czwartek, 22 marca 2018

DZIEWCZYNA Z KRAKOWA, Alex Rosenberg



Książki opowiadające o ludziach, którzy mieli nieszczęście żyć podczas trwania którejkolwiek wojny, nie tylko drugiej światowej, są zawsze potrzebne; oparte na prawdziwych wydarzeniach lub nawet tylko bazujące na wiedzy autora o tym okresie, mogą uświadomić czytelnikowi jak wielkim złem są konflikty zbrojne i jak łatwo i jak szybko mogą odebrać milionom ludzi wszystko, co jest im najdroższe, wliczając w to własne życie. Stąd mój ogromny szacunek dla autorów, którzy nie boją się podejmować tego arcytrudnego tematu jakim jest literatura wojenna, i którym udaje się stworzyć nie tylko rozrywkę pełną akcji, ale też wzbogacić ją o ważne, uniwersalne przesłanie. Biorąc pod uwagę, że "Dziewczyna z Krakowa" wpisuje się w to kryterium, pragnęłabym móc nazwać czas spędzony na jej czytaniu wartościowym, ale niestety, zawiodły inne aspekty i ostatecznie książka nie spełniła moich oczekiwań względem niej.

Gdy wojna nie jest tylko odległym echem, ale wkracza w życie Rity stając się brutalną rzeczywistością, życie kobiety ulega diametralnej zmianie. Będąc Żydówką, chociaż o aryjskiej urodzie, wraz z rodziną staje się ofiarą faszystowskiego terroru. Na przestrzeni miesięcy traci męża, dziecko, rodziców, kochanka. Jedyne, co jej pozostało, to przetrwać do końca wojny, a w tym celu ucieka się do wszelkich możliwych sposobów, nawet jeśli oznacza to ukrywanie się przed wrogiem tuż przed samym jego nosem - przyjmując niemiecką fałszywą tożsamość. Fabuła książki jest interesująca - muszę to oddać autorowi, że pomysł na książkę był naprawdę ciekawy i przyciągający uwagę. Na pochwałę zasługuje budowanie świata wokół bohaterów - widać, że autor zadał sobie trud, aby poznać materiały źródłowe na temat wyglądu ówczesnych miast i zachowań społecznych i to czuć w tekście. Wszystkie miejsca opisywane przez niego "żyją", niezależnie czy jest to Kraków, Katalonia czy Lwów, a ponieważ wir wydarzeń rzuca bohaterów od jednego miejsca w Europie do następnego, mamy możliwość przyjrzeć się jak wyglądały działania wojenne w różnych częściach kontynentu - tutaj również autor nie zawodzi i tło historyczne doskonale wprowadza czytelnika w klimat owych burzliwych lat.

Jeżeli jednak chodzi o negatywne wrażenia, najbardziej rozczarowała mnie postać głównej bohaterki, Rity, która miała być silną protagonistką, sprytną i zdeterminowaną w walce o przetrwanie, ale moim zdaniem była po prostu...nijaka. Przez większość czasu nie podejmowała decyzji o swoim własnym losie, ale biernie pozwalała nurtowi wydarzeń dać się porwać, nie walcząc o to, na czym w życiu zależało jej najbardziej. Wydaje mi się, że wynika to w głównej mierze z faktu, że autor nie bardzo wiedział jak stworzyć tę postać, nie bardzo zna się na kobietach, a kreacja Rity składa się wiele dość powierzchownych cech. Obdarzył ją oczywiście dużą urodą, inteligencją, która objawia się wygłaszaniem patetycznych stwierdzeń nie bardzo pasujących do kontekstu i znaczą śmiałością w kontaktach erotycznych, ale niewiele wiemy o niej jako o matce. O ile uważam, że kobiety absolutnie nie powinno sprowadzać się tylko i wyłącznie do roli matki i oceniać jej przez pryzmat macierzyństwa, tak sądzę również, że jest jednak dość istotny okres w jej życiu i jednak rozbudowując postać literacką o ten właśnie aspekt życia wypadałoby go jednak wziąć pod uwagę. Tymczasem o dziecku wiemy niewiele, a już w ogóle niewiele wiadomo o uczuciach, jakie żywiła do niego jego matka. W momencie, gdy Rita poddaje się namowie innych i wbrew sobie - bo nie potrafi decydować za siebie - wysyła syna z getta do swoich rodziców, autor niewiele miejsca poświęca na opisywanie jej rozpaczy, bo otarłszy łzy kobieta rzuca się w wir pracy i w dalsze miłostki, a syna prawie w ogóle nie wspomina, przez co wychodzi na osobę dość cyniczną. Nawet jeśli miałaby nie być idealną matką, byłoby lepiej, gdybyśmy mieli wgląd w jej uczucia, ale niestety nie jest nam to dane. Mam wrażenie, że postać dziecka była autorowi potrzebna jedynie, aby dać Rita mogła z jego misia zrobić kryjówkę do przechowywania trucizny, morfiny i czegoś tam jeszcze podczas pobytu w getcie...

Dialogi były kolejnym elementem, który mnie rozpraszał podczas czytania i znacznie je przez to spowalniał. Niezależnie od tego, kto z kim rozmawiał, bez względu na różnicę w pochodzeniu i wykształceniu, rozmowy te brzmiały zawsze tak samo, nie było żadnej indywidualności wśród bohaterów pod tym względem. Były one również beznamiętne, służyły w większości przypadków uzyskaniu konkretnej informacji, co również nadawało im pewną sztywność. Jednak największym zgrzytem były momenty, gdy Rita, ale innym bohaterom też się to zdarzało, chociaż może nie tak nagminnie, wygłaszała sztucznie, bardzo nienaturalnie brzmiące w jej ustach zdania o przebiegu wojny, różnych wydarzeniach jakie miały miejsce aktualnie na świecie, czy wreszcie swoje przemyślenia na temat filozofii.
"- Chciałabym, żebyś miał rację. Żebyśmy mieli ten luksus i mogli myśleć o nas. Ale nie sądzę, byśmy go mieli. Myślę, że Stalin da Hitlerowi w Europie wolną rękę. Jeśli Hitler przegra wojnę z Brytyjczykami i Francuzami, Stalin wypełni próżnię na terenie Niemiec. Natomiast jeśli Hitler zwycięży, to okaże się, że Stalin i tak nie był wystarczająco silny, żeby go pokonać.
- Hitler i Stalin w koalicji? To trockistowskie podejście, Rito. Skąd ty to bierzesz?"
I niestety nie dane jest nam się dowiedzieć, na jakiej podstawie Rita wysnuwa te i inne wnioski na przestrzeni książki. Może gdyby autor wyraźniej zaznaczył, skąd bierze się jej wiedza, trochę uwiarygodnił te wypowiedzi, czytanie ich byłoby trochę łatwiejsze. Może nawet te liczne filozoficzne wtręty i wykłady byłyby również znośniejsze, gdyby umieszczano je w mniej przypadkowych miejscach i dawano im sensowny kontekst. Zdaję sobie sprawę, że pozwalały one dojść bohaterom, a zarazem i mnie, czytelnikowi, do najważniejszego w książce wniosku, a mianowicie, że wobec takiej wojny i tragedii na skalę światową, człowiek jest tylko małym, niewiele znaczącym punkcikiem, ale prosiłabym autora, aby jednak w przyszłości ograniczył ilość filozoficznych dywagacji, bo wydaje mi się, że z naszego duetu: autor - czytelnik, on jednak czerpał większą przyjemność w słuchaniu tego, co miał do powiedzenia.

Generalnie uważam, że moja niezbyt przychylna opinia o książce nie powinna nikogo do niej zrażać ani powstrzymywać przed sięgnięciem po tę pozycję - to, co mnie przeszkadza w pozytywnym jej odbiorze, dla innej osoby może zupełnie nie mieć znaczenia i jest spore prawdopodobieństwo, że spędzi z nią przyjemnie czas. Najlepiej jest przekonać się samemu, zwłaszcza, że zarówno akcja książki, jak czas i miejsce wydarzeń są akurat jej mocnymi punktami i mogą zapewnić całkiem dużo wrażeń, jednak czytelnik zwracający uwagę na detale i różne aspekty, o których wspomniałam wcześniej, niekoniecznie będzie usatysfakcjonowany lekturą.

A mowa o...
Dziewczyna z Krakowa, Alex Rosenberg, wyd, Editio, 6 lutego 2018r., tyt. oryg. The Girl From Krakow, przekład: Agnieszka Olszewska, 440 stron


Link do książki na stronie wydawnictwa--> KLIK

środa, 14 marca 2018

DZIEWCZYNA Z TATUAŻEM NA LĘDŹWIACH, Amy Schumer


Uwielbiam czytać autobiografie silnych kobiet, a najbardziej komiczek. Komedię uwielbiam praktycznie pod każdą postacią, ale zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo, biorąc pod uwagę twórców, jest to specyficzne środowisko, przeważnie dość hermetyczne i seksistowskie. Dlatego kobiety, którym udaje się w nim wybić i zaistnieć, muszą mieć naprawdę wielki talent i równie wielkie...jaja. Oglądanie ich na ekranie sprawia mi ogromną przyjemność, ale czytanie ich memuarów - jeszcze większą. Książki Tiny Fey (SNL, 30 Rock) i Mindy Kaling (The Mindy Project) wspominam bardzo ciepło, Amy Poehler (Parks and Recreation) niestety trochę mniej mi się podobała, ale wszystkie trzy utrzymane były mniej więcej w podobnej konwencji i zawierały w sobie mniej więcej tyle samo elementów komicznych, jak i tych poważnych, a przede wszystkim miały feministyczny wydźwięk. Sięgając po książkę Amy Schumer wiedziałam więc czego mogę się spodziewać, aczkolwiek sama Schumer, paradoksalnie, nie zaliczała się nigdy do moich ulubionych kobiet, a nawet mogę powiedzieć, że unikałam filmów i programów z jej udziałem. Tymczasem okazało się, że "Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach" stała się moim osobistym numerem jeden, przynajmniej jeśli chodzi o inspirujące autobiografie.

Może kojarzycie Amy z filmu "Wykolejona" ("Trainwreck") z 2015 roku, do którego napisała scenariusz i w którym zagrała główną rolę, a może kojarzycie ją z programu satyrycznego, który również tworzyła i w którym występowała "Inside Amy Schumer". A może w ogóle o niej nigdy nie słyszeliście. Amy posiada charakterystyczne poczucie humoru, a wśród tematów, które porusza w swoich skeczach większość kręci się wokół seksu, kwestii związanych z tym co rzekomo kobietom wypada bądź nie, a także wokół jej wyglądu, do którego Amy posiada ogromny dystans. Są to również kwestie poruszane przez nią w jej książce, ale nie tylko. Bardzo otwarcie opowiada o swoim dzieciństwie, które nie było szczególnie nieszczęśliwe, ale nie obyło się bez wybojów na drodze - bankructwo ojca, romans matki, choroby ojca: najpierw alkoholizm, a potem rozpoznanie stwardnienia rozsianego. Słodko-gorzkie wspomnienia Amy, historyjki o chłopakach i facetach, o pierwszych doświadczeniach z narkotykami i alkoholem, chociaż podane zazwyczaj bez ogródek, w dość wulgarny sposób, bardzo mi przypadły do gustu właśnie dzięki jej szczerości. Z jej wspomnień dowiadujemy się również ile ciężkiej pracy i determinacji kosztowało ją osiągnięcie sukcesu, aby znaleźć się w panteonie amerykańskich komików - przy czym nie był to jedynie wysiłek, ale również i wielka pasja, bowiem Schumer podkreśla to wielokrotnie, robi to, co kocha najbardziej, czyli rozśmiesza ludzi, ale nie tylko, bo wykorzystując ich zainteresowanie stara się również zwracać ich uwagę na bardzo istotne kwestie, takie jak np. regulacja handlu bronią w celu ograniczenia do niej dostępu osobom, które mogłyby użyć jej do przeprowadzenia masakry w domu bądź miejscu publicznym.

Zazwyczaj nie zwracam uwagi na okładki, ale tym razem zrobię wyjątek. Spotkałam się z opiniami, że jest ona niesmaczna i wulgarna, i chociaż nie jestem za epatowaniem golizną, w tym przypadku będę bronić książki, moim zdaniem da się ją tutaj usprawiedliwić. Po pierwsze, nagość jest sygnałem, że autorka książki nie ma nic do ukrycia, jest z czytelnikami szczera do bólu. Po drugie, jako posiadaczka ciała, które bynajmniej odbiega od przyjętych za normalne standardów szołbiznesu (choć do normalności jednak baaardzo im daleko), Schumer pokazuje jak bardzo w nosie ma owe standardy, szczególnie poprzez nawiązanie fryzurą i makijażem do Brigitte Bardot, ponadczasowej ikony piękna i seksu (takie przynajmniej było moje pierwsze skojarzenie). No, a po trzecie, jak inaczej mielibyśmy wiedzieć, że ten tytułowy tatuaż faktycznie znajduje się na lędźwiach?

"Jak na ironię, dziś ów tatuaż znaczy dla mnie coś dokładnie przeciwnego, niż miał oznaczać kiedyś. Przypomina mi, że warto być wrażliwym, że trzeba czasem zrezygnować z kontroli nad wszystkim i że popełnianie błędów też się liczy. Przypomina mi, iż - jak napisał Whitman - zawieram w sobie wielość. Zawsze taka będę. (...) Jestem też kobietą rozmiarów "plus size": w dobre dni trzydziestką ósemką, w te jeszcze lepsze - czterdziestką dwójką, tak średnio. Znosiłam równie przykre upokorzenia związane z roznoszeniem steków z polędwicy, jak i z suflowaniem ludziom żartów dla pieniędzy. Jestem silną, dorosłą i potrafiącą o siebie zadbać kobietą, którą emocjonalnie i seksualnie wykorzystywali, a fizycznie maltretowali ci, którym ufałam i o których się troszczyłam. Łamałam innym serca i swoje też miałam złamane.
Nieważne, czy jestem piękna czy brzydka, zabawna czy nudna, mądra czy nie- moja wrażliwość to moja ostateczna siła. Nikt nie jest w stanie wyrazić o mnie zdania prawdziwszego i trwalszego, bardziej niszczącego czy ohydniejszego niż to, które mam wytatuowane na sobie. Jestem dumna, że umiem śmiać się z siebie - nawet przez łzy, które wszyscy widzą, tak samo jak widzą mój głupi, bezsensowny, kiepski i lamerski tatuaż na lędźwiach."

Zdaję sobie sprawę, że książka ta może być niestrawna dla nieco wrażliwszych osób. Jeśli gorszy Was otwarte, bezpośrednie rozmawianie o seksie i jego aspektach fizjologicznych, jeśli uważacie, że prawdziwej damie nie przystoi używanie wulgaryzmów - darujcie sobie tę pozycję. Jeśli skupicie się na stylu, w jakim Schumer opowiada swoje historie, a nie na tym, co tak właściwie ma do powiedzenia, bardzo wiele dobrego może Wam umknąć. Gwarantuję Wam, że warto schować pańciowatość do kieszeni i zaczytać się, a może okazać się, że przypadkiem, oprócz oczekiwanej kupy śmiechu, dostaniecie również opowieść całkiem niegłupiej babki, która ma do siebie i świata ogromny dystans, potrafi i nie boi się postawić na swoim, ceni sobie najbardziej na świecie swoich przyjaciół i rodzinę, ciężką pracę i dobre jedzenie. Jak dla mnie to całkiem sporo powodów, aby awansować Amy na moją kobietę numer jeden, a już na pewno, aby uważać chwile spędzone z jej książką za naprawdę udane. I oczywiście do lektury zachęcam nie tylko panie, ale i panów, tak szczery i konkretny kobiecy punkt widzenia może okazać się bardzo przydatny i edukacyjny.

A mowa o:

Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach, Amy Schumer, Wyd. Kobiece, 2 marca 2018 r., tyt. oryg. "The Girl with the Lower Back Tatoo", przekład: Przemysław Hejmej, 352 strony

poniedziałek, 12 marca 2018

ELEGIA DLA BIDOKÓW, J.D.Vance



Książka Vance'a jest ciekawym portretem tej części społeczeństwa amerykańskiego, o której w Polsce wiemy stosunkowo niewiele. Hillbillies, czyli biali mieszkańcy rolniczych terenów amerykańskiego Południa, lub, jak w przypadku autora, górskiego obszaru Appalachów, w kulturze zazwyczaj przedstawiani są, oczywiście stereotypowo, jako ludzie o kiepskim stanie uzębienia, chodzący na co dzień w słomkowym kapeluszu, boso, w powyciąganych łachach, które skądś wygrzebali albo dostali z drugiej, trzeciej, a nierzadko czwartej ręki; oczywiście, zgodnie z tym stereotypem nie posiadają żadnych ambicji w życiu poza pędzeniem bimbru, graniem na banjo i jeżdżeniem po okolicy rozklekotaną półciężarówką. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, wygląda nieco inaczej. Warto jeszcze wspomnieć, że przy okazji zgłębiania tematu okazało się, że słowa hillbilly i redneck jednak nie zawsze mogą być stosowane zamiennie, chociaż ich wydźwięk jest podobny (tutaj link dla zainteresowanych do strony po angielsku, ładne i konkretne wyjaśnienie subtelnej różnicy bez uciekania się do tanich żartów takich jak ten, że hillbilly, w przeciwieństwie do rednecka, nie sypia ze swoją siostrą).

Kim jest autor? J.D. Vance to zaledwie trzydziestoletni prawnik, wywodzący się z bidoków z Ohio, człowiek dumny ze swego pochodzenia, a jednocześnie chlubny przykład na to, że pomimo niesprzyjających warunków, czyli, jak w przypadku autora - biedy i patologii w domu rodzinnym, wciąż można zdobyć wyższe wykształcenie i osiągnąć w życiu sukces. "Elegia dla bidoków" jest zarazem osobistą opowieścią o burzliwym i trudnym dzieciństwie i dorastaniu w cieniu matki-narkomanki, jak i hołdem dla twardych ludzi, jakimi byli jego dziadkowie, którzy wpoili mu najważniejsze wartości. Podczas gdy matka Vance'a uzależniała się od coraz to innego narkotyku, a  w jej życiu pojawiał się co jakiś czas nowy mężczyzna, on sam będąc dzieckiem, a potem już nastolatkiem, zawsze mógł liczyć na wsparcie Memaw i Pepaw, czyli babci i dziadka, którzy widząc upadek córki, chcieli uchronić wnuka od takiego samego losu. W środowisku, w którym żyli, ludzi niezamożnych, najczęściej bezrobotnych, polegających częściej na zasiłkach niż na własnych możliwościach zarobkowych, uzależnionych od alkoholu i narkotyków, tylko odpowiednia dyscyplina i motywacja mogła odnieść skutek, a na szczęście dziadkowie nie szczędzili młodemu Vance'owi ani jednego, ani drugiego. I to właśnie oni stoją na piedestale w jego opowieści, która jest swoistym hołdem ku ich pamięci. Wspominając ich, autor nie upiększa niczego, nie cofa się przed przywołaniem ich niechlubnych występków i zachowań, bo jako bidoki z pokolenia na pokolenie, mieli ich całkiem sporo. Przy czym warto wspomnieć, że Memaw nie jest tutaj typową babcią, która robi na drutach i piecze ciasto - to kobieta o złotym sercu, ale i niewyparzonym języku, nie przywiązująca uwagi do społecznych konwenansów, stojąca, w myśl zasady, która przyświeca każdemu bidokowi, murem za swoją rodziną. Gdyby ta solidarność wymagała od niej użycia przemocy czy też nawet pozbawienia kogoś życia w imię honoru rodziny, bez mrugnięcia okiem posunęłaby się do najgorszego; w przypadku autora na szczęście skończyło się na uświadomieniu jak istotne jest, aby skupił się na zdobywaniu wykształcenia.

Dla mnie "Elegia" nie jest jednak manifestem politycznym, nie widzę w niej odniesień do kampanii prezydenckiej, według mnie wcale nie zawiera odpowiedzi na pytanie, dlaczego właśnie Trump wygrał kampanię. To co widzę na pewno, to obraz społeczeństwa popadającego w coraz większy marazm i jego postępujący rozpad. Vance, dzisiaj bardziej jako obserwator, był niegdyś jego częścią, więc wszystkie jego spostrzeżenia są jak najbardziej wiarygodne, o lepszą perspektywę nie można prosić. Powrót w rodzinne strony przynosi gorzką refleksję nad przyszłością tych ludzi, którzy wydają się być pozostawieni na pastwę losu. Zamykane zakłady pracy, szkodliwa gorliwość państwa w wypłacaniu zasiłków, które rozleniwiły i zamiast stać się sposobem na przeżycie, stały się sposobem na życie, ale najbardziej przeraża niechęć rządu do podjęcia jakichkolwiek działań w celu poprawienia tej sytuacji i przywrócenia równowagi w tym środowisku.

To, co rzuciło mi się w oczy, to kilkakrotne stwierdzenie autora na przestrzeni książki jakoby bidoki, czyli biała klasa robotnicza Appalachów i wyżyny Ozarks, znajdowały się w najgorszej sytuacji ze wszystkich grup społecznych w Stanach. Wliczając w to również osoby czarnoskóre. Jest to bardzo odważna spekulacja, nie poparta żadnymi konkretnymi badaniami, bardzo ryzykowna dla osoby, która decyduje się na wypowiadanie podobnych założeń. Lokalny patriotyzm jest w autorze silny, brawo, ale wobec nastrojów jakie panują obecnie na świecie, a już chyba najbardziej w USA, gdzie powstał ruch Black Lives Matter, gdzie po dziś dzień widoczne są skutki niewolnictwa i segregacji rasowej, wypadałoby jednak wykazać się większym rozsądkiem. Vance szkodzi w ten sposób nie tylko sobie, ale i swoim pobratymcom, którzy, nomen omen, w Stanach mają łatkę rasistów. Stawianie ich ponad ludzi, którzy codziennie muszą walczyć z mniej lub bardziej widocznymi oznakami nietolerancji na tle rasowym, każe się zastanowić, czy jest to zwykła nierozwaga ze strony autora, czy kryje się za tym coś więcej.

Dla tych, którzy nie szukają w "Elegii" wielkiej polityki, książka ta będzie idealnym pretekstem, aby poznać Stany Zjednoczone bez upiększeń, bez photoshopa, pozwoli zajrzeć tam, gdzie niechętnie zaprasza się obcych. Jest to interesujące studium biedy i tego, jak w patologicznym niemal środowisku, można znaleźć motywację i siłę, aby się z niego wyrwać, a największym atutem książki są autentyczność i dystans autora do opowiadanej przez siebie historii własnej rodziny. Ciekawa pozycja, naprawdę warto się z nią zapoznać.

A mowa o...

Elegia dla bidoków, J.D. Vance, wyd. Marginesy,15 lutego 2018r., tyt. oryg. "Hillbilly Elegy", przekład: Tomasz S. Gałązka, 304 strony

Szczerze mówiąc, gdy myślę o bidokach, zawsze przypomina mi się film braci Coen "Bracie, gdzie jesteś?", który serdecznie polecam, zresztą jak każdy film braci Coen.



piątek, 2 marca 2018

DACHOŁAZY, Katherine Rundell



Niezwykle klimatyczna opowieść, można by rzec magiczna, aczkolwiek samej magii tu nie znajdziecie. Wielka w tym zasługa subtelnego, lirycznego, choć jednocześnie prostego języka, którym swoją opowieść snuje młoda autorka, dla której "Dachołazy", ku mojemu zaskoczeniu, były dopiero drugą w dorobku książką, chociaż wydawać by się mogło, że jest to dzieło znacznie doświadczonego twórcy.

Wszystko zaczyna się pewnego poranka, gdy na kanale La Manche dochodzi do katastrofy statku. Wśród rozbitków jest dziecko pływające w futerale na wiolonczelę. Niespełna rocznym niemowlęciem postanawia zaopiekować się jego znalazca, nieco ekscentryczny naukowiec Charles Maxim. Malutka Sophie dostaje od niego nie tylko imię symbolizujące wiedzę, ale również nieco ekscentryczne wychowanie, w którym nacisk położony jest na to co w życiu najważniejsze, czyli otwarty umysł i zamiłowanie do książek i nauki. Niestety, opieka społeczna widzi to inaczej. Samotny mężczyzna, który nie przywiązuje uwagi do staranniejszego ubierania dziecka - Sophie chodzi bowiem w chłopięcych koszulach i, o zgrozo, w spodniach - i pozwala dziewczynce jeść z książek zamiast z talerzy, nie jest właściwym opiekunem w opinii pracowników społecznych. Decyzją Krajowego Urzędu Opiekuńczego dziewczynka ma zostać mu odebrana i przekazana do sierocińca. Perspektywa rozłąki z Charlesem, który zastępuje jej ojca, a także nieustanna, niczym nie uzasadniona wiara w to, że jej matka zyje i gdzieś na świecie czeka na nią, stają się dla tej dwójki impulsem do podjęcia szalonej decyzji o ucieczce do Paryża. Tam bowiem prowadzi ich nikły trop, mały karteluszek znaleziony przypadkiem po latach w wiolonczeli...

I to właśnie w Paryżu wchodzimy w świat dachołazów. Dachy zabytkowych w większości budynków nagle okazują się być domem osieroconych nastolatków, które łączą się w zorganizowane grupy, niekoniecznie jednak wzajemnie się tolerujące. Ten podniebny świat okazuje się być równie brutalny jak ten, któremu dachołazy przyglądają się z dystansu, każda grupa ma bowiem swoje terytorium, a nieopatrzne i samowolne przekroczenie ich granic może skończyć się tragicznie. Biorąc udział w bieganiu po dachach razem z nimi można poczuć, czym jest wolność. Bo te dojrzałe ponad swój wiek dzieci, doświadczone w walce o przeżycie, dzikie, wygłodzone i brudne do granic niemożliwości, są przede wszystkim szczęśliwe mogąc żyć na swój własny sposób, nawet jeśli postronnej osobie wyda się on pozbawiony sensu. Dachołazy obserwują świat z góry, są obok niego, nie biorą w nim tak naprawdę udziału z własnego wyboru - wolą tak wyglądającą wolność od tego, co społeczeństwo ma im do zaoferowania - sierocińce, wciśnięcie w system, gdzie każdy musi przestrzegać zasad, aby pasować. A to, że jesteśmy cudowni tacy, jacy właśnie jesteśmy, z każdym małym i dużym dziwactwem, obojętnie czy chodzimy po dachach, czy jemy z książek bo potłukliśmy wszystkie talerze, jest pięknym, ponadczasowym przesłaniem, który czyni z "Dachołazów" pozycję mądrą i nietuzinkową, gwarantując jej, że wartości w niej zawarte nie stracą nigdy ze swej aktualności.

Przyznam się szczerze, że dopóki nie sięgnęłam po książkę Rundell, nie miałam pojęcia o istnieniu dachołazów, a w czasie, gdy czytałam książkę, przez myśl mi nie przeszło, że nie są one tylko i wyłącznie wymysłem autorki. Moją uwagę przykuło to, jak bardzo dokładne i szczegółowe instrukcje pojawiają się w momencie, gdy Matteo, przewodnik Sophie po dachach Paryża, tłumaczy jej jak się poruszać. Nie przypuszczałam, że autorka dzieli się w ten sposób własnym doświadczeniem, ponieważ, jak dowiedziałam się już po lekturze książki, sama jest bowiem zapalonym dachołazem i chociaż na co dzień wspina się po brytyjskich dachach, chodzenie po tych paryskich ma równie dobrze opanowane. Jeżeli chcecie dowiedzieć się nieco więcej na temat tej nietuzinkowej autorki - link do artykułu na jej temat znajdziecie tutaj.

Książka zdobyła zasłużone nagrody „Blue Peter Book Award”, „Waterstones Children's Book Prize” oraz została nominowana do nagrody „CILIP Carnegie Medal”. Chociaż jej bohaterami są głównie młodzi ludzie, historia upartej dwunastolatki, która podczas pobytu w Paryżu odkrywa istnienie bezdomnych dzieci mieszkających na dachach budynków, ma szansę podbić serca nie tylko nastoletnich czytelników, ale i dorosłych. Naprawdę warto dać się ponieść tej niesamowicie oryginalnej przygodzie w duchu klasycznych opowieści dla dzieci i młodzieży, która łączy w sobie nutkę awanturnictwa z uniwersalnym przesłaniem o tym, że jeśli niekoniecznie wpisujemy się w to, co społeczeństwo uważa za ogólnie przyjętą normę, to oznacza to, że musimy się z tym czuć źle, wręcz przeciwnie. Warto mieć nadzieję i warto walczyć o spełnienie swoich marzeń, dopóki jest na to choćby cień szansy. Powtarzając za Sophie:"Nigdy nie przekreślaj możliwego."

Po takich dachach chodzi pisarka - tutaj akurat widnieje All Souls College w Oksfordzie, którego członkiem jest Rundell.

A mowa o...

Dachołazy, Katherine Rundell, wyd. Poradnia K, 25 października 2017r., tyt. oryg. The Rooftoppers, przekład: Tomasz Bieroń, 264 strony


Już wkrótce na blogu o kolejnej książce autorki, marcowej premierze:

czwartek, 1 marca 2018

NA CO POLOWAĆ W MARCU? Subiektywny przegląd zapowiedzi książkowych


Marzec na szczęście, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich miesięcy, przynosi trochę oddechu czytelnikom i ich portfelom - tak miał brzmieć wstęp do tego posta. Ponieważ jednak książek wartych chociaż wspomnienia jest tutaj prawie czterdzieści (!), mogę powiedzieć tylko tyle: mój portfel nie odpocznie sobie za bardzo. Na spokojny kwiecień też nie liczę specjalnie, bowiem już w tym momencie jest sporo fajnych propozycji wydawniczych. No cóż, nie ma co narzekać, tylko czytać...i kupić większe mieszkanie, żeby pomieścić jakoś te skarby.

Tytuły, które pojawią się poniżej, są oczywiście tymi, które chętnie przysposobię do mojej biblioteczki i które wpisują się w moje zainteresowania, możliwe, że specjalnie pomijam książki będące romansami, ponieważ nie jestem nimi zainteresowana. I uważam, że każda książka wydawnictwa Czarne jest absolutnie warta przeczytania - tutaj skromnie wymieniam ich tylko kilka, ale wszystkie zapowiedzi na marzec są godne uwagi.

Na pierwszy ogień idą pozycje, które dla mnie mają priorytet podczas zakupów książkowych, czyli pięć powieści, które powinny być literacką ucztą. Paul Auster "4321" i opowieść o człowieku, któremu dane jest przeżyć swoje życie cztery razy, okrzyknięta już epopeją XXI wieku (Znak, 14.03). Sofi Oksanen "Norma" i opowieść o kobietach w wykonaniu jednej z najwybitniejszych fińskich pisarek (Znak, 26.03). Atticus Lish "Następne życie" i opowieść o przetrwaniu w Nowym Jorku (Wyd. Poznańskie, 14.03). Sana Krasikov "Patrioci", czyli trzypokoleniowa saga rodzinna i powieść szpiegowska w jednym (W.A.B., 14.03). Miranda July "Pierwszy bandzior", czyli przewrotnie o naturze ludzkiej (Pauza, od 28.02. wyłącznie w sieci Empik, ogólnie dostępna od 14.03).


Eve Ensler "Monologi waginy" - to już dwadzieścia lat, odkąd ten manifest kobiecości został po raz pierwszy opublikowany. Wznowienie tej pozycji nie mogłoby się pojawić w bardziej odpowiednim momencie (Poradnia K, 14.03). "Kobiece dwudziestolecie 1918-1939" , czyli o kobietach, które tworzyły kulturę w tym okresie, obszerne opracowanie przywołujące nazwiska, które odeszły w zapomnienie (Uniwersytet Mikołaja Kopernika, dostępna już w sprzedaży). Karl Ove Knausgard "Moja walka 6", czyli zamknięcie ekshibicjonistycznego cyklu (Wyd. Literackie, 28.02). Makis Tsitas "Bóg mi świadkiem", czyli opowieść człowieka, który dotychczas pozostawał bez głosu, czyli odsłona nowej Serii z winnicą od niezawodnych Książkowych Klimatów (5.03).


Cztery wyśmienicie zapowiadające się reportaże. Małgorzata Szejnert "Wyspa Węży", czyli " opowieść o wojnie, która częściej niż walką bywa wyczekiwaniem" (Znak, 14.03). Justyna Kopińska "Z nienawiści do kobiet", czyli zbiór reportaży autorki "Polska odwraca oczy" (Świat Książki, 8.03). Cezary Łazarkiewicz "Koronkowa robota", czyli zdobywca ubiegłorocznej Nagrody Nike o najgłośniejszym procesie dwudziestolecia międzywojennego (Czarne, 14.03). Cezary Łazarkiewicz i Ewa Winnicka "1968. Nadchodzą nowe czasy", czyli ceniona reporterska para o przełomowym roku '68 w Polsce i na świecie (Agora, 14.03).


Kolejne dwa znakomicie zapowiadające się reportaże. Gillian McCain i Legs McNeil "Please kill me. Punkowa historia punka", czyli historia sex, drugs and rock'n'roll w najlepszym wydaniu (Czarne, 14.03). Asne Seierstad "Dwie siostry", czyli opowieść o dwóch norwesko-somalijskich siostrach, które opuszczają Norwegię, aby zacząć nowe życie w Syrii wśród bojowników Państwa Islamskiego (W.A.B., 4.04).

Neil Gaiman "Rzeczy ulotne", czyli zbiór ponad trzydziestu opowiadań w nowym, pięknym wydaniu (MAG, 14.03). Adam Podlewski "Zaułki dobrej nadziei" i tu zamieszczam opis wydawcy, bo najlepiej wyjaśnia o czym książka jest: "Doktor Grzegorz Trzmiel, skromny wykładowca historii informatyki Uniwersytetu Warszawskiego, niespodziewanie zostaje śledczym z ramienia uczelni. Jak się szybko okaże, przeciwności takie jak sztuczna inteligencja, zabijająca leniwych wykładowców, wzorowany na peerelowskim osiedlu park rozrywki oraz knująca zemstę szalona wdowa należą do typowych wyzwań stawianych przez Warszawę stróżom prawa. Stolica przyszłości domaga się swojego detektywa, nawet jeśli sam kandydat tego losu chce uniknąć" (Skarpa Warszawska, 1.03). Cynthia Swanson "Wyśnione życie", czyli prowokujący i niezwykle mocny debiut o kobiecie, która musi pogodzić rzeczywistość z kuszącym światem snów (Wydawnictwo Kobiece, 5.03). Paulien Cornelisse "Korpożycie świnki morskiej", czyli opowieść o perypetii świnki morskiej żyjącej wśród korposzczurów (Muza, 14.03).


Katherine Rundell "Odkrywca", czyli magiczna opowieść o dzieciach-rozbitkach, które zdane są tylko na siebie, aby przeżyć w amazońskiej dżungli (Poradnia K, 14.03). Renata Kijowska "Kuba Niedźwiedź", czyli opowieści o dwóch braciach-niedźwiadkach i innych leśnych zwierzakach (Znak, 14.03). Katarzyna Ryrych "Wilczek", czyli o stanie wojennym dla młodszych czytelników (Wyd. Literatura, 8.03). Michael Ende "Niekończąca się historia", bo jak byłam bobasem, (rzekomo) bardzo lubiłam wpatrywać się w plakat Limahla, czyli piosenkarza wykonującego tytułową piosenkę do filmu na podstawie tej książki. O! (Znak, 26.03)


Z myślą o czytelnikach młodych nie tylko ciałem, ale i duchem:) Małgorzata Musierowicz "Ciotka Zgryzotka", czyli wytęskniony przez wiele czytelniczek powrót do rodziny Borejko (Akapit Press, 14.03). Madeleine L'engle "Pułapka czasu" - wraz z ekranizacją w kinach, w księgarniach pojawia się ten klasyk literatury dziecięcej (MAG, 28.02). Jason Aaron "Thor. Gromowładna. Tom 1" to komiks, w którym młot Thora dzierży wyjątkowo kobieta (Egmont, 28.03). Karen M. McManus "Jedno z nas kłamie", czyli thriller dla młodzieży, głośny tytuł zza oceanu (Prószyński i S-ka, 13.03). Marissa Meyer "Scarlet", czyli drugi tom znakomitej sagi księżycowej, w której Kopciuszek spotyka Czerwonego Kapturka (Papierowy Księżyc, 28.03).


Coś dla tych, co chcą wiedzieć więcej o świecie. Robert Pucek "Sennik ciem i motyli", czyli trzecia już książka autora żyjącego z dala od cywilizacji, tym razem pretekstem do erudycyjnych opowieści stają się ćmy i motyle (Czarne, 28.03). Leigh Calvez "Rzecz o sowach", czyli wraz z autorką tropimy i poznajemy 11 gatunków sów (Muza, 14.03). Dave Goulson "Łąka" - za opisem: "W jaki sposób tykotek rudowłos, którego stukanie w pustym domu może przeprawić o palpitacje, znajduje partnerkę? Po co nam muchy i czy słusznie się ich brzydzimy? Dlaczego motyle mają plamki na skrzydłach? Czy seks pluskwiaków jest bolesny? Jaka szybka bywa ważka? I czy osy zawiązują sojusze?" Czyż to nie brzmi zachęcająco? (Marginesy, 14.03) Tim Peake "Zapytaj astronautę", czyli prawdziwy astronauta odpowiada na pytania i w przystępny, humorystyczny sposób tłumaczy kosmos (Wyd. Kobiece, 9.03). Herman Lindqvist "Wazowie. Historia burzliwa i brutalna", bo: "Herman Lindqvist żywiołowo i dowcipnie opisuje tamte czasy, a przy okazji przypomina, jak rozległym i nowoczesnym krajem była Polska" (Marginesy, 14.03).



I kilka premier dla miłośników mocniejszych wrażeń. J.S.Monroe "Znajdź mnie": "Rosa, dziewczyna Jara Costello, popełniła samobójstwo, kiedy oboje studiowali w Cambridge. Nie ma dnia, żeby Jar o niej nie myślał. Minęło pięć lat, ale mężczyzna nadal obsesyjnie podejrzewa, że Rosa – jego jedyna miłość – żyje. Dręczą go wizje dziewczyny, zaskakująco realistyczne i pojawiające się w nieoczekiwanych miejscach. Jego terapeuta twierdzi, że to halucynacje pożałobne. Po odnalezieniu jej pamiętnika podejmuje rozpaczliwe działania, by zrozumieć okoliczności jej śmierci. Im głębiej zanurza się w sprawę, tym bardziej czuje się zagubiony. Trafia do mrocznego półświatka, gdzie nic nie jest tym, czym się wydaje i nikomu nie można ufać, trafia w sam środek szeroko zakrojonej intrygi, która zmienia wszystko wokół niego raz na zawsze." (W.A.B., 14.03.) Antonio Manzini "Zła pora roku", czyli trzecia część przygód detektywa Rocco Scavione (Muza, 28.03). Leila Slimani "W ogrodzie pożądania", debiut literacki autorki wstrząsającej "Kołysanki" (przeczytaj o niej TUTAJ). Tym razem zmierzymy się z konsekwencjami nieujarzmionego pożądania (Sonia Draga, 28.03). Jensen Jens Henrik "Zanim zawisły psy" to pierwsza z trzech części cyklu o Nielsie Oxenie, byłym żołnierzem duńskich sił specjalnych, zamieszanym w śledztwo mające wyjaśnić serię okrutnych morderstw (Editio,  14.03). Nate Blakeslee "Wilczyca" to w prawdzie książka z gatunku nonfiction, ale zapowiada się bardzo emocjonująco - reporter śledczy bada sprawę wilczycy Szóstki, jednej z najczęściej podglądanych w social mediach, która padła ofiarą bezwzględnego myśliwego (Otwarte, 14.03)



A Wy na co czekacie w marcu? Chętnie się dowiem, może przeoczyłam jakiś ciekawy tytuł:)

środa, 28 lutego 2018

KREDZIARZ, C.J. Tudor



Rok 1986 okaże się przełomowym dla mieszkańców małego angielskiego miasteczka. Seria dziwnych zdarzeń i nieszczęśliwych wypadków okaże się tylko zapowiedzią najbardziej szokującego i niewyobrażalnego wydarzenia - grupka nastolatków, porozumiewająca się wówczas między sobą za pomocą znaków robionych kredą, właśnie dzięki znakom znajdzie w lesie rozczłonkowane ciało dziewczyny, ich starszej koleżanki, którą znają ze szkoły. Kto mógł dokonać tak bestialskiego czyny? Mordercy nie udaje się złapać i osądzić, ostatecznie sprawa pozostaje bez zamknięcia. Mija trzydzieści lat. Eddie, główny bohater, jeden z chłopców, którzy odnaleźli zwłoki, dostaje anonimowy list - na kartce papieru narysowany kredkami jest kreskowy ludzik z pętlą na szyi, zaś z koperty wypada kawałek kredy...

"Kredziarz" to debiut brytyjskiej autorki C.J. Tudor i muszę przyznać, że autorka ustawiła sobie dość wysoko poprzeczkę. Ciężko uwierzyć, że tak mroczna i zgrabna pod względem fabularnym książka jest dopiero pierwszą w jej dorobku - nawet jeśli pojawiły się drobne niedociągnięcia, sądzę, że nie mają one wpływu na generalny odbiór książki przez czytelnika. Ed, główny bohater i jednocześnie narrator książki, opowiada nam swoją historię, przeplatając wydarzenia bieżące tymi, które miały miejsce trzy dekady temu. Tak więc w jednym rozdziale śledzimy perypetie wszędobylskich nastolatków, nieświadomych, że oto mijają ostatnie chwile ich beztroskiego dzieciństwa, a zaraz w następnym towarzyszymy mężczyźnie, z którym życie nie obeszło się najłagodniej, bo do traumy z młodości dołączyła choroba ukochanego ojca.

Dużo się tu dzieje, fabuła posuwa się zgrabnie naprzód, dostarczając nam zarówno odpowiedzi na nurtujące nas pytania, jak i kilku zaskakujących zwrotów akcji - te naprawdę robią wrażenie, a autorka zaskakuje nawet wtedy, gdy wydaje się, że już wszystkie karty zostały odkryte. Bardzo podoba mi się atmosfera panująca w książce, która przecież po części opowiada o nastolatkach, ale nie ma tu miejsca na młodzieńczy optymizm i beztroskę. Autorka stawia na tę dość ponurą stronę dorastania, i słusznie - moim zdaniem jest to trudny czas w życiu, a wszystkie negatywne emocje jakie targają młodym człowiekiem, skutecznie wpisują się w tym przypadku w klimat grozy, jaki stopniowo ogarnia małą społeczność po kilku nieprzyjemnych epizodach. I to jest kolejny aspekt, który zwrócił moją uwagę - wydarzenia toczące się pozornie w tle opowieści Eda i rodząca się frustracja i przerażenie dorosłych, gdy niektóre sprawy wymykają się spod kontroli, a eskalacja przemocy wydaje się nie mieć końca.

Ogólnym wydźwiękiem książki jest refleksja, że zło czai się wszędzie, nawet tam, gdzie nie spodziewamy się go znaleźć, a maski jakie przybiera, mogą nas skutecznie wywieść w pole. Do tego dochodzi jeszcze mocna nostalgia lat osiemdziesiątych, tak znajoma z serialu "Stranger Things" i książek Kinga, do których nawiązuje stylistyką autorka i "Kredziarza" można spokojnie polecić miłośnikowi książek z dreszczykiem, a wciągająca akcja i zaskakujące zakończenie nie powinny rozczarować. Warto też z pewnością śledzić poczynania autorki; jeśli każda następna jej powieść będzie tak samo dobra lub nawet lepsza, smakosze thrillerów mogą spać spokojnie, nie grozi im czytelnicza posucha.


A mowa o...

Kredziarz, C.J. Tudor, wyd. Czarna Owca, 28 luty 2018r., tyt. oryg. The Chalk Man, przekład: Piotr Kaliński, 384 strony

wtorek, 20 lutego 2018

MARTWA JESTEŚ PIĘKNA, Belinda Bauer



"Martwa jesteś piękna" - już sam tytuł wzbudza emocje w czytelniku, sprawia, że gdzieś po plecach przechodzi nas lekki dreszcz. Owo słodkie wyznanie zapowiada nam, że będziemy mieli do czynienia z nie lada szaleńcem, jednocześnie budzi naszą ciekawość, ale i niepokój. Na pewno nie ma co się bać, że książka sprawi nam zawód - to prawdziwa petarda, wciąga i bawi, niekiedy wzbudza obrzydzenie dość makabrycznymi scenami i jednocześnie posiada kilka naprawdę świetnych postaci, którym się kibicuje i życzy jak najlepiej w starciu z mordercą...

Całość rozpoczyna się sceną jak z najlepszego horroru - młoda kobieta udaje się w sobotę do pracy do pustego niemal budynku biurowca, a na swoim piętrze spostrzega nieznajomego mężczyznę, który zdecydowanie nie ma najlepszych zamiarów względem niej. Dziewczynie udaje się uciec na parter, wyjście jest już w zasięgu ręki, gdy nagle okazuje się, że nie ma kluczy przy sobie, bowiem rzuciła nimi wcześniej w napastnika (co oczywiście niewiele jej dało)...Gdy ciało zostaje zauważone, na miejscu zbrodni pojawia się nie tylko policja, ale i dziennikarze, a wśród nich Eve Singer, telewizyjna reporterka kryminalna. Złośliwy los sprawi, że drogi Eve i zbrodniarza się przetną, a nieświadoma niczego kobieta zrobi ogromne wrażenie na psychopacie, który odtąd będzie uważał ją za bratnią duszę, jedyną osobą, która jest w stanie go zrozumieć, a następnie zacznie dedykować jej kolejne, coraz to makabryczniejsze, morderstwa...

Książka Bauer za swój główny cel zdaje się obierać trywializację śmierci w mediach, robienie ze zbrodni sensacji o jednodniowej dacie ważności. Gdy ekscytacja widzów gaśnie, a temat zostaje wyczerpany, dziennikarze, niczym sępy, szukają kolejnej tragedii, którą mogą sprzedać, aby utrzymać zainteresowanie odbiorców i pozostać ciągle w grze, używając do tego niekiedy środków, które dla wielu mogą okazać się nieetyczne. Ten głód śmierci wykorzystany zostaje przez mordercę, który w dziennikarce zajmującej się sprawami kryminalnymi dostrzega wiele wspólnych cech - przede wszystkim oboje doceniają "dobrą" zbrodnię, popełnioną z okrucieństwem, która postronnego widza zaszokuje i jednocześnie dobrze się sprzeda. Dlatego zabójca decyduje się na rozpoczęcie specyficznej gry, w którą wciąga Eve, a sednem całej książki, najważniejszym pytaniem jest nie kto zabija, ale jak szybko uda się go złapać zanim jego chora sztuka - bo o swoich zbrodniach myśli w kategorii dzieł, a siebie nazywa artystą - pochłonie więcej niewinnych ofiar.

Na wzmiankę na pewno zasługują bohaterowie, zarówno ci pierwszo, jak i drugoplanowi. Autorka stworzyła pełnokrwiste, wiarygodne, dopracowane w każdym szczególe postaci, niezależnie od tego, czy jest to sadystyczny psychopata, który w wyniku niezbyt szczęśliwego dzieciństwa czuje się usprawiedliwiony do zabijania innych w imię źle pojmowanej sztuki, czy też sąsiad głównej bohaterki, który choć początkowo gburowaty, okazuje się człowiekiem o złotym, lecz złamanym przez tragedię rodzinną, sercem. Sama Eve jest ciekawą postacią, nie boi się wyzwań i chociaż zwyczajnie po ludzku czasami sobie nie radzi psychicznie ze świadomością, że jest na świeczniku morderczego psychopaty, to jednak wciąż potrafi podejmować niebanalne, zaskakujące decyzje.

Świetna rozrywka na kilka wieczorów - inteligentna, dowcipna, trzymająca w napięciu, a jednocześnie miejscami bawiąca absurdalnym humorem sytuacyjnym książka. Jeśli lubicie soczyste, krwawe thrillery, gdzie trup ściele się gęsto, a morderca bawi się z osobą go poszukującą w kotka i myszkę, powinniście być usatysfakcjonowani. Ja czuję spory apetyt na inne książki autorki, a z pewnością wejdę w posiadanie wydanych u nas w 2010 roku "Szczątków" - polecam Allegro, pozycja jest łatwo dostępna. Mam nadzieję, że to co było dla mnie ogromną zaletą, czyli poczucie humoru i bohaterowie, znajdę i w innych jej książkach.

 A mowa o...
Martwa jesteś piękna, Belinda Bauer, wyd. Muza, 28 lutego 2018r., tyt. oryg. The Beautiful Dead, przekład: Paweł Wolak, 448 stron

sobota, 17 lutego 2018

KOŁYSANKA, Leila Slimani



Książka, którą pochłonęłam w kilka godzin i której nie byłam w stanie odłożyć ani na sekundę. Ciężko uwierzyć, że ta w sumie dość niewielka objętościowo rzecz zawiera w sobie historię tak mrożącą krew w żyłach, ale jednocześnie nie nieprawdopodobną. Oto czteroosobowa rodzina z Paryża, młode małżeństwo z dwójką małych dzieci, wkracza w nowy etap życia. Matka, zmęczona brzemieniem macierzyństwa, ambitna, aczkolwiek niespełniona prawniczka, pragnie znowu realizować się na polu zawodowym. Rodzice przeprowadzają surową selekcję i wybierają nianię, która wydaje im się najbardziej odpowiednia do sprawowania opieki nad ich skarbami. Jak się dość szybko okaże nie mogli lepiej trafić, niania bowiem okazuje się prawdziwym klejnotem, bez którego nie będą potrafili wyobrazić sobie życia. Nie dość, że uwielbia dzieci, a i one nie mogą się bez niej obejść, to jeszcze wprowadza ład nie tylko do zabałaganionego mieszkania, ale i też do chaotycznego życia jego mieszkańców. Co się jednak stanie, gdy okaże się, że niania również przywiązana jest do swoich pracodawców, ale już w trochę bardziej niezdrowy sposób, a w dodatku nie jest tak kryształowo idealna, jak chciałaby być postrzegana?

Historia w "Kołysance" opowiedziana jest w interesujący sposób - na samym początku, już w pierwszym akapicie czytelnik dowiaduje się o wstrząsającej tragedii, jaka ma miejsce w domu zwykłej paryskiej rodziny. Dość powiedzieć, że te kilka zdań szokuje i porusza czytelnika, który raczej nie spodziewał się tak dramatycznego rozpoczęcia książki, jednocześnie dzięki takiemu zabiegowi buduje się od razu atmosfera grozy i napięcia. Od kolejnego rozdziału wracamy do punktu, od którego cała historia się zaczęła, czyli do początku, kiedy to matka decyduje się na powrót do pracy i zaczyna się poszukiwanie niani. Rozdział po rozdziale coraz wyraźniej widzimy, dlaczego doszło do dramatu, a także jasne staje się, że można było go uniknąć, że pojawiały się znaki, które zostały jednak przez osoby poszkodowane zignorowane.

O czym tak naprawdę jest "Kołysanka"? To przede wszystkim opowieść o macierzyństwie, o wewnętrznym konflikcie współczesnej matki, która chce być aktywna zawodowo, chce i potrzebuje pracować, ale jednocześnie obwinia się o to, że te pragnienia są egoistyczne, że na jej wyborze cierpi rodzina, a ona nie jest idealną matką dla swoich dzieci. W głębi duszy wie bardzo dobrze, że nie potrafi się w stu procentach oddać tylko opiece nad dziećmi, gdyż pozbawia ją to w pewien sposób własnej tożsamości i kładzie się cieniem na jej zdrowiu psychicznym, a co za tym idzie, odbija się to również i na samopoczuciu dzieci. W "Kołysance" mamy do czynienia z dwoma matkami i chociaż dzieli je wiele, reprezentują zaskakująco podobny stosunek do wykonywanej przez siebie pracy - z czasem widzimy, że historia jednej z nich mogłaby stać się ostrzeżeniem dla tej drugiej, ale jednak w  ostatecznym rozrachunku te dwie postaci zestawione są na zasadzie kontrastu.

To także opowieść o szaleństwie, które kryje się głęboko w człowieku, które nawarstwia się powoli pod pozornie idealną, gładką powierzchnią, aby potem równie powoli, niemal niedostrzeżenie dla oka tę powierzchnię mącić z początku mikroskopijnymi, a potem coraz to wyraźniejszymi zmarszczkami, aż w końcu, gdy zabraknie pomocy z zewnątrz, nie ma innego wyjścia, jak tylko dać mu upust. Nie dostajemy wprost wytłumaczenia, skąd się ono bierze, ale czytając pomiędzy wierszami możemy się domyślić, że jest trochę efektem samotności, trochę niezrozumienia, niewłaściwych wyborów, a często pamiątką po złym dzieciństwie.

"Kołysanką" Slimani zdobyła w 2016 roku najbardziej prestiżową nagrodę literacką we Francji, czyli Nagrodę Goncourtów. I tutaj jest moje jedyne "ale" względem tej pozycji. Chociaż uważam, że jest to książka niesamowita, naprawdę świetnie napisana, nie wiem, czy zasługuje na tę akurat nagrodę. Zdecydowanie ciężko wpasować ją do jednego tylko gatunku; najbardziej wpisuje się chyba w stylistykę thrillera, aczkolwiek uniwersalność tej historii i trafne obserwacje społeczne na pewno podnoszą jej wartość jako dzieła literackiego, ale nie jest to powieść, którą można by odczytywać wielopłaszczyznowo. Moim zdaniem to trochę za mało, a patrząc jeszcze na "Kołysankę" pod kątem utworu literackiego, który najwierniej miałby oddać ducha swoich czasów, jak najlepiej ukazać nastroje panujące w społeczeństwie - to chociaż pojawia się kilka dość znaczących scen, nie nazwałabym książki Slimani dziełem spełniającym takie kryterium.

Nie zmienia to wszystko jednak faktu, że "Kołysanka" to diabelnie dobry tytuł i warto się z nim zapoznać. Warto przekonać się na własnej skórze, jak tragiczna to jest historia, jak bardzo współczesna i jak łatwo miejscem jej akcji mogłoby być każde miasto w Polsce, nie tylko Paryż. Warto sprawdzić, jak łatwo i jak bardzo nieostrożnie jest uwierzyć w kogoś nieznajomego i powierzyć mu całe swoje życie.


A mowa o...

Kołysanka, Leila Slimani, wyd. Sonia Draga, 20 września 2017r., tyt. oryg. Chanson douce, przekład: Agnieszka Rasińska-Bóbr, 280 stron
 

czwartek, 8 lutego 2018

DZIECKO, Fiona Barton



Bardzo dobry, kameralny thriller psychologiczny o mocnym, kobiecym wydźwięku, bowiem to kobietom najwięcej miejsca w "Dziecku" poświęca Fiona Barton, autorka, której debiutancka "Wdowa" podbiła serca wielu miłośników tegoż gatunku. Barton, która pracowała m. in. w Daily Mail, Daily Telegraph i The Mail on Sunday (niedzielnym wydaniu Daily Mail, gdzie zajmowała stanowisko redaktor naczelnej i zdobyła tytuł Dziennikarza Roku przyznawany podczas National Press Awards), po raz kolejny stworzyła historię, która skupia się na śledztwie przeprowadzanym właśnie przez dociekliwą dziennikarkę, postać znaną już czytelnikom jej debiutu.

Punktem wyjścia całej historii jest makabryczne znalezisko - na placu budowy jeden z robotników znajduje niewielki szkielet, który okazuje się być szczątkami noworodka. Krótka i dość niepozorna wzmianka w gazecie okazuje się być jednak przełomowa dla trzech zupełnie obcych sobie kobiet, głównych bohaterek "Dziecka", których ścieżki już wkrótce połączą się w zupełnie zaskakujący dla nich sposób. Mamy więc Angelę, około sześćdziesięcioletnią kobietę, której nowo narodzona córeczka Alice została uprowadzona w biały dzień ze szpitala, i której zniknięcie nie zostało nigdy wyjaśnione, a dziewczynki nie udało się odnaleźć. Jest również Emma, pracująca w domu mężatka, na której, podobnie jak na Angeli, artykuł o dziecku robi piorunujące wrażenie, oznacza bowiem cofnięcie się do przeszłości, do wydarzeń, które kobieta usiłowała wypchnąć ze świadomości i trzyma w sekrecie przed najbliższymi. Wreszcie trzecia bohaterka, Kate, reporterka kryminalna, w pozornie niewiele znaczącej wiadomości widzi większą historię. Czuje, że za niezidentyfikowanymi szczątkami może kryć się większa historia, że gdzieś tam jest matka i osoba, która ciała dziecka się pozbyła. Instynkt dziennikarski nie pozwala jej więc nie wziąć sprawy w swoje ręce i kobieta rozpoczyna własne śledztwo...

Mocnym aspektem są właśnie postaci kobiece, wyraźne, niejednoznaczne, wzbudzające zarazem wiele sympatii, ale również sporo irytacji swoim bezmyślnym nieraz zachowaniem. Wyraźny prym wiedzie tutaj postać Kate, silnej, zdeterminowanej kobiety, która ma wieloletnie doświadczenie jako dziennikarka i nie tylko znakomicie odnajduje się w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, ale w mistrzowski sposób potrafi poprowadzić swojego rozmówcę tak, aby uzyskać odpowiednie wiadomości. Jestem wdzięczna autorce za zbudowanie tej postaci na cechach tak bardzo niestereotypowych - Kate jest pracoholiczką, więcej czasu spędza szukając materiału do kolejnego reportażu niż w domu, ale nie jest też tak, że jest fatalną matką i żoną, po prostu czasami zawodzi, jak każdy człowiek. Możemy domyślać się, że niektóre wybiegi, do których ucieka się dziennikarka, aby wzbudzić w swoich interlokutorach jak najwięcej zaufania i uzyskać od nich jak najlepsze informacje, zostały sprawdzone przez samą autorkę podczas jej imponującej kariery reporterki. Takie smaczki zdecydowanie nadają akcji dynamiki i uatrakcyjniają śledztwo prowadzone przez Kate.

Poprzez ukazanie losów różnych kobiet na przestrzeni kilkudziesięciu lat, "Dziecko" staje się komentarzem do obecnych nastrojów we współczesnym społeczeństwie, a zwłaszcza w jego żeńskiej części. Nie wiem na ile było to zamierzone przez autorkę, ale w swojej książce porusza tematy aktualne, wręcz palące pod względem swojego znaczenia: aborcję, gwałt, molestowanie, nierówną pozycję kobiet i mężczyzn na gruncie zawodowym. Nie wybrzmiały jeszcze echa po akcji #metoo, wciąż słychać o kolejnych marszach kobiet walczących o parlamentarne prawo jakim jest możliwość decydowania o swoim ciele i życiu. I chociaż zdarzają się ogromne sukcesy, tak jak np. w Islandii, gdzie od 1 stycznia wprowadzono ustawową równość stawek dla mężczyzn i kobiet, to jeszcze dużo czasu minie zanim pozycja kobiet w społeczeństwie ukierunkowanym na przemoc wobec nich (a nierzadko również i dzieci) ulegnie znaczącej poprawie. Przykład? Wystarczy choćby wspomnieć o prawie do aborcji, bardzo kontrowersyjnej kwestii, lub o opiece okołoporodowej, sprawach dotyczących głównie kobiet, o których głównie decydują kierujący się własnym światopoglądem mężczyźni.

Bardzo podobało mi się niespieszne tempo książki, to że nie ma tu zawrotnej akcji, ale i tak nie sposób oderwać się od czytania. Dobrze zbudowane portrety psychologiczne bohaterek i ważny komentarz do obecnej sytuacji kobiet, traumatyczne historie, o których już kiedyś słyszeliśmy i zapewne jeszcze niestety usłyszymy, to wszystko sprawia, że książka, chociaż głównie mieszcząca się w kategorii tych, które dostarczają czytelnikowi przede wszystkim rozrywki, daje jednak odrobinę do myślenia, a to już zawsze jest dobry powód, aby po nią sięgnąć.



A mowa o...
Dziecko, Fiona Burton, wyd. Czarna Owca, 15 lutego 2018r., tyt. oryg. The Child, przekład: Agata Ostrowska, 544 strony

niedziela, 4 lutego 2018

Mój tydzień w pigułce (3)



KSIĄŻKOWO

Kolejny tydzień zleciał nie wiadomo kiedy, mało tego, jeszcze wczoraj świętowaliśmy w Sylwestra, a dzisiaj z każdej strony atakują nas nadciągające Walentynki. Do mojego ulubionego (e, nie) święta jeszcze na szczęście daleko, wróćmy do moich ubiegłotygodniowych czytanek, których wydawało mi się, że było więcej. Książki zaprzątały moją głowę intensywniej niż zwykle, bowiem zbliżają się moje urodziny i pod pozorem promocji na dwie książki, na których mi zależało, do których dorzuciłam jeszcze kilka innych, poczyniłam już stosownie szalone zakupy. Może to właśnie przyćmiony rozsądek odpowiedzialny jest za jedną ukończoną książkę w tym tygodniu i kilka rozbabranych? O "Dziecku" Fiony Barton, bardzo przyjemnym thrillerze o bardzo kameralnej atmosferze, postaram się opowiedzieć na blogu jeszcze w tym tygodniu, natomiast w czytaniu obecnie jest "Martwa jesteś piękna" Belindy Bauer, również thriller, tym razem jednak z bardziej dynamiczną akcją i z dużą dozą humoru, przynajmniej na pierwszych pięćdziesięciu stronach.


FILMOWO

Może ostatnimi czasy nie oglądam filmów tak często, jakbym chciała, ale jeśli już coś wybiorę, zwykle okazuje się to moim osobistym hitem. Tego, że najnowsza odsłona przygód Thora będzie znakomita, spodziewałam się już od momentu obejrzenia zwiastunów, jednak rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Jest niezwykle zabawnie, sceneria jest bajeczna, czy to na Ziemi czy w Kosmosie, efekty specjalne nie są natrętne, a scenariusz stara się unikać stereotypów typowych dla tego rodzaju kina. "Thor Ragnarok" awansował do czołówki moich ulubionych filmów Marvela - ale nawet jeśli ten gatunek Was nie interesuje, myślę, że "Thor", będący mieszanką komedii, kina akcji i fantastyki, obroni się po prostu jako przyjemna rozrywka w nudne popołudnie.




Trzy linki do trzech znakomitych blogów i ważnych, ciekawych tekstów:
  • Dla mnie serial kultowy, idealny, mówiący o życiu i relacjach pomiędzy ludźmi jak mało który. Może ciuchy i fryzury bohaterów wyszły z mody, ale przesłanie, które kryje się za każdym odcinkiem, nigdy - tak uważałam, jak się ostatnimi czasy okazało, podobno niesłusznie. Jak "Przyjaciół" odebrali tzw. milenialsi? Można się zdziwić! Rewelacyjny tekst na blogu Jak dziewczyna.
  •   Seria wpisów na blogu Stacja Książka absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto bloguje o książkach i marzy o nawiązaniu współpracy z wydawnictwem bądź już nawiązał takową. Na dzień dzisiejszy (4.02.2018) dostępne są już dwa, oba z perspektywy pracowników wydawnictw, którzy dzielą się swoimi uwagami na ten temat, m.in. mówią o największych błędach, jakie popełniają blogerzy aspirujący do bycia recenzentami. Wkrótce pojawią się dwa kolejne - trzeci z udziałem wydawców i jeden, w którym o współpracy wypowiadają się sami blogerzy. Dla mnie bardzo inspirujące i warte polecenia! 
  • Hejt czy rzetelna krytyka? Kwestia czasami mocno kontrowersyjna, ale niezwykle istotna, zwłaszcza dla osób, które publikują swoje wypowiedzi na blogach czy portalach książkowych. Gdzie przebiega granica? Ważny tekst na blogu Tanayah Czyta. 

Jakie ciekawe książki wpadły Wam w ręce w ubiegłym tygodniu? Co fajnego obejrzeliście? Jakie są Wasze plany na ten tydzień?:) Don't be a stranger:)

sobota, 3 lutego 2018

GRZESZNICA, Petra Hammesfahr



"Grzesznica" Petry Hammesfahr, niemieckiej pisarki thrillerów i powieści kryminalnych, oprócz nieco brzydkiej okładki - i nie jest to bynajmniej wina Jessiki Biel, ja po prostu nie przepadam za okładkami filmowymi - posiada tak wciągającą akcję i tak fenomenalną atmosferę, że nie sposób nie przeczytać tej książki najszybciej jak tylko jest to możliwe. Nie można oderwać się od niej w żaden sposób, dopóki nie pozna się całej, jak się po przeczytaniu okaże tragicznej, historii głównej bohaterki.

Początek książki jest jak wyjęty z filmu Hitchocka - rozpoczyna się od wstrząsającej sceny, kiedy to młoda kobieta o imieniu Cora, która spędza pozornie spokojne i gorące popołudnie wraz z mężem i małym synkiem nad jeziorem, zupełnie nieoczekiwanie, pod wpływem sobie tylko wiadomego impulsu, rzuca się z nożem na nieznajomego mężczyznę i zabija go na miejscu. Cora ze spokojem i determinacją przyznaje się do winy i jedyne czego pragnie, to jak najszybciej znaleźć się w więzieniu, aby rozpocząć odsiadywanie wyroku. Problem w tym, że zajmujący się jej sprawą detektyw, policjant o długoletnim doświadczeniu, nie bardzo wierzy w brak motywu u morderczyni, szybko domyśla się, że za kłamstwami i szalonymi wyznaniami, którymi karmi go Cora, jest poważniejsza historia. Kierując się intuicją, wbrew swojemu rozsądkowi, nie odpuszcza kobiecie dopóki nie wyciągnie z niej prawdy, chociaż niektóre sekrety głęboko skrywane na dnie jej świadomości okażą się druzgocące i równie ohydne jak i zbrodnia, której dokonała.

Autorka znakomicie poprowadziła postać Cory i jej historię - dzięki jej manipulacjom, kluczeniu, omijaniu istotnych dla śledztwa zdarzeń, czytelnik pomimo wstrząsającego początku absolutnie nie jest przygotowany na to, co czeka go w każdym kolejnym rozdziale, nie jest też w stanie całkowicie sympatyzować z bohaterką. Czyn, którego się dopuściła staje się konkretnym pretekstem do zagłębienia w przeszłość, chociaż ta ze wszystkich sił stara się wymazać ją z pamięci,  Nie da się ukryć, że historia dzieciństwa i dorastania kobiety robi ogromne wrażenie. Pojawia się wątek molestowania, gwałt, niepełnosprawność, ortodoksyjna pobożność unicestwiająca istnienie jakichkolwiek zdrowych relacji pomiędzy członkami rodziny. Czasami naprawdę trzeba odłożyć na chwilę książkę i zaczerpnąć powietrza, tak przytłaczająca jest ta opowieść, której groza zostaje z czytelnikiem na długo po przeczytaniu.

Ponieważ mamy tutaj z odwróconym schematem - wiemy, kto zabił, ale nie wiemy dlaczego, książka skupia się mocno na motywach kierujących bohaterką, duży nacisk położony jest na aspekt psychologiczny postaci. Osoby szukające w kryminałach krwawych mordów i pojawiających się co krok zwrotów akcji mogą być zawiedzione, ponieważ tutaj mamy do czynienia głównie z wspomnieniami bohaterki z domu rodzinnego i prowadzonym w czasie teraźniejszym śledztwem. Docieranie do sedna sprawy przypomina trochę obieranie cebuli - musimy odkrywać kolejne warstwy, aby poznać całą prawdę, aby dowiedzieć się kim naprawdę jest Cora i co popchnęło ją do tak okrutnego czynu. Otrzymujemy za to solidne studium psychologiczne kobiety, która choć fikcyjnym, jest doskonałym przykładem na to, jak zrujnowane dzieciństwo może tragicznie odcisnąć się na dorosłym życiu.

Książka została napisana w roku 1999, co według mnie jest zawsze warte odnotowania z tej przyczyny, że nie jest ona w żaden sposób związana z modą na tworzenie w gatunku domestic thriller. Jej autorka nie mogła zostać w żaden sposób zainspirowana "Zaginioną dziewczyną" czy też "Dziewczyną z pociągu", co tylko świadczy o tym, jak oryginalna i w pewien sposób ożywcza, na tle dzisiaj powstających thrillerów jest fabuła "Grzesznicy".

Fani gatunku nie powinni być zawiedzeni, o ile tylko przygotują się właśnie na kameralny kryminał, z ciekawą fabułą, gdzie zdarzenia z przeszłości mocno odciskają się na bohaterce, zmuszając jednocześnie czytelnika do głębokiego zastanowienia nad tezą stawianą przez autorkę, że ten, kto raz zaznał piekła w swoim życiu, jest na nie skazany aż do śmierci. Moim zdaniem warto. Czy serial na podstawie książki też warto, tego jeszcze nie wiem, ale chętnie się kiedyś przekonam, choćby po to, by przekonać się do jakiego stopnia jego twórcy wierni byli książce.

Grzesznica, Petra Hammesfahr,wyd. Otwarte, 31 stycznia 2018, tyt. oryg. Sünderin, przekład Barbara Tarnas, 432 strony