pstrąg Verlaque'a był idealnie przyrządzonym i podany z małymi ziemniaczkami i podsmażanym koprem włoskim.
Paulik w pierwszej kolejności zabrał się do szparagów, na które w Prowansji był akurat sezon. Upieczono je na oliwce z czosnkiem i mnóstwem soli i pieprzu, dokładnie tak, jak przyrządzała je w domu Hélène.
- Spróbuj tego - powiedział komisarz, nakładając widelcem risotto z mięsem na talerz Verlaque'a. - Odparowali sok z mięsa i użyli różnych rodzajów. Wydaje mi się, że to podsmażone figatelli z Korsyki.
- Zgadza się, figatelli, i to wyśmienite. A co powiesz o winie?
- Wyborne.
- A o restauracji?
- W porządku na późny lunch, ale prawdziwym testem jest zawsze sobotni wieczór, gdy panuje największy ruch - odparł Paulik.
Jedli dalej, rozmawiając o innej sprawie - serii włamań w centrum Aix, których sprawców dopiero co schwytano. Obaj zrezygnowali z deseru i napili się espresso.**

Nie przeczę jednak, że francuskie niespieszne śledztwo może stać się przyjemną alternatywą dla skandynawskiego chłodu kryminałów, po które tak często sięgamy, no a przecież dobrze jest sobie czasami urozmaicić czytelnicze eskapady zaglądając do książek z różnych krajów. W obliczu przyjemnego wiosennego ciepła, takiego, które daje już przedsmak lata, warto przenieść się do cudownej Prowansji i tam razem z bohaterami leniwie popijać espresso, przy okazji rozwiązując tajemnicę pewnego morderstwa. Warto zagłębić się w tę historię i przekonać się na własnej skórze, czy pasuje nam taka atmosfera, warto dać jej szansę, bo a nuż nam się spodoba, zwłaszcza, że niebawem premiera drugiej części przygód bohaterów, dzięki której będziemy mogli jeszcze trochę zabawić w tym pięknym rejonie Francji.

* Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę, A

 A mowa o...
Śmierć w Chateau Bremont, M.L. Longworth, wyd. Smak Słowa, 15 marca 2018, tyt. oryg. Death at the Chateau Bremont, przekład: Anna Krochmal, 340 stron

piątek, 4 maja 2018

ZADZIWIAJĄCY ŚWIAT PTAKÓW, Jim Robbins


Zajęci swoimi sprawami, ciągle w pośpiechu, mijamy je codziennie; przyzwyczajeni do ich obecności, nie poświęcamy im zbyt wiele uwagi. Nawet ich ćwierkanie, wkomponowane w miejskie hałasy, niekoniecznie robi na nas wrażenie. Większość z nas potrafi nazwać tylko te najpospolitsze gatunki, gdy tym czasem na całym świecie jest ich około 10 tysięcy. W dobie tanich linii lotniczych, gdy lot samolotem jest na wyciągnięcie ręki dla każdego z nas, przestaliśmy chyba trochę zazdrościć ptakom. Traktujemy je jako coś naturalnego, wpisanego w nasze środowisko tak jak i drzewa i krzewy, które otaczają nasze domy, ale czy nie straciliśmy czasem zdolności zachwycania się nimi? Co tak naprawdę wiemy o ptakach? Czy czasami nie zdarza nam się zapomnieć o tym jak fascynujące są te zwierzęta, tak genialnie obdarzone przez naturę? Wciąż dowiadujemy się o nich nowych rzeczy, wciąż są nas w stanie zainspirować i zaskakiwać.

Jim Robbins, dziennikarz piszący dla The New York Times i Conde Nast, zajmujący się tematami dotyczącymi nauki i problemów środowiska naturalnego, w swojej znakomitej książce "Zadziwiający Świat Ptaków" uświadamia nam jak wyjątkowymi stworzeniami jesteśmy otoczeni. Jest to lektura naprawdę niebanalna, będąca i owszem, zbiorem wiadomości o tych zwierzętach, ale napisana jest w sposób zachęcający do jej zgłębiania, przystępny, a jednocześnie sprawiający dużą satysfakcję bardziej wymagającym czytelnikom. Fascynację autora tematem czuć bardzo wyraźnie i w trakcie czytania udziela się ona czytającemu. Widać, że ptaki nie są mu obojętne i poprzez dzielenie się wiedzą na ich temat, stara się uczulić odbiorców swojej książki na wszelkie możliwe zagrożenia na jakie mogą być one wystawione za sprawą działań człowieka.
Kiedy przyglądam się niezwykłym ruchom kolibra i czuję jego maleńkie, drżące serce, uświadamiam sobie, że ptaki (nie tylko kolibry, ale wszyscy członkowie królestwa ptaków) ucieleśniają najbardziej kuszące aspekty natury. "Mało które stworzenie wydaje się tak pełne życia w każdej cząstce ciała - napisał poeta Saint-John Pearse. - Nawet w bezruchu stanowią kwintesencję witalności". Są naszą codzienną więzią z cudem natury, urzekają nas swoimi niebywałymi barwami, śpiewem, kształtami, rozmiarami i zdolnościami. Wołają do nas z innego czasu, wydobywają głęboko ukryte wspomnienia naszej ewolucyjnej przeszłości i przypominają naszą odległą historię, kiedy żyliśmy w środowisku naturalnym. No i rzecz jasna symbolizują ludzką tęsknotę za lataniem. "Kto raz zazna latania - napisał Leonardo - zawsze już będzie chodzić po ziemi z oczami wpatrzonymi w przestworza, w których był i do których zawsze będzie pragnął wrócić".*
Jest to przede wszystkim pozycja, w której znajdziemy mnóstwo ciekawostek i informacji, podzielonych tematycznie na cztery części. Każda z nich składa się z rozdziałów, które łączy jedna myśl przewodnia, jeden konkretny aspekt ptasiego funkcjonowania, czy to w środowisku, czy też mający związek z ptasią fizjonomią. Dowiedzieć możemy się na przykład: co wspólnego z dinozaurami mają ptaki - odpowiedź naprawdę zaskakuje!, że kury były i nadal są czczone w wielu kulturach na świecie, a to co robi z tymi ptakami przemysł żywieniowy to czysta abominacja. Znajdziemy rozdział w całości poświęcony ptasiemu guano, który śmiało można nazwać odą do ptasich odchodów - tak cudowne właściwości ma nawóz pochodzący od pierzastych przyjaciół. Jest także rozdział, w którym czytelnicy dowiedzą się, że powiedzenie "ptasi móżdżek" stopniowo traci na swym obraźliwym charakterze, bowiem pojawia się coraz to więcej dowodów na podobieństwo budowy mózgu ptasiego i człowieczego. Jednym słowem: ptaki zachwycają i zaskakują tutaj na każdym kroku, niezależnie od tego, czy są to gatunki dziko żyjące, czy też może tuż obok nas, w centrach wielkich miast, tak jak gołębie:
Gołębie są idealnym przedmiotem badań dla geografa zwierząt. Występują na każdym kontynencie oprócz Antarktydy i żyją w miejscach, w których nie ma wielu innych ptaków, wypełniając centra miast na całym świecie swoim miękkim gruchaniem i trzepotem skrzydeł przy podrywaniu się do lotu. Jakie byłyby wielkie miasta świata bez tych wszechobecnych stad? Z pewnością czystsze, ale niemal zupełnie pozbawione pozaludzkiego życia. Stado wzbijających się jednocześnie gołębi odrywa nasz wzrok od zatłoczonych i hałaśliwych ulic, od cieni budynków, i kieruje go ku słonecznemu niebu. Przypomina o naturalnym świecie, który istnieje poza ruchliwym, nadmiernie skoncentrowanym życiem miejskim.**
Warto więc sięgnąć po książkę Robbinsa, nie tylko po to aby przeczytać znakomitą, bogatą w informacje publikację, ale aby dać się zarazić tą pasją, jaką pała autor i samemu zacząć patrzeć inaczej, uważniej na otaczające nas środowisko. Warto więc mieć na uwadze tę pozycję, niezależnie od pory roku i zainteresowań, bo pod piękną oprawą graficzną kryje się naprawdę wspaniała treść, która uświadamia jak wiele mamy wspólnego z ptakami i jak wiele czasami im zawdzięczamy.


* Zadziwiający świat ptaków, Jim Robbins, str 48
**Tamże, str 311
A mowa o...

Zadziwiający świat ptaków. Co ptaki śpiewają o nas samych, Jim Robbins, Feeria Science, 4 kwietnia 2018r., tyt. oryg.: The Wonder of Birds: What They Tell Us about Ourselves, the World, and a Better Future, przekład: Anna Binder, 400 stron

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

NIEPOKÓJ, Jesper Stein


Dzisiaj zabieram Was do Kopenhagi, stolicy Danii, ale bądźcie przygotowani na przygodę zgoła mroczniejszą od baśni tworzonych przez Christiana Andersena, naczelnego bajarza tego niewielkiego państwa (który, jak głosi plotka, w rzeczywistości miał być strasznym nudziarzem). Będzie współcześnie, będzie krwawo, będzie niespokojnie, ale momentami będzie również zabawnie. Nie tylko Szwedzi potrafią pisać kryminały na poziomie, czego dowodem jest właśnie "Niepokój" Jespera Steina, duńskiego pisarza i dziennikarza, zajmującego się głównie procesami sądowymi.

Głównym miejscem akcji jest dzielnica Kopenhagi Norrebro, opanowana przez zamieszki i demonstracje wywołane eksmisją jednego z budynków, który, tak się składa, ma wręcz kultowe znaczenie dla młodych ludzi, głównie dla aktywistów. Ulice stają się niespokojne, protesty nie słabną, wręcz przeciwnie, nabierają mocy, a zarówno mieszkańcy jak i policja czują rosnącą bezradność wobec nasilającej się fali przemocy. Dodatkowo wszelkie działania stróżów prawa muszą być ostrożne, z wyczuciem, gdyby bowiem okazało się, że używają oni jakiejkolwiek siły wobec protestujących, ci natychmiast skorzystaliby z tego pretekstu, a dzielnica stanęłaby w ogniu. Gdy więc podczas kolejnej niespokojnej nocy zamieszek, w miejscu gdzie znajdowało się mnóstwo policjantów, znalezione zostaje ciało mężczyzny oparte o cmentarny mur, przebrane w strój charakterystyczny dla demonstrantów, policja musi działać błyskawicznie i w białych rękawiczkach, aby wyjaśnić kim był denat i czy za jego śmierć odpowiedzialna jest policja. I tutaj do akcji wkracza wicekomisarz Axel Steen, niezwykle dociekliwy, niekoniecznie lubiany przez swoich współpracowników przez swoje metody pracy, które bywają niezbyt etyczne...

Dzielnica Norrebro
Tytuł książki jest bardzo adekwatny do jej zawartości i prawidłowo nazywa atmosferę, jaka panuje na jej kartach, już od pierwszych akapitów. Palące się opony, butelki z benzyną, wszechobecny chaos, dym wgryzający się w oczy. Gdy do tego dorzucimy jeszcze toczące się śledztwo, mordercę, którego tożsamość pozostaje tajemnicą, zmory prześladujące głównego bohatera, czyli bezsenność i problemy z sercem, uzyskujemy klimat, który wzburza nerwy, i chociaż nie brakuje zabawnych scen czy kwestii, bo poczucia humoru tu jest sporo, to jednak nie jest łatwo wyzwolić się od wrażenia, że już za chwilę, już za moment stanie się coś bardzo złego. Ten niepokój utrzymuje się aż do samego końca, do dramatycznego finału, który przynosi nie tylko rozwiązanie kryminalnej intrygi, ale również zaskakuje - autor skutecznie wywodzi czytelnika w pole, nie oferując łatwych rozwiązań.

Jednak tym, co najbardziej podbiło moje serce to postać głównego bohatera, który chociaż oparty o jeden z często stosowanych w kryminałach stereotypów - rozwodnik, pogrążony w rozpaczy za utraconą miłością, szukający lekarstwa na swoją bezsenność w haszyszu - jest jednak kimś, z kim czytelnik może się w pewien sposób utożsamiać, nawet jeśli pozornie nie ma nic wspólnego ze Steenem. Cały urok Axela i jego wiarygodność tkwią w jego niedoskonałościach, w których możemy rozpoznać nasze własne: w ciągłym lęku przed śmiercią, w jego nadwrażliwości na krzywdę ludzką, która nie pozwala mu ograniczyć się do standardowych, czasami zbyt sztywnych i bezdusznych procedur pracy policjanta. Bezwzględność Steena w dążeniu do ustalenia prawdy umotywowana jest jego nietolerancją na zło, a niezbyt etyczne metody śledztwa pozwalają osiągać mu świetne rezultaty, które nie tylko ratują go przed gniewem przełożonych, ale również pozwalają mu wierzyć, że tak jak tylko może zmienia świat na lepszy. Bardzo ciekawa, niejednoznaczna postać, którą chętnie obejrzałabym na małym ekranie, najlepiej w wykonaniu innego Duńczyka, Madsa Mikkelsena.


Cmentarz w Norrebro

Źródło fotografii: Pinterest

Tak więc od dzisiaj do baśni Andersena, pomnika Małej Syrenki i parku Tivoli, do mojej osobistej kolekcji znaków charakterystycznych dla Danii, dołącza nietuzinkowy detektyw Axel Steen, z którym mam nadzieję jeszcze będzie dane mi się spotkać w kolejnych tomach jego przygód. Zarówno miłośnicy gatunku, jak i osoby szukające mocnej, ale nie przesadnie drastycznej, inteligentnej i dowcipnej rozrywki na leniwe dni, powinni być usatysfakcjonowani.

Niepokój. Detektywistyczna Seria o Axelu Steenie Tom 1, Jesper Stein, wyd. Editio Black, 27 lutego 2018r., tyt. oryg. Uro, przekład: Edyta Stępkowska, 456 stron

Książka na stronie wydawnictwa ---> KLIK

czwartek, 19 kwietnia 2018

PIERWSZY RÓG. TAJEMNICA ASKIRU TOM 1, Richard Schwartz



Gdy za oknem na dobre rozgościła się tak bardzo wytęskniona wiosna, powrót w zimowe klimaty przychodzi człowiekowi z trudem, wszakże w pamięci wciąż ma te długie miesiące, ponure, ciemne i mroźne. Miejsce, do którego chcę Was dzisiaj zabrać, warte jest jednak chociaż krótkich odwiedzin - wygrzebcie więc ciepły płaszcz z głębin Waszej szafy, zaopatrzcie się w ciepłe butki, rękawice, drobną przekąskę i ruszajcie ze mną wprost do świata pełnego prastarej magii i tajemnic sięgających odległych wieków. Udajemy się na daleką Północ, do miejsca, w którym króluje zimno przenikające do szpiku kości, zniewalające umysł i ciało...

Gdzieś na przełęczy okrytych lodem gór, daleko od siedzib ludzkich, znajduje się niepozorna gospoda, w której schronienie przed zamiecią znajdzie grupa podróżnych. W związku z nasilającym się mrozem i śnieżycą, warunkami niepozwalającymi na jakąkolwiek dalszą podróż, są oni zmuszeni do dłuższego pobytu w zajeździe Pod Głowomłotem, tak bowiem nazywa się owo miejsce. Nastroje nie są najlepsze, perspektywa zamknięcia w odciętej od świata karczmie kładzie się cieniem na samopoczucie wędrowców, bowiem towarzystwo skazane jest na siebie wbrew swojej woli, a nie wszystkim to odpowiada. Najwięcej emocji budzi banda zbójów, głośna, wulgarna, nie żałująca sobie ani jadła, ani wina - ich obecność paraliżuje młode córki karczmarza, panowie są bowiem szczególnie łasi na ich wdzięki, ku zgrozie ojca i co bardziej prawych gości w jego przybytku.Wobec coraz bezczelniejszych zakusów na ich cnotę, powstaje trudny moralny dylemat, czy bronić dziewcząt przed krewkimi i brutalnymi zakapiorami, czy też może poświęcić je dla dobra pozostałych. Chociaż jak się dość prędko okaże, nie będzie to jedyny problem zebranych w gospodzie, zarówno budynek jak i przebywający w niej wędrowcy, skrywają zaskakujące tajemnice... W tle zaś wydarzeń w karczmie rozgrywa się Wielka Historia - wrogie imperium Thalak prze przed siebie podbijając każde napotkane miasto, niebezpieczeństwo inwazji jest więc coraz bliższe...

Świat zbudowany przez niemieckiego autora, dla którego "Pierwszy Róg" był debiutem literackim, opiera się na tradycyjnym w fantastyce podziale na rasy. Mamy więc tutaj obok ludzi i elfy, i mroczne elfy żyjące pod ziemią, i krasnoludy, pojawia się również wzmianka o smokach. Tak jak to bywa w klasycznych książkach z tego gatunku, jest i magia, którą posługują się postaci. Przejawia się ona zarówno pod postacią ogromnej mocy, która kontroluje przedmioty magiczne będące w posiadaniu bohaterów, przede wszystkim mieczy, ale jest obecna również w postaci drobnych uroków i czarów rzucanych na ludzi. Wśród dziarskich bohaterów prym wiedzie Havald, zmęczony życiem mężczyzna, będący również narratorem całej opowieści, i elfka Leandra, posiadająca magiczne zdolności i zabójczy miecz. Początkowo jednoczą siły, aby pomóc karczmarzowi w ochronie córek i dobytku, z czasem jednak okazuje się, że muszą poradzić sobie ze znacznie większym zagrożeniem.

Czytanie "Pierwszego Rogu" skojarzyło mi się trochę z...obieraniem cebuli. Mało atrakcyjne określenie, ale najlepiej obrazuje to, jak ta historia ewoluuje w trakcie lektury, gdy jedna warstwa skrywa kolejną, a ta jeszcze jedną, aż docieramy do jej serca. Zaczyna się, biorąc pod uwagę jej finał, niepozornie, z czasem jednak, rozdział po rozdziale okazuje się, że zmierza ona w zupełnie innym kierunku niż mogłoby nam się to wydawać po jej pierwszych stronach. Pojawia się element zaskoczenia i to parokrotnie, dzięki czemu czytelnik nie może narzekać na przewidywalność fabuły. Książka posiada znakomitą atmosferę pełną napięcia i oczekiwania, odcięcie od świata i kumulacja emocji ludzi uwięzionych wbrew sobie robi swoje - zabieg, aby galeria rozmaitych charakterów została zamknięta w jednym miejscu jest zawsze gwarancją wielu ciekawych konfrontacji, które popychają akcję do przodu. Wszechobecny mróz, który nie pozwala na przebywanie poza murami budynku, nieustająca zamieć szalejąca dniem i nocą, a także nieuchwytne zło, które czai się gdzieś w karczmie, czekając tylko na odpowiedni moment, by się ujawnić - wszystko to sprawia, że nastrój udziela się także i czytelnikowi.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe zalety książki, wydawać by się mogło, że jest to pozycja wręcz epicka, ale niestety nie jest pozbawiona wad i do klasyków fantastyki trochę jeszcze autorowi zabrakło. Gdyby tylko nie postawił on na rozwój wątku miłosnego pary głównych bohaterów, książka dużo by na tym zyskała. Tymczasem za każdym razem, gdy zaczynają oni ze sobą flirtować, akcja traci rozpęd, a czytelnik zainteresowanie, ponieważ ich dialogi są po prostu nudne. Nie wspominając już o tym, że wszystkie postaci kobiece, nie tylko grająca pierwsze skrzypce Leandra, napisane są na jedno kopyto i przypominają avatary z gier: wszystkie obowiązkowo piękne, nawet jeśli nie są  młode, to obdarzone są młodym wyglądem i opływowymi kształtami, nie są w stanie wykonać ani jednego ruchu, który nie byłby naładowany erotyzmem dla obserwujących je mężczyzn. W zamierzeniu część z nich jest silna, obdarzona wysoką pozycją społeczną i wzbudza w mężczyznach respekt, ale gdy znajdują się w niebezpieczeństwie, to męski miecz okazuje się skuteczniejszy i ratuje je z opresji. Rozumiem, że to fantastyka i tak najczęściej przedstawione są kobiety w tym gatunku, jednak jako czytelniczka wyczulona na ten akurat aspekt uważam, że miło by było, gdyby autor jednak nie brnął w stereotypy, które wydają się być tworzone na potrzeby nastoletnich frustratów.

Wracamy zatem do naszej pięknej wiosny, ciepłej, pełnej barw i światła, zostawiamy za sobą karczmę i jej sekrety oraz dzielnych bohaterów, którzy na kartach tej historii przeżyli razem swoją pierwszą, emocjonującą przygodę. Pierwszą, bowiem to dopiero początek ich drogi, jako że cała seria liczy sobie wszystkich części aż 6, będzie więc na co czekać. Mam nadzieję, że kolejne tomy ujawnią nam więcej informacji na temat legendarnego Askiru, a bohaterowie, z którymi zżyliśmy się podczas lektury, napotkają na swojej drodze jeszcze bardziej epickie przygody. Tymczasem wszystkim miłośnikom czystej, pełnokrwistej fantastyki, pomimo kilku niedociągnięć - gdyż jak na debiut jest to wciąż bardzo dobra pozycja, polecam zapoznanie się z "Pierwszym Rogiem", książki zaskakującej na każdym niemal kroku, porywającej czytelnika w nowy, nieznany jeszcze świat, którego nie będzie chciał prędko opuścić...

A mowa o...

Pierwszy róg. Tajemnica Askiru Tom 1, Richard Schwartz, wyd. Initium, 20 kwietnia 2018r., tyt. oryg. Das erste Horn, przekład: Agnieszka Hoffman, 464 strony

wtorek, 17 kwietnia 2018

ŚLEPY ARCHEOLOG, Marta Guzowska



Trudno jest napisać kryminał czy też powieść sensacyjną, który będzie posiadał bohatera wymykającego się schematom i stereotypom jakie królują w tym gatunku. Każdy jego miłośnik na pewno jest w stanie wymienić kilka cech, które wydają się być wręcz nieodzowne dla kreacji głównego bohatera - jest to przeważnie alkoholik, rzadziej narkoman, rozwodnik lub wdowiec z przynajmniej jednym dzieckiem, najlepiej martwym, pracujący w policji ewentualnie prokuraturze - z pewnością znalazłoby się ich więcej, ale z tymi wymienionymi spotykam się chyba najczęściej. Jaką więc przyjemną odmianą okazało się spotkanie z Tomem Marą, tytułowym "Ślepym archeologiem", który zdecydowanie wyróżnia się na tle znanych mi do tej pory postaci.

Tom posiada wszystko, co teoretycznie powinien posiadać spełniony człowiek - jest kierownikiem wykopalisk na Krecie, ma za sobą błyskotliwą karierę i znakomitą pozycję w środowisku archeologów, a do tego jest inteligentny i atrakcyjny, i przyciąga zainteresowanie kobiet. Tom ma nawet więcej, ponieważ obdarzony jest niesamowitym słuchem, węchem i bardzo wrażliwym dotykiem - wszystko to, łącznie z pamięcią absolutną, musi mu zrekompensować brak innego zmysłu - wzroku. W jego życiu liczy się rutyna, to bowiem ona pozwala mu na całkiem znośne funkcjonowanie w świecie, gdzie mało który niewidomy osiąga tyle co on, i tylko dzięki  przewidywalności kolejnych wydarzeń w ciągu dnia, dzień za dniem, tydzień za tygodniem, jest w stanie kontrolować rzeczywistość. A przynajmniej tak mu się wydaje. Dzień, w którym na terenie wykopalisk znalezione zostaną zwłoki turystów z Polski, zburzy jego spokojne, uporządkowane życie, ktoś bowiem zacznie bawić się w grę, w której ceną będzie ludzkie życie, a tylko od Toma zależeć będzie, czy uda się je uratować...

Ogromną zaletą "Ślepego archeologa" jest właśnie niepełnosprawność Toma - jest to świetny pomysł, który na kilka różnych sposobów korzystnie wpływa na odbiór książki. Po pierwsze, czytelnik ma wgląd w to jak wygląda życie osoby niewidomej. Bohater został dobrze przemyślany przez autorkę, w rezultacie otrzymaliśmy precyzyjny opis jego zwyczajów i nawyków, sporo miejsca poświęcone zostało na wytłumaczenie w jaki dokładnie sposób Tom wykonuje te codzienne czynności, które osobom widzącym wydają się śmiesznie proste, a które jednak okazują się kłopotliwe dla ludzi kalekich jak Tom. Ponieważ narracja jest w pierwszej osobie, mamy dostęp do jego emocji i przemyśleń, a dzięki temu możemy lepiej wczuć się w jego położenie. Jest to nie tylko korzystne dla poznania nowego punktu widzenia, a w zasadzie niewidzenia, ale też pod kątem intrygi kryminalnej. Gdy wokół bohatera dzieją się coraz to dziwniejsze rzeczy, ktoś ewidentnie bawi się jego kosztem i usiłuje przypisać mu czyny, których nie popełnił, fakt, że jego życie odbywa się jakby za zasłoną, w ciemności, potęguje dodatkowo napięcie i sprawia, że ciężko jest się oderwać od książki. Sama świadomość, że morderca wykorzystuje jego ułomność i dzięki temu ma nad Tomem przewagę, już wprowadza pewien element grozy, która towarzyszy czytelnikowi aż do finału całej historii.

Jedyne co momentami mi przeszkadzało, to taka pewna "super moc", jaką posiadał bohater, przez co jednak książka traciła na wiarygodności. Nie chodzi nawet o jego niesamowite, może aż do przesady, wyostrzone zmysły, ale o jego zdolność do przewidywania trzęsienia ziemi na chwilę przed tym zdarzeniem...Owszem, to jest czysta fikcja i może się tutaj dziać co tylko dusza zapragnie i rozumiem, że ta umiejętność odegrała tutaj bardzo istotną rolę, ale była na tyle nierealna, że w momencie pojawiania się w tekście psuła pełen sensu i intrygujący ciąg wydarzeń. Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń, a wręcz przeciwnie, uważam, że książka reprezentuje bardzo wysoki poziom i wydaje mi się, porównując ją ze światowymi bestsellerami, które ostatnimi czasy zdarzyło mi się przeczytać, że spokojnie mogłaby odnieść sukces za granicą. Nie ma w niej akcentów, które byłyby zrozumiałe tylko dla nas, Polaków, cała historia jest za to uniwersalna. I jest tutaj to, co zawsze lubię w czytanych przeze mnie książkach, czyli ogromna wiedza autorki, która przecież sama jest archeologiem, widoczna na każdym kroku, gdy tylko pojawiają się zagadnienia związane z wykopaliskami i kulturą której one dotyczą - czuć, że wie o czym pisze, a ja zawsze bardzo to sobie cenię.

To było moje pierwsze spotkanie z kryminałem autorstwa pani Guzowskiej i muszę przyznać, że było udane, i to na tyle, by narobić mi ochoty na jej pozostałe książki. Uważam, że pomysł na głównego bohatera jest znakomity, tak samo jak zresztą jego wykonanie - powieść trzymała w napięciu, a ja świetnie się bawiłam podczas jej czytania. Myślę, że fani gatunku powinni być zadowoleni, kawałek dobrej sensacji z niebanalnym bohaterem w naprawdę niebanalnym miejscu.

 A mowa o...
Ślepy archeolog, Marta Guzowska, wyd. Marginesy, 14 marca 2018r., 400 stron

środa, 11 kwietnia 2018

KORPOŻYCIE ŚWINKI MORSKIEJ, Paulien Cornelisse



Gdyby jeszcze miesiąc temu ktoś powiedział mi, że książka o śwince morskiej pracującej w korporacji skradnie moje serce, śmiałabym się długo, oj bardzo długo. Tymczasem ta mała książeczka, do której podchodziłam bez większych oczekiwań, ale z lekką rezerwą - to w końcu książka o gryzoniu, który pracuje w firmie - okazała się bardzo przyjemną lekturą na jeden wieczór, lekką i zabawną, bardziej życiową niż mogłoby się wydawać i nie aż tak bardzo na tej strasznej korporacji skupioną.

Ale od początku...Co robi świnka morska w korpo? Cavia, bo tak na imię ma nasza bohaterka, pracuje w dziale promocji bliżej nieokreślonej firmy - nie dane nam jest dowiedzieć się jaki konkretnie produkt jest promowany, w ogóle nie wiemy nic o tym jakie konkretnie produkty lub usługi tworzy/sprzedaje firma Cavii. Owszem, to pytanie mnie nurtowało, ale nie tak bardzo jak to co mianowicie robi świnka morska w biurze? Początkowo myślałam, że chodzi o zwierzątko, rodzaj maskotki, które sobie żyje w klatce gdzieś w pomieszczeniu socjalnym, ale nie, Cavia, świnka morska, chodzi do pracy każdego dnia, pije kawę i przytrafiają jej się różne rzeczy. Zachowuje się całkowicie jak człowiek, co więcej, nikt z jej współpracowników, którzy są ludźmi, nie widzi nic dziwnego w tym, że pracuje razem ze zwierzakiem. Skoro oni nie widzą problemu, to ja też przeszłam nad tym do porządku dziennego, tłumacząc sobie, że autorka, która jest artystką kabaretową i felietonistką, stworzyła pewnego rodzaju konwencję, mnie przypominającą coś w rodzaju komiksu, tylko bez ilustracji...

W całej książeczce, skrzącej się od humoru, poza oryginalną główną bohaterką, nie ma nic, co odbiegałoby od tej rzeczywistości, którą znamy. Wręcz przeciwnie, podczas lektury odkryłam, że z wieloma konceptami i przemyśleniami autorki jestem w stanie się utożsamić. Przede wszystkim są to typy osobowości, które są reprezentowane przez współpracowników Cavii - mając doświadczenie na kilku miejscach pracy, rozpoznawałam w "Korpożyciu..." kolejne, dobrze mi znane zachowania i metody działania. Manager, który wychodzi z siebie, aby podlizać się szefom, a nie szanuje swoich podwładnych, rzuca bardzo niepoprawne politycznie uwagi i oczekuje, że wszyscy będą śmiali się z jego żenujących dowcipów - odhaczony. Starsza stanowiskiem i stażem pracy współpracownica, która ciągle patrzy Ci na ręce, czekając na moment, kiedy zaliczysz jakąś wpadkę, aby wykorzystać ją przeciwko Tobie - odhaczona. Kolega gej - tutaj trąci nieco poważniejszym stereotypem, ale owszem - odhaczony. Bliska koleżanka, której można zwierzyć się z każdego biurowego dramatu - odhaczona. Wciąż zmieniane, ale różniące się detalami, instrukcje wykonywania konkretnych obowiązków - odhaczone. Anegdoty wykorzystujące akcesoria biurowe - odhaczone. Nieodzowna i nieoceniona obecność kawy w życiu każdego, kto posiada jakąkolwiek pracę - odhaczone.

Jedyne czego tutaj nie znalazłam, to tej zapowiadanej satyry na korporacje, próby ośmieszenia ich sposobów funkcjonowania. Owszem, pojawiło się kilka absurdów, ale moim zdaniem są to sytuacje, które mają miejsce nie tylko w ogromnych firmach, ale można się na nie natknąć w każdej innej profesji. Żadnych ogromnych dramatów zatem tutaj się nie znajdzie, ale prędzej historię kogoś, kto utknął w rutynie i wie, że potrzebne mu są zmiany, ale nie potrafi się przemóc. Może więc i główna bohaterka podczas deszczowych dni zalatuje mokrym futrem, ale nie przeszkadza to w wyciągnięciu morału z jej przygód.

Jeśli więc chcecie odpocząć od wielkiej literatury, szukacie czegoś niezobowiązującego przy czym można miło spędzić wieczór i się zrelaksować, to "Korpożycie świnki morskiej" może okazać się trafieniem w dziesiątkę. I nie zrażajcie się tym, że bohaterką książki jest puchaty gryzoń - podczas lektury niejednokrotnie złapiecie się na myśli, że to akurat najnormalniejsza postać w całej tej uroczej i zwariowanej książce...


A mowa o...
Korpożycie świnki morskiej, Paulien Cornelisse, wyd. Muza, 14 marca 2018r., tyt. oryg. De verwarde cavia, przekład: Sylwia Walecka, 254 strony



poniedziałek, 9 kwietnia 2018

ODKRYWCA, Katherine Rundell


Kto z nas nie marzył kiedyś o tym, żeby rzucić wszystko i udać w nieznane, przeżyć przygodę swojego życia? Niczym wytrawni podróżnicy zobaczyć kawałek świata, pokonać przeciwności losu i poznać sekrety, które skrywają się wśród dzikich, nietkniętych ludzką nogą obszarów. Nowa książka Katherine Rundell, która w "Dachołazach" zabrała nas na dachy Paryża, niejako umożliwia czytelnikom spełnienie tego marzenia, nie wysuwając przy tym nawet nosa poza dom.

"Odkrywca" to opowieść o czwórce dzieci, których samolot przelatując nad dziewiczą, nienaruszoną przez cywilizację amazońską dżunglą ulega wypadkowi - z dziećmi z dorosłych osób leci tylko pilot, który niestety ginie podczas katastrofy. Fred, Constance, Lila i jej braciszek Maks wspólnym wysiłkiem, metodą prób i błędów organizują sobie nocleg i szukają choćby namiastki pożywienia, ale ich celem jest nie tylko przetrwanie w dżungli, lecz przede wszystkim znalezienie drogi i środku lokomocji, które pomogły by im dostać się do jakiejkolwiek ludzkiej osady, a stamtąd - prosto do domu.

Autorka poprzez wielką przygodę swoich małych bohaterów przekazuje nam kilka ważnych lekcji. Po pierwsze, wiedza jest wręcz bezcenna. Ta o otaczającym nas świecie, w erze smartfonów i pozornie wszechobecnego Internetu, wydaje się być osiągalna w sekundę za pomocą tylko kliknięcia. Co się stanie, gdy człowiek nie będzie miał możliwości z niej skorzystać? Jak wtedy da sobie radę? Czy sprosta wyzwaniu i przeżyje, czy też będzie bezradny wobec swojej niewiedzy i czeka go zagłada? A jakie szanse na przetrwanie będzie miało dziecko? Czy młody człowiek, który chętnie chłonie różne ciekawostki i informacje o różnym stopniu przydatności, a jednocześnie pełen pomysłów, które mogłyby nie przyjść do głowy dorosłemu, nie będzie jednak miał większej szansy na wydostanie się z tarapatów?

Drugą istotną kwestią jest przyjaźń i umiejętność pracy w zespole. Zetknięcie się czworga silnych charakterów uświadamia, że czasami należy schować własne ego do kieszeni i pogodzić się z tym, że są w życiu takie chwile, gdy tylko współpraca może przynieść korzyści, a upieranie się przy własnym zdaniu nie zawsze wychodzi na dobre. Przy czym warto wspomnieć, że małych rozbitków łączyła nie tylko fatalna sytuacja, w jakiej nagle się znaleźli, ale również i przyjaźń. Pomiędzy dziećmi, początkowo sobie obcymi, wraz z upływem czasu i często dramatycznymi perypetiami na drodze do wyzwolenia z lasów Amazonii, zrodził się najpierw szacunek, który prędko dał początek naprawdę pięknej relacji, która miała się okazać niezwykle trwała.

Trzecim, równie ważnym, a może najważniejszym przesłaniem, jakie płynie z książki Rundell, jest bezwzględna konieczność walki o pozostawienie tych niewielu dziewiczych zielonych terenów Ziemi w stanie nienaruszonym, jak najdłużej jest to tylko możliwe. Jakie są skutki ingerencji człowieka w przyrodę, nadmierne eksploatowanie zasobów naturalnych planety, przeludnienie, zaśmiecenie - wszyscy już dobrze wiemy, wystarczy wspomnieć o efekcie cieplarnianym i dziurze ozonowej. Nie da się naprawić szkód wyrządzonych naturze, ale można powstrzymać dalszą degradację, nawet jeżeli oznaczałoby to rezygnację z prowadzenia prac naukowców m.in. na obszarze Amazonii. Edukacja w tym temacie jest bardzo ważna, dlatego bardzo podoba mi się, że autorka porusza go w swojej książce przeznaczonej dla młodszych czytelników, pomagając im stać się świadomymi dorosłymi.

Na specjalną wzmiankę zasługuje oprawa graficzna tej książki - okładka jest cudowna, od razu przywodzi na myśl tętniący życiem amazoński las i wielką przygodę, która czeka na czytelnika. Czytanie uprzyjemniają przepiękne ilustracje - czy są rozpięte na obie strony, czy też w postaci drobnych zdobień - sprawiają, że kontakt z "Odkrywcą" jest jeszcze większą ucztą literacką.

Nie mogę się wprost doczekać, aż moje córki, tak bardzo ciekawe świata, będą na tyle duże, aby sięgnąć po książki Rundell. Jednocześnie cieszę się, że ta wielka przygoda jest jeszcze przed nimi i że będę mogła im towarzyszyć podczas jej przeżywania. Mam nadzieję, że "Odkrywca" utrwali je tylko w przekonaniu, że dobrze jest wiedzieć dużo i warto pielęgnować w sobie tę ciekawość i pasję odkrywcy, nawet jeśli te nasze odkrycia pozostają niezauważone przez świat. To mówiąc, czekam niecierpliwie na kolejne książki autorki.


A mowa o...

Odkrywca, Katherine Rundell, Poradnia K, 14 marca 2018r., tyt. oryg. The Explorer, przekład: Paweł Łopatka, 372 strony

"Dachołazy" Katherine Rundell na blogu - TUTAJ