środa, 28 lutego 2018

KREDZIARZ, C.J. Tudor



Rok 1986 okaże się przełomowym dla mieszkańców małego angielskiego miasteczka. Seria dziwnych zdarzeń i nieszczęśliwych wypadków okaże się tylko zapowiedzią najbardziej szokującego i niewyobrażalnego wydarzenia - grupka nastolatków, porozumiewająca się wówczas między sobą za pomocą znaków robionych kredą, właśnie dzięki znakom znajdzie w lesie rozczłonkowane ciało dziewczyny, ich starszej koleżanki, którą znają ze szkoły. Kto mógł dokonać tak bestialskiego czyny? Mordercy nie udaje się złapać i osądzić, ostatecznie sprawa pozostaje bez zamknięcia. Mija trzydzieści lat. Eddie, główny bohater, jeden z chłopców, którzy odnaleźli zwłoki, dostaje anonimowy list - na kartce papieru narysowany kredkami jest kreskowy ludzik z pętlą na szyi, zaś z koperty wypada kawałek kredy...

"Kredziarz" to debiut brytyjskiej autorki C.J. Tudor i muszę przyznać, że autorka ustawiła sobie dość wysoko poprzeczkę. Ciężko uwierzyć, że tak mroczna i zgrabna pod względem fabularnym książka jest dopiero pierwszą w jej dorobku - nawet jeśli pojawiły się drobne niedociągnięcia, sądzę, że nie mają one wpływu na generalny odbiór książki przez czytelnika. Ed, główny bohater i jednocześnie narrator książki, opowiada nam swoją historię, przeplatając wydarzenia bieżące tymi, które miały miejsce trzy dekady temu. Tak więc w jednym rozdziale śledzimy perypetie wszędobylskich nastolatków, nieświadomych, że oto mijają ostatnie chwile ich beztroskiego dzieciństwa, a zaraz w następnym towarzyszymy mężczyźnie, z którym życie nie obeszło się najłagodniej, bo do traumy z młodości dołączyła choroba ukochanego ojca.

Dużo się tu dzieje, fabuła posuwa się zgrabnie naprzód, dostarczając nam zarówno odpowiedzi na nurtujące nas pytania, jak i kilku zaskakujących zwrotów akcji - te naprawdę robią wrażenie, a autorka zaskakuje nawet wtedy, gdy wydaje się, że już wszystkie karty zostały odkryte. Bardzo podoba mi się atmosfera panująca w książce, która przecież po części opowiada o nastolatkach, ale nie ma tu miejsca na młodzieńczy optymizm i beztroskę. Autorka stawia na tę dość ponurą stronę dorastania, i słusznie - moim zdaniem jest to trudny czas w życiu, a wszystkie negatywne emocje jakie targają młodym człowiekiem, skutecznie wpisują się w tym przypadku w klimat grozy, jaki stopniowo ogarnia małą społeczność po kilku nieprzyjemnych epizodach. I to jest kolejny aspekt, który zwrócił moją uwagę - wydarzenia toczące się pozornie w tle opowieści Eda i rodząca się frustracja i przerażenie dorosłych, gdy niektóre sprawy wymykają się spod kontroli, a eskalacja przemocy wydaje się nie mieć końca.

Ogólnym wydźwiękiem książki jest refleksja, że zło czai się wszędzie, nawet tam, gdzie nie spodziewamy się go znaleźć, a maski jakie przybiera, mogą nas skutecznie wywieść w pole. Do tego dochodzi jeszcze mocna nostalgia lat osiemdziesiątych, tak znajoma z serialu "Stranger Things" i książek Kinga, do których nawiązuje stylistyką autorka i "Kredziarza" można spokojnie polecić miłośnikowi książek z dreszczykiem, a wciągająca akcja i zaskakujące zakończenie nie powinny rozczarować. Warto też z pewnością śledzić poczynania autorki; jeśli każda następna jej powieść będzie tak samo dobra lub nawet lepsza, smakosze thrillerów mogą spać spokojnie, nie grozi im czytelnicza posucha.


A mowa o...

Kredziarz, C.J. Tudor, wyd. Czarna Owca, 28 luty 2018r., tyt. oryg. The Chalk Man, przekład: Piotr Kaliński, 384 strony

wtorek, 20 lutego 2018

MARTWA JESTEŚ PIĘKNA, Belinda Bauer



"Martwa jesteś piękna" - już sam tytuł wzbudza emocje w czytelniku, sprawia, że gdzieś po plecach przechodzi nas lekki dreszcz. Owo słodkie wyznanie zapowiada nam, że będziemy mieli do czynienia z nie lada szaleńcem, jednocześnie budzi naszą ciekawość, ale i niepokój. Na pewno nie ma co się bać, że książka sprawi nam zawód - to prawdziwa petarda, wciąga i bawi, niekiedy wzbudza obrzydzenie dość makabrycznymi scenami i jednocześnie posiada kilka naprawdę świetnych postaci, którym się kibicuje i życzy jak najlepiej w starciu z mordercą...

Całość rozpoczyna się sceną jak z najlepszego horroru - młoda kobieta udaje się w sobotę do pracy do pustego niemal budynku biurowca, a na swoim piętrze spostrzega nieznajomego mężczyznę, który zdecydowanie nie ma najlepszych zamiarów względem niej. Dziewczynie udaje się uciec na parter, wyjście jest już w zasięgu ręki, gdy nagle okazuje się, że nie ma kluczy przy sobie, bowiem rzuciła nimi wcześniej w napastnika (co oczywiście niewiele jej dało)...Gdy ciało zostaje zauważone, na miejscu zbrodni pojawia się nie tylko policja, ale i dziennikarze, a wśród nich Eve Singer, telewizyjna reporterka kryminalna. Złośliwy los sprawi, że drogi Eve i zbrodniarza się przetną, a nieświadoma niczego kobieta zrobi ogromne wrażenie na psychopacie, który odtąd będzie uważał ją za bratnią duszę, jedyną osobą, która jest w stanie go zrozumieć, a następnie zacznie dedykować jej kolejne, coraz to makabryczniejsze, morderstwa...

Książka Bauer za swój główny cel zdaje się obierać trywializację śmierci w mediach, robienie ze zbrodni sensacji o jednodniowej dacie ważności. Gdy ekscytacja widzów gaśnie, a temat zostaje wyczerpany, dziennikarze, niczym sępy, szukają kolejnej tragedii, którą mogą sprzedać, aby utrzymać zainteresowanie odbiorców i pozostać ciągle w grze, używając do tego niekiedy środków, które dla wielu mogą okazać się nieetyczne. Ten głód śmierci wykorzystany zostaje przez mordercę, który w dziennikarce zajmującej się sprawami kryminalnymi dostrzega wiele wspólnych cech - przede wszystkim oboje doceniają "dobrą" zbrodnię, popełnioną z okrucieństwem, która postronnego widza zaszokuje i jednocześnie dobrze się sprzeda. Dlatego zabójca decyduje się na rozpoczęcie specyficznej gry, w którą wciąga Eve, a sednem całej książki, najważniejszym pytaniem jest nie kto zabija, ale jak szybko uda się go złapać zanim jego chora sztuka - bo o swoich zbrodniach myśli w kategorii dzieł, a siebie nazywa artystą - pochłonie więcej niewinnych ofiar.

Na wzmiankę na pewno zasługują bohaterowie, zarówno ci pierwszo, jak i drugoplanowi. Autorka stworzyła pełnokrwiste, wiarygodne, dopracowane w każdym szczególe postaci, niezależnie od tego, czy jest to sadystyczny psychopata, który w wyniku niezbyt szczęśliwego dzieciństwa czuje się usprawiedliwiony do zabijania innych w imię źle pojmowanej sztuki, czy też sąsiad głównej bohaterki, który choć początkowo gburowaty, okazuje się człowiekiem o złotym, lecz złamanym przez tragedię rodzinną, sercem. Sama Eve jest ciekawą postacią, nie boi się wyzwań i chociaż zwyczajnie po ludzku czasami sobie nie radzi psychicznie ze świadomością, że jest na świeczniku morderczego psychopaty, to jednak wciąż potrafi podejmować niebanalne, zaskakujące decyzje.

Świetna rozrywka na kilka wieczorów - inteligentna, dowcipna, trzymająca w napięciu, a jednocześnie miejscami bawiąca absurdalnym humorem sytuacyjnym książka. Jeśli lubicie soczyste, krwawe thrillery, gdzie trup ściele się gęsto, a morderca bawi się z osobą go poszukującą w kotka i myszkę, powinniście być usatysfakcjonowani. Ja czuję spory apetyt na inne książki autorki, a z pewnością wejdę w posiadanie wydanych u nas w 2010 roku "Szczątków" - polecam Allegro, pozycja jest łatwo dostępna. Mam nadzieję, że to co było dla mnie ogromną zaletą, czyli poczucie humoru i bohaterowie, znajdę i w innych jej książkach.

 A mowa o...
Martwa jesteś piękna, Belinda Bauer, wyd. Muza, 28 lutego 2018r., tyt. oryg. The Beautiful Dead, przekład: Paweł Wolak, 448 stron

sobota, 17 lutego 2018

KOŁYSANKA, Leila Slimani



Książka, którą pochłonęłam w kilka godzin i której nie byłam w stanie odłożyć ani na sekundę. Ciężko uwierzyć, że ta w sumie dość niewielka objętościowo rzecz zawiera w sobie historię tak mrożącą krew w żyłach, ale jednocześnie nie nieprawdopodobną. Oto czteroosobowa rodzina z Paryża, młode małżeństwo z dwójką małych dzieci, wkracza w nowy etap życia. Matka, zmęczona brzemieniem macierzyństwa, ambitna, aczkolwiek niespełniona prawniczka, pragnie znowu realizować się na polu zawodowym. Rodzice przeprowadzają surową selekcję i wybierają nianię, która wydaje im się najbardziej odpowiednia do sprawowania opieki nad ich skarbami. Jak się dość szybko okaże nie mogli lepiej trafić, niania bowiem okazuje się prawdziwym klejnotem, bez którego nie będą potrafili wyobrazić sobie życia. Nie dość, że uwielbia dzieci, a i one nie mogą się bez niej obejść, to jeszcze wprowadza ład nie tylko do zabałaganionego mieszkania, ale i też do chaotycznego życia jego mieszkańców. Co się jednak stanie, gdy okaże się, że niania również przywiązana jest do swoich pracodawców, ale już w trochę bardziej niezdrowy sposób, a w dodatku nie jest tak kryształowo idealna, jak chciałaby być postrzegana?

Historia w "Kołysance" opowiedziana jest w interesujący sposób - na samym początku, już w pierwszym akapicie czytelnik dowiaduje się o wstrząsającej tragedii, jaka ma miejsce w domu zwykłej paryskiej rodziny. Dość powiedzieć, że te kilka zdań szokuje i porusza czytelnika, który raczej nie spodziewał się tak dramatycznego rozpoczęcia książki, jednocześnie dzięki takiemu zabiegowi buduje się od razu atmosfera grozy i napięcia. Od kolejnego rozdziału wracamy do punktu, od którego cała historia się zaczęła, czyli do początku, kiedy to matka decyduje się na powrót do pracy i zaczyna się poszukiwanie niani. Rozdział po rozdziale coraz wyraźniej widzimy, dlaczego doszło do dramatu, a także jasne staje się, że można było go uniknąć, że pojawiały się znaki, które zostały jednak przez osoby poszkodowane zignorowane.

O czym tak naprawdę jest "Kołysanka"? To przede wszystkim opowieść o macierzyństwie, o wewnętrznym konflikcie współczesnej matki, która chce być aktywna zawodowo, chce i potrzebuje pracować, ale jednocześnie obwinia się o to, że te pragnienia są egoistyczne, że na jej wyborze cierpi rodzina, a ona nie jest idealną matką dla swoich dzieci. W głębi duszy wie bardzo dobrze, że nie potrafi się w stu procentach oddać tylko opiece nad dziećmi, gdyż pozbawia ją to w pewien sposób własnej tożsamości i kładzie się cieniem na jej zdrowiu psychicznym, a co za tym idzie, odbija się to również i na samopoczuciu dzieci. W "Kołysance" mamy do czynienia z dwoma matkami i chociaż dzieli je wiele, reprezentują zaskakująco podobny stosunek do wykonywanej przez siebie pracy - z czasem widzimy, że historia jednej z nich mogłaby stać się ostrzeżeniem dla tej drugiej, ale jednak w  ostatecznym rozrachunku te dwie postaci zestawione są na zasadzie kontrastu.

To także opowieść o szaleństwie, które kryje się głęboko w człowieku, które nawarstwia się powoli pod pozornie idealną, gładką powierzchnią, aby potem równie powoli, niemal niedostrzeżenie dla oka tę powierzchnię mącić z początku mikroskopijnymi, a potem coraz to wyraźniejszymi zmarszczkami, aż w końcu, gdy zabraknie pomocy z zewnątrz, nie ma innego wyjścia, jak tylko dać mu upust. Nie dostajemy wprost wytłumaczenia, skąd się ono bierze, ale czytając pomiędzy wierszami możemy się domyślić, że jest trochę efektem samotności, trochę niezrozumienia, niewłaściwych wyborów, a często pamiątką po złym dzieciństwie.

"Kołysanką" Slimani zdobyła w 2016 roku najbardziej prestiżową nagrodę literacką we Francji, czyli Nagrodę Goncourtów. I tutaj jest moje jedyne "ale" względem tej pozycji. Chociaż uważam, że jest to książka niesamowita, naprawdę świetnie napisana, nie wiem, czy zasługuje na tę akurat nagrodę. Zdecydowanie ciężko wpasować ją do jednego tylko gatunku; najbardziej wpisuje się chyba w stylistykę thrillera, aczkolwiek uniwersalność tej historii i trafne obserwacje społeczne na pewno podnoszą jej wartość jako dzieła literackiego, ale nie jest to powieść, którą można by odczytywać wielopłaszczyznowo. Moim zdaniem to trochę za mało, a patrząc jeszcze na "Kołysankę" pod kątem utworu literackiego, który najwierniej miałby oddać ducha swoich czasów, jak najlepiej ukazać nastroje panujące w społeczeństwie - to chociaż pojawia się kilka dość znaczących scen, nie nazwałabym książki Slimani dziełem spełniającym takie kryterium.

Nie zmienia to wszystko jednak faktu, że "Kołysanka" to diabelnie dobry tytuł i warto się z nim zapoznać. Warto przekonać się na własnej skórze, jak tragiczna to jest historia, jak bardzo współczesna i jak łatwo miejscem jej akcji mogłoby być każde miasto w Polsce, nie tylko Paryż. Warto sprawdzić, jak łatwo i jak bardzo nieostrożnie jest uwierzyć w kogoś nieznajomego i powierzyć mu całe swoje życie.


A mowa o...

Kołysanka, Leila Slimani, wyd. Sonia Draga, 20 września 2017r., tyt. oryg. Chanson douce, przekład: Agnieszka Rasińska-Bóbr, 280 stron
 

czwartek, 8 lutego 2018

DZIECKO, Fiona Barton



Bardzo dobry, kameralny thriller psychologiczny o mocnym, kobiecym wydźwięku, bowiem to kobietom najwięcej miejsca w "Dziecku" poświęca Fiona Barton, autorka, której debiutancka "Wdowa" podbiła serca wielu miłośników tegoż gatunku. Barton, która pracowała m. in. w Daily Mail, Daily Telegraph i The Mail on Sunday (niedzielnym wydaniu Daily Mail, gdzie zajmowała stanowisko redaktor naczelnej i zdobyła tytuł Dziennikarza Roku przyznawany podczas National Press Awards), po raz kolejny stworzyła historię, która skupia się na śledztwie przeprowadzanym właśnie przez dociekliwą dziennikarkę, postać znaną już czytelnikom jej debiutu.

Punktem wyjścia całej historii jest makabryczne znalezisko - na placu budowy jeden z robotników znajduje niewielki szkielet, który okazuje się być szczątkami noworodka. Krótka i dość niepozorna wzmianka w gazecie okazuje się być jednak przełomowa dla trzech zupełnie obcych sobie kobiet, głównych bohaterek "Dziecka", których ścieżki już wkrótce połączą się w zupełnie zaskakujący dla nich sposób. Mamy więc Angelę, około sześćdziesięcioletnią kobietę, której nowo narodzona córeczka Alice została uprowadzona w biały dzień ze szpitala, i której zniknięcie nie zostało nigdy wyjaśnione, a dziewczynki nie udało się odnaleźć. Jest również Emma, pracująca w domu mężatka, na której, podobnie jak na Angeli, artykuł o dziecku robi piorunujące wrażenie, oznacza bowiem cofnięcie się do przeszłości, do wydarzeń, które kobieta usiłowała wypchnąć ze świadomości i trzyma w sekrecie przed najbliższymi. Wreszcie trzecia bohaterka, Kate, reporterka kryminalna, w pozornie niewiele znaczącej wiadomości widzi większą historię. Czuje, że za niezidentyfikowanymi szczątkami może kryć się większa historia, że gdzieś tam jest matka i osoba, która ciała dziecka się pozbyła. Instynkt dziennikarski nie pozwala jej więc nie wziąć sprawy w swoje ręce i kobieta rozpoczyna własne śledztwo...

Mocnym aspektem są właśnie postaci kobiece, wyraźne, niejednoznaczne, wzbudzające zarazem wiele sympatii, ale również sporo irytacji swoim bezmyślnym nieraz zachowaniem. Wyraźny prym wiedzie tutaj postać Kate, silnej, zdeterminowanej kobiety, która ma wieloletnie doświadczenie jako dziennikarka i nie tylko znakomicie odnajduje się w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, ale w mistrzowski sposób potrafi poprowadzić swojego rozmówcę tak, aby uzyskać odpowiednie wiadomości. Jestem wdzięczna autorce za zbudowanie tej postaci na cechach tak bardzo niestereotypowych - Kate jest pracoholiczką, więcej czasu spędza szukając materiału do kolejnego reportażu niż w domu, ale nie jest też tak, że jest fatalną matką i żoną, po prostu czasami zawodzi, jak każdy człowiek. Możemy domyślać się, że niektóre wybiegi, do których ucieka się dziennikarka, aby wzbudzić w swoich interlokutorach jak najwięcej zaufania i uzyskać od nich jak najlepsze informacje, zostały sprawdzone przez samą autorkę podczas jej imponującej kariery reporterki. Takie smaczki zdecydowanie nadają akcji dynamiki i uatrakcyjniają śledztwo prowadzone przez Kate.

Poprzez ukazanie losów różnych kobiet na przestrzeni kilkudziesięciu lat, "Dziecko" staje się komentarzem do obecnych nastrojów we współczesnym społeczeństwie, a zwłaszcza w jego żeńskiej części. Nie wiem na ile było to zamierzone przez autorkę, ale w swojej książce porusza tematy aktualne, wręcz palące pod względem swojego znaczenia: aborcję, gwałt, molestowanie, nierówną pozycję kobiet i mężczyzn na gruncie zawodowym. Nie wybrzmiały jeszcze echa po akcji #metoo, wciąż słychać o kolejnych marszach kobiet walczących o parlamentarne prawo jakim jest możliwość decydowania o swoim ciele i życiu. I chociaż zdarzają się ogromne sukcesy, tak jak np. w Islandii, gdzie od 1 stycznia wprowadzono ustawową równość stawek dla mężczyzn i kobiet, to jeszcze dużo czasu minie zanim pozycja kobiet w społeczeństwie ukierunkowanym na przemoc wobec nich (a nierzadko również i dzieci) ulegnie znaczącej poprawie. Przykład? Wystarczy choćby wspomnieć o prawie do aborcji, bardzo kontrowersyjnej kwestii, lub o opiece okołoporodowej, sprawach dotyczących głównie kobiet, o których głównie decydują kierujący się własnym światopoglądem mężczyźni.

Bardzo podobało mi się niespieszne tempo książki, to że nie ma tu zawrotnej akcji, ale i tak nie sposób oderwać się od czytania. Dobrze zbudowane portrety psychologiczne bohaterek i ważny komentarz do obecnej sytuacji kobiet, traumatyczne historie, o których już kiedyś słyszeliśmy i zapewne jeszcze niestety usłyszymy, to wszystko sprawia, że książka, chociaż głównie mieszcząca się w kategorii tych, które dostarczają czytelnikowi przede wszystkim rozrywki, daje jednak odrobinę do myślenia, a to już zawsze jest dobry powód, aby po nią sięgnąć.



A mowa o...
Dziecko, Fiona Burton, wyd. Czarna Owca, 15 lutego 2018r., tyt. oryg. The Child, przekład: Agata Ostrowska, 544 strony

niedziela, 4 lutego 2018

Mój tydzień w pigułce (3)



KSIĄŻKOWO

Kolejny tydzień zleciał nie wiadomo kiedy, mało tego, jeszcze wczoraj świętowaliśmy w Sylwestra, a dzisiaj z każdej strony atakują nas nadciągające Walentynki. Do mojego ulubionego (e, nie) święta jeszcze na szczęście daleko, wróćmy do moich ubiegłotygodniowych czytanek, których wydawało mi się, że było więcej. Książki zaprzątały moją głowę intensywniej niż zwykle, bowiem zbliżają się moje urodziny i pod pozorem promocji na dwie książki, na których mi zależało, do których dorzuciłam jeszcze kilka innych, poczyniłam już stosownie szalone zakupy. Może to właśnie przyćmiony rozsądek odpowiedzialny jest za jedną ukończoną książkę w tym tygodniu i kilka rozbabranych? O "Dziecku" Fiony Barton, bardzo przyjemnym thrillerze o bardzo kameralnej atmosferze, postaram się opowiedzieć na blogu jeszcze w tym tygodniu, natomiast w czytaniu obecnie jest "Martwa jesteś piękna" Belindy Bauer, również thriller, tym razem jednak z bardziej dynamiczną akcją i z dużą dozą humoru, przynajmniej na pierwszych pięćdziesięciu stronach.


FILMOWO

Może ostatnimi czasy nie oglądam filmów tak często, jakbym chciała, ale jeśli już coś wybiorę, zwykle okazuje się to moim osobistym hitem. Tego, że najnowsza odsłona przygód Thora będzie znakomita, spodziewałam się już od momentu obejrzenia zwiastunów, jednak rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Jest niezwykle zabawnie, sceneria jest bajeczna, czy to na Ziemi czy w Kosmosie, efekty specjalne nie są natrętne, a scenariusz stara się unikać stereotypów typowych dla tego rodzaju kina. "Thor Ragnarok" awansował do czołówki moich ulubionych filmów Marvela - ale nawet jeśli ten gatunek Was nie interesuje, myślę, że "Thor", będący mieszanką komedii, kina akcji i fantastyki, obroni się po prostu jako przyjemna rozrywka w nudne popołudnie.




Trzy linki do trzech znakomitych blogów i ważnych, ciekawych tekstów:
  • Dla mnie serial kultowy, idealny, mówiący o życiu i relacjach pomiędzy ludźmi jak mało który. Może ciuchy i fryzury bohaterów wyszły z mody, ale przesłanie, które kryje się za każdym odcinkiem, nigdy - tak uważałam, jak się ostatnimi czasy okazało, podobno niesłusznie. Jak "Przyjaciół" odebrali tzw. milenialsi? Można się zdziwić! Rewelacyjny tekst na blogu Jak dziewczyna.
  •   Seria wpisów na blogu Stacja Książka absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto bloguje o książkach i marzy o nawiązaniu współpracy z wydawnictwem bądź już nawiązał takową. Na dzień dzisiejszy (4.02.2018) dostępne są już dwa, oba z perspektywy pracowników wydawnictw, którzy dzielą się swoimi uwagami na ten temat, m.in. mówią o największych błędach, jakie popełniają blogerzy aspirujący do bycia recenzentami. Wkrótce pojawią się dwa kolejne - trzeci z udziałem wydawców i jeden, w którym o współpracy wypowiadają się sami blogerzy. Dla mnie bardzo inspirujące i warte polecenia! 
  • Hejt czy rzetelna krytyka? Kwestia czasami mocno kontrowersyjna, ale niezwykle istotna, zwłaszcza dla osób, które publikują swoje wypowiedzi na blogach czy portalach książkowych. Gdzie przebiega granica? Ważny tekst na blogu Tanayah Czyta. 

Jakie ciekawe książki wpadły Wam w ręce w ubiegłym tygodniu? Co fajnego obejrzeliście? Jakie są Wasze plany na ten tydzień?:) Don't be a stranger:)

sobota, 3 lutego 2018

GRZESZNICA, Petra Hammesfahr



"Grzesznica" Petry Hammesfahr, niemieckiej pisarki thrillerów i powieści kryminalnych, oprócz nieco brzydkiej okładki - i nie jest to bynajmniej wina Jessiki Biel, ja po prostu nie przepadam za okładkami filmowymi - posiada tak wciągającą akcję i tak fenomenalną atmosferę, że nie sposób nie przeczytać tej książki najszybciej jak tylko jest to możliwe. Nie można oderwać się od niej w żaden sposób, dopóki nie pozna się całej, jak się po przeczytaniu okaże tragicznej, historii głównej bohaterki.

Początek książki jest jak wyjęty z filmu Hitchocka - rozpoczyna się od wstrząsającej sceny, kiedy to młoda kobieta o imieniu Cora, która spędza pozornie spokojne i gorące popołudnie wraz z mężem i małym synkiem nad jeziorem, zupełnie nieoczekiwanie, pod wpływem sobie tylko wiadomego impulsu, rzuca się z nożem na nieznajomego mężczyznę i zabija go na miejscu. Cora ze spokojem i determinacją przyznaje się do winy i jedyne czego pragnie, to jak najszybciej znaleźć się w więzieniu, aby rozpocząć odsiadywanie wyroku. Problem w tym, że zajmujący się jej sprawą detektyw, policjant o długoletnim doświadczeniu, nie bardzo wierzy w brak motywu u morderczyni, szybko domyśla się, że za kłamstwami i szalonymi wyznaniami, którymi karmi go Cora, jest poważniejsza historia. Kierując się intuicją, wbrew swojemu rozsądkowi, nie odpuszcza kobiecie dopóki nie wyciągnie z niej prawdy, chociaż niektóre sekrety głęboko skrywane na dnie jej świadomości okażą się druzgocące i równie ohydne jak i zbrodnia, której dokonała.

Autorka znakomicie poprowadziła postać Cory i jej historię - dzięki jej manipulacjom, kluczeniu, omijaniu istotnych dla śledztwa zdarzeń, czytelnik pomimo wstrząsającego początku absolutnie nie jest przygotowany na to, co czeka go w każdym kolejnym rozdziale, nie jest też w stanie całkowicie sympatyzować z bohaterką. Czyn, którego się dopuściła staje się konkretnym pretekstem do zagłębienia w przeszłość, chociaż ta ze wszystkich sił stara się wymazać ją z pamięci,  Nie da się ukryć, że historia dzieciństwa i dorastania kobiety robi ogromne wrażenie. Pojawia się wątek molestowania, gwałt, niepełnosprawność, ortodoksyjna pobożność unicestwiająca istnienie jakichkolwiek zdrowych relacji pomiędzy członkami rodziny. Czasami naprawdę trzeba odłożyć na chwilę książkę i zaczerpnąć powietrza, tak przytłaczająca jest ta opowieść, której groza zostaje z czytelnikiem na długo po przeczytaniu.

Ponieważ mamy tutaj z odwróconym schematem - wiemy, kto zabił, ale nie wiemy dlaczego, książka skupia się mocno na motywach kierujących bohaterką, duży nacisk położony jest na aspekt psychologiczny postaci. Osoby szukające w kryminałach krwawych mordów i pojawiających się co krok zwrotów akcji mogą być zawiedzione, ponieważ tutaj mamy do czynienia głównie z wspomnieniami bohaterki z domu rodzinnego i prowadzonym w czasie teraźniejszym śledztwem. Docieranie do sedna sprawy przypomina trochę obieranie cebuli - musimy odkrywać kolejne warstwy, aby poznać całą prawdę, aby dowiedzieć się kim naprawdę jest Cora i co popchnęło ją do tak okrutnego czynu. Otrzymujemy za to solidne studium psychologiczne kobiety, która choć fikcyjnym, jest doskonałym przykładem na to, jak zrujnowane dzieciństwo może tragicznie odcisnąć się na dorosłym życiu.

Książka została napisana w roku 1999, co według mnie jest zawsze warte odnotowania z tej przyczyny, że nie jest ona w żaden sposób związana z modą na tworzenie w gatunku domestic thriller. Jej autorka nie mogła zostać w żaden sposób zainspirowana "Zaginioną dziewczyną" czy też "Dziewczyną z pociągu", co tylko świadczy o tym, jak oryginalna i w pewien sposób ożywcza, na tle dzisiaj powstających thrillerów jest fabuła "Grzesznicy".

Fani gatunku nie powinni być zawiedzeni, o ile tylko przygotują się właśnie na kameralny kryminał, z ciekawą fabułą, gdzie zdarzenia z przeszłości mocno odciskają się na bohaterce, zmuszając jednocześnie czytelnika do głębokiego zastanowienia nad tezą stawianą przez autorkę, że ten, kto raz zaznał piekła w swoim życiu, jest na nie skazany aż do śmierci. Moim zdaniem warto. Czy serial na podstawie książki też warto, tego jeszcze nie wiem, ale chętnie się kiedyś przekonam, choćby po to, by przekonać się do jakiego stopnia jego twórcy wierni byli książce.

Grzesznica, Petra Hammesfahr,wyd. Otwarte, 31 stycznia 2018, tyt. oryg. Sünderin, przekład Barbara Tarnas, 432 strony

poniedziałek, 29 stycznia 2018

TAMTE DNI, TAMTE NOCE, Andre Aciman


Zabieram Was dzisiaj w podróż. Zostawiamy szarą, brudną polską zimę (chyba że jesteście tymi szczęśliwcami, którym dopisuje piękna, bieluchna jej odmiana, ale Wy też chodźcie ze mną) i wybieramy się do gorących, rozgrzanych letnim słońcem Włoch. Brzmi dobrze, prawda? Będzie jeszcze ciekawiej, bo czeka nas nie tylko zmiana pogody, ale i datownika, cofniemy się bowiem w czasie aż do połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, w takich bowiem okolicznościach rozgrywają się najważniejsze wydarzenia książki Andre Acimana "Tamte dni, tamte noce".

Siedemnastoletni Elio spędza spokojne, przyjemne wakacje wraz z rodzicami w letniej posiadłości na północy Włoch, ta beztroska kończy się jednak, gdy w ich domu pojawia się letnik, Oliver, amerykański student-stypendysta, aby spędzić lato na konsultacjach u ojca chłopaka, będącego wykładowcą na uniwersytecie. Przybycie Amerykanina dosłownie wywraca życie nastolatka do góry nogami, bowiem musi oddać swój pokój gościowi, co wzbudza w nim uczucie sprzeciwu. Jednak początkowa niechęć dość prędko przeobraża się w fascynację mężczyzną, którą Elio usiłuje maskować udawaną obojętnością. Z czasem skrywana namiętność przybiera na sile i chłopak nie jest w stanie dłużej ukrywać swoich uczuć, postanawia więc zaryzykować i wyznaje prawdę Oliverowi...

Ogólnie rzecz biorąc, nie jestem fanką romansu, na wszelkie historie miłosne reaguję alergicznie, więc dla mnie samej zaskoczeniem jest jak bardzo przypadła mi do gustu ta opowieść. Podejrzewam, że w dużej mierze jest to zasługa pięknego języka, którym posługuje się autor, znakomicie oddającego wszelkie niuanse budzącego się uczucia, niepewność, obawę przed odrzuceniem, niecierpliwe wyczekiwanie następnego ruchu ze strony ukochanej osoby . Plastyczne opisy, zarówno magicznych Włoch, jak i przeżyć wewnętrznych głównego bohatera, naprawdę mnie porwały. Im dalej zagłębiałam się w tę historię, tym bardziej zachwycona byłam, bo autor dokonał niewiarygodnej rzeczy - sprawił, że nie tylko współodczuwałam z bohaterami ich przeżycia, ale byłam w stanie przywołać wszystkie te moje pierwsze uniesienia miłosne, wszystkie moje upalne lata i mroźne zimy, uczucia i ludzi, którzy kiedyś zaprzątali mi głowę, spędzali sen z powiek. Wszystko to bez krzty patosu czy fałszu, bez niepotrzebnego nadęcia.

Co mnie jeszcze zachwyciło w "Tamte dni, tamte noce"? Uniwersalność tej historii. Może i bohaterami są dwaj mężczyźni, może i wchodzą w związek homoseksualny, ale wcale nie czuć tego w tekście. Poszczególne etapy, które pokonują, aby w końcu stać się parą, wszelkie drobne gesty, zauroczenie, które przekształca się w głębsze uczucie, fascynacja ciałem i duszą drugiej osoby, śledzenie każdego jej gestu, ekscytacja wobec faktu, że kochamy kogoś, kto nas rozumie nas lepiej od nas samych, to wszystko jest naturalne dla natury ludzkiej, niezależnie od płci. Zresztą ta uniwersalność, lub też może precyzyjniej, miłość ponad płcią, jest sugerowana przez autora wielokrotnie w książce - czy to przez nawiązania do kultury antycznej, czy to przez związki z kobietami, w które zaangażowani byli obaj bohaterowie, czy też wreszcie, najdobitniej, poprzez doświadczenia ich znajomego poety, który opowiada o swoim pobycie w Tajlandii, gdzie na każdym kroku oferowano mu miłość, a nikomu nie przeszkadzała jego płeć, nie była ona żadną przeszkodą, gdy pojawiała się możliwość ofiarowania siebie drugiej osobie. Autor wyraźnie stawia na związek będący jednością dusz i ciał, miłość czystą, wyuzdaną i nienasyconą, ale jednocześnie niewinną.

Jedno, do czego chcę się przyczepić, rzecz, która najbardziej drażniła mnie w całej książce to jej...polski tytuł. Oryginalne "Call Me By Your Name", będące cytatem podsumowującym niejako istotę związku dwóch bohaterów książki, ich subtelność i zaangażowanie, zastąpiono zwrotem, który osobie niezaznajomionej z treścią może sugerować zwykłą historię letniej miłostki rodem z tzw. literatury kobiecej. Zabieg ten jest zasługą dystrybutora filmu - polska premiera w kinie 26 stycznia - zatem wydawca musiał się dostosować, rozumiem, ale będąc już po przeczytaniu książki, drażni on moje wrażliwe oczy. Bo jedno jest pewne, pogardliwe nazywanie jej czytadłem jest, moim zdaniem, bardzo krzywdzące, znaczy to bowiem, że można postawić książkę Acimana na tej samej półce co dzieła takiej Coleen Hoover czy jej podobnych autorek. Otóż nie, nie można.

Gdzie zatem na skali ciężaru gatunkowego znajdzie się książka, jaki będzie werdykt: czytadło czy rzecz z wyższej półki? A co, gdybyśmy się spotkali...pośrodku? Wydaje mi się, że zarówno czytelnicy prozy lekkiej i niewymagającej, jak i ci, którzy sięgają wyłącznie po ambitne dzieła wybitnych prozaików, często zapominają, że możliwy jest kompromis, i że taki kompromis w literaturze występuje - może nie w polskiej, ale z pewnością w tej światowej. I myślę, że właśnie w tym przypadku możemy mówić właśnie o literaturze środka, czyli gdy spojrzymy na tę książkę jako na historię wakacyjnego romansu z przesłaniem, powinna ona przypaść do gustu miłośnikom właśnie tego gatunku, a jednocześnie piękny literacki język i liczne odniesienia do kultury mają szansę obłaskawić tego bardziej wymagającego czytelnika.

Dla mnie z pewnością będzie to jedna z ważniejszych książek tego roku. Czas pokaże, czy będzie również i jedną z książek mojego życia, na chwilą obecną z pewnością do takiej aspiruje. Najchętniej kazałabym wszystkim ją przeczytać, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdemu przypadnie do gustu - w dodatku jeśli nie lubicie scen seksu, tym bardziej gejowskiego, a takie tutaj są i to dość bezpruderyjne, może jednak nie sięgajcie po tę książkę. Miłośnicy brzoskwiń też powinni przemyśleć jej przeczytanie, może się bowiem okazać, że już nie będziecie patrzeć na te owoce w ten sam sposób, wink, wink. Jeśli jednak macie otwarty umysł i garść wspomnień o pierwszych intensywnych uczuciach i doznaniach schowanych gdzieś w zakamarkach pamięci, które do których wracacie z rozrzewnieniem, lub po prostu chcecie dać się uwieść książce, "Tamte dni, tamte noce" nie powinny Was rozczarować.


A mowa o...
Tamte dni, tamte noce, Andre Aciman, wyd. Poradnia K, 12 stycznia 2018r., tyt. oryg. Call Me By Your Name, przekład: Tomasz Bieroń, 300 stron

I jeszcze jedną chwilę spędźmy w rozgrzanych letnim słońcem Włoszech:





niedziela, 28 stycznia 2018

PRZEGLĄDARKA, Anna Janko



Książka, od której zaczynam swoją literacką przygodę z jej autorką, Anną Janko. Po jej bodajże najgłośniejszą książkę, czyli "Małą zagładę" planowałam sięgnąć już od dawna, ale nigdy jakoś nie było nam po drodze. Dzisiaj, będąc już po lekturze "Przeglądarki", czyli zbioru felietonów publikowanych cyklicznie w miesięczniku Zwierciadło, wiem, że nie będę z tym już dłużej zwlekać.

Jeśli tytuł kojarzy Wam się z przeglądarką internetową, jesteście na dobrym tropie. Wraz z Anną Janko patrzymy bowiem na świat przez pryzmat Internetu. Tak się bowiem składa, że jest on źródłem wiedzy wszelakiej o życiu, nie tylko dzięki Wikipedii, ale przede wszystkim dzięki niezliczonej liczbie różnorakich forów internetowych i blogów. Dzięki nim, bez wychodzenia z domu, za pomocą kilku kliknięć myszką, bez konieczności wdawania się z kimkolwiek w rozmowę, możemy wiele dowiedzieć się o drugim człowieku, może czasami więcej niż byśmy chcieli. Wiadomo, że w Internecie łatwo poczuć się anonimowym, a to wyzwala w ludziach chęć dzielenia się swoimi problemami i frustracjami. Łatwiej też o znalezienie osoby, czy nawet całej grupy ludzi, którym nie będą one obce, a którzy opowiadając swoją historię są w stanie wesprzeć innych właśnie poprzez dzielenie się swoim doświadczeniem. I do tego właśnie służy "Przeglądarka", jest niczym podróż po meandrach ludzkiej natury, do której zaprasza nas autorka. Wszystko, czego nam potrzeba, to otwarty umysł.

Jakie więc tematy poruszane są w felietonach? Spektrum jest bardzo szerokie, począwszy od chorób ciała, które są pretekstem do rozważań nad śmiercią, złudnym wrażeniem własnej nieśmiertelności, tego, co po nas pozostaje, przez choroby duszy, depresję, zmęczenie trudnymi warunkami życia i pracy, nieustannie nowe trendy, aż po wszelkie relacje międzyludzkie. Żadne zagadnienie nie jest obce autorce, żadne nie jest tabu. Może nie na każdy problem znajdzie się rozwiązanie, ale z pewnością poznanie jego istoty pomoże w jego zrozumieniu, i to wydaje się być myśl przewodnia każdego z felietonów.

Nie jest to, moim zdaniem, książka do pochłonięcia w jeden wieczór, ale do powolnego, spokojnego czytania, po kilka felietonów na raz, tak, aby spokojnie zadumać się nad nimi, przeanalizować sobie ich treść. W moim przypadku "Przeglądarka" miała niemal terapeutyczne działanie, czytałam ją bowiem w okresie, gdy moje samopoczucie było dalekie od pozytywnego. Wierzę, że mój listopadowo-grudniowy spadek formy psychicznej został w dużej mierze zażegnany dzięki tym krótkim formom. Wspaniale było dowiedzieć się, że nie ja jedna nie radzę sobie z pewnymi aspektami życia, a dzięki swobodnemu i osobistemu charakterowi felietonów czułam się prawie jak na spotkaniu z dobrą znajomą. Jednocześnie, dzięki temu, że autorka porusza naprawdę wiele rozmaitych tematów, zdałam sobie sprawę, że moje problemy są jednak przejściowe i tak naprawdę niewielkie w porównaniu z tym, co spotyka innych.

Czy warto sięgnąć po "Przeglądarkę"? Warto mieć ją na półce, tak, aby w razie potrzeby przejrzeć ją sobie, przeczytać rozdział czy dwa, zaaplikować niczym lekarstwo - ja tak z pewnością zrobię jeszcze nie raz...

A mowa o...

Przeglądarka, Anna Jako, wyd. Zwierciadło, 25 października 2017r., 280 stron

Mój tydzień w pigułce (2)

Photo by Patrick Fore on Unsplash

Na pierwszy ogień idzie jedyny obejrzany przeze mnie film - ale za to wyśmienity. Jeżeli macie Netflixa i wolny wieczór, polecam Wam "Pusty i głupi gest", film biograficzny z przymrużeniem oka, opowiadający o życiu współzałożyciela kultowego w Stanach pisma National Lampoon, Douga Kenneya. National Lampoon, wydawany w latach 1970-1998, był satyrycznym magazynem, reprezentującym specyficzne poczucie humoru, skierowanym głównie do studentów i absolwentów, którzy wkraczali na rynek pracy. Wywarł ogromny wpływ na rozwój komedii amerykańskiej, a dzięki niemu zaistnieli tacy komicy jak Chevy Chase, John Belushi czy Bill Murray. Film w rewelacyjny sposób ukazuje jak Kenney wcielił swoje pomysły w życie i stworzył jedyne tego rodzaju czasopismo na rynku, które tak bardzo spodobało się odbiorcom, zapotrzebowanie na taki humor było tak ogromne, że kwestią czasu było rozszerzenie działalności na inne media, czyli radio, a wkrótce i film. Dowcipne dialogi, brak patosu, wykorzystanie stylistyki magazynu do opowiadania kluczowych scen (okienka komiksu), świetna obsada, dynamika akcji - wszystko to sprawia, że film się świetnie ogląda. Świetnie ukazany jest charakter lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, atmosfera w środowisku komików, których kariery nabrały rozpędu właśnie w tamtych latach. W dodatku tragiczną w sumie historię Kenneya można odczytać również na poziomie człowieka, który osiąga sukces i jednocześnie też osobistą porażkę kierowany tymi samymi pobudkami - chęcią zaimponowania obojętnym rodzicom. Świetny film, oglądajcie, nawet jeśli niespecjalnie interesuje Was postać Kenneya.

Oryginalna, kontrowersyjna okładka magazynu....
...i nawiązujący do niej plakat reklamujący film.














Czytelniczo był to dość udany tydzień - skończyłam książkę Jasona Hunta o tym jak osiągnąć sukces blogując (tak, ciągle mnie śmieszy ten pseudonim...), ukończyłam rewelacyjne "Zaginione miasto boga małp" Douglasa Prestona i praktycznie w ciągu jednego dnia wciągnęłam "Kredziarza" C.J. Tudor. I może udałoby mi się więcej przeczytać, ale przyszedł weekend, a ja paradoksalnie wtedy czytam mniej niż w ciągu tygodnia. Napoczęłam "Dziecko" Fiony Burton, rozpoczęłam czytanie ebooka "Sun And Her Flowers" Rupi Kaur (oj, popastwię się wkrótce) i "The Seven Husbands of Evelyn Hugo" Taylor Jenkins Reid (najnowsza książka, która ma znakomite recenzje, a tę autorkę wydaje u nas wydawnictwo Amber; brzydkie okładki zawsze sugerowały mi romansidła, ale to chyba jednak nie jest do końca prawda) - obie po angielsku, bo chcę się trochę rozruszać, dawno nie czytałam w tym języku.

Na blogu mogliście poczytać w tym tygodniu o "Czarownicy" Camilli Lackberg, a jeszcze dzisiaj wieczorem znajdziecie tekst o fajnych felietonach Anny Janko. Jutro zaś pojawi się post o moim styczniowym ulubieńcu, czyli o książce "Tamte dni, tamte noce" Andre Acimana (ten tytuł, to tłumaczenie...).

Nie udało mi się poszperać po zbyt wielu blogach - zdecydowanie moje córki nie dawały mi odetchnąć w tym tygodniu, ale mam kilka linków do świetnych blogów, które chcę Wam polecić:

- Rozkminy Hadyny i ciekawa recenzja "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego
- Owca z książką poleca ulubione książki o Kanadzie - uwielbiam takie zestawienia
- odkryłam blog Micha Kultury
- miałam wybrać kilka postów, ale nie potrafię, bo blog Pauliny jest po prostu rewelacyjny i od dawna moim ulubionym źródłem inspiracji książkowych - Miasto Książek.

A dodatkowo link do garści zimowych i wczesnowiosennych zapowiedzi książkowych na LubimyCzytać.

Jestem ciekawa jak Wam minął tydzień, co ciekawego czytaliście i/lub oglądaliście. Porozmawiajmy:)

poniedziałek, 22 stycznia 2018

CZAROWNICA, Camilla Läckberg


Och, jakże straszliwie rozczarowująca była to książka! Jest to jeden z moich ubiegłorocznych zawodów, naprawdę nie spodziewałam się, że aż taką porażką skończy się czytanie czegoś, co miało być rzeczą dość bezpieczną, czysto rozrywkową. Podczas gdy "Pogromca lwów" (link tutaj), czyli przedostatnia część sagi o Fjällbace, dostała ode mnie w miarę entuzjastyczną ocenę jako kryminał zgrabnie poruszający wątek pochodzenia tej cząstki zła w ludziach, która czyni z nich zagrażające otoczeniu potwory, tak żałuję, że w ogóle straciłam czas na najnowszą odsłonę przygód wesolutkiej ferajny z ośrodka wszelkiego zepsucia jakim jest ta mała niepozorna miejscowość w południowej Szwecji.

Osią fabuły teoretycznie powinno być zaginięcie czteroletniej dziewczynki z farmy jej rodziców, ale autorka w tej części tak bardzo skupiła się na wciskaniu gdzie popadnie każdego problemu z tych najbardziej bieżących w społeczeństwie szwedzkim, że ta główna zbrodnia potraktowana jest bardzo po macoszemu, a szkoda, bo przemoc wobec dzieci, jeśli już się pojawia, powinna służyć ukazaniu konkretnego problemu i być piętnowana. Zamiast tego myślą przewodnią są polowania na czarownice, te sprzed kilku wieków i te współczesne. Zanim przejdę do tego, co najbardziej mnie boli w książce, tylko wspomnę, że to było najbardziej leniwe i najbardziej naciągane powiązanie wydarzeń z przeszłości z teraźniejszymi. Lackberg mogła sobie spokojnie darować schemat struktury kryminału, który powiela w każdej części (tragedia sprzed lat odbijająca się cieniem na współczesności), ale niestety tego nie zrobiła, kalecząc jednocześnie wątek, który wydawał się być najmocniejszym i chyba nawet najciekawszym ogniwem całej książki,

Polowanie na czarownice w dwudziestym pierwszym wieku w Szwecji? To biedni uchodźcy ryzykujący życiem, aby dotrzeć do bezpiecznego azylu, tylko po to, by paść ofiarami prześladowań ze strony ciemnych autochtonów. To nastolatki nękane przez innych licealistów. To homoseksualiści ukrywający się ze swoją orientacją przed całym światem. Tak palące problemy, a tak okrutnie autorka się z nimi rozprawia. Taką niedźwiedzią przysługę oddaje ludziom, których one naprawdę dotykają. Sam wątek uchodźców jest po prostu paskudną karykaturą - każde jedno zdanie, które służy jego rozwinięciu, każda opinia wyrażona przez którąkolwiek postać, każdy dialog, to wszystko wygląda jak żywcem przeklejone z komentarzy internetowych puste frazesy, które mają chyba uświadamiać i uwrażliwiać społeczeństwo, ale tak naprawdę są politycznie poprawnym do bólu bełkotem. O tym jak bardzo Lackberg jest szwedzka w takim podejściu uświadomiła mi ostatnio inna przeczytana książka ("Moraliści" Katarzyny Tubylewicz), ale jednocześnie widzę teraz, że jak na Szwedkę jest to bardzo leniwa interpretacja zjawiska, któremu rzekomo pragnie pomóc. Integracja muzułmanów z mocno liberalnymi Szwedami jest bardzo problematyczna, wskazywanie palcem na osoby sceptycznie do niej nastawione nie rozwiąże problemu, będzie za to krzywdząca, bowiem niechęć ta nie wzięła się z niczego. Wina raczej leży po stronie złej organizacji włączania uchodźców w szwedzkie społeczeństwo, czy też właśnie owa nadmierna polityczna poprawność, która nie pozwala na egzekwowanie od przybyłych zasad etycznych obowiązujących w tym kraju, lecz raczej bezradnie zezwala na kultywowanie rodzimych tradycji, nawet jeśli mogą one okazać się tzw. przemocą honorową (ekstremalne i nierzadkie przypadki to skazanie na śmierć członka rodziny z rąk bliskich, gdy ten, ale najczęściej ona, sprzeciwi się ich woli).

Jakby to nie był wystarczająco poważny i angażujący temat, do wiedźmiego kotła autorka dorzuca jeszcze jeden, prosto z pierwszych stron gazet, czyli przemoc wśród nastolatków i robi to w tak niezdarny, komiczny wręcz sposób, że ma się ochotę pozbawić ją dostępu do kanałów informacyjnych albo bezzwłocznie zakazać pisania o takich sprawach. I znów, poważny problem zostaje pokazany w sposób bardzo stereotypowy, a sam wątek kończy się eskalacją w iście amerykańskim stylu - scena jest w zamierzeniu tragiczna, ale tylko w zamierzeniu, bo dla mnie to był jeden z najśmieszniejszych fragmentów, niestety. Bo i tak wszystko służy temu, by te same postaci pokazać w jak najlepszym świetle. Chociaż od pierwszego tomu żaden ze stałych bohaterów nie zmienił się ani na jotę, ci antypatyczni wciąż tacy są mimo upływu lat - przecież ludzie nie zmieniają się wcale, prawda? Generalnie, co by się nie działo, jakiekolwiek nieszczęście by nie dotknęło bohaterów cyklu, nawet gdyby zostali zaatakowani przez stado krwiożerczych zombie, oni i tak stawią im dzielnie czoła, rzucając między sobą wyświechtane, patetyczne frazesy. To jest możliwe, ale nie to, by zwrócić uwagę szefowi, że przekracza swoje kompetencje; lepiej za jego plecami wywracać oczami i traktować go protekcjonalnie. Ach, i wszystko co wiem o Szwedach dzięki Lackberg, to to, że są uzależnieni od bułek cynamonowych, bo w każdym rozdziale ktoś je zjada, i to, że nie ma nic złego w puszczaniu małemu dziecku bajki "W krainie lodu" po kilka razy dziennie. Brawo.

Można się było spodziewać, sięgając po dziesiątą z kolei część cyklu, że nie będzie to już książka najwyższych lotów. Ale jak bardzo zła jest, to dopiero było okropne zaskoczenie. Zainwestowanie czasu w przeczytanie prawie sześciuset stron tego bełkotu to niepowetowana strata czasu, zwłaszcza, że można było go poświęcić  na innego grubasa, który gwarantowałby większą satysfakcję. Nie wiem, czy sięgnę po kolejne dzieło autorki. Mając ciągle w pamięci sceny z książki i rozwiązania, na które Lackberg postawiła, jestem mocno zniechęcona i nie chce mi się już ryzykować, nikt mi nie zwróci czasu, a ciśnienie wolę sobie podnosić jednak kawą.

Jeśli przebrnęliście przez cały post i dotarliście aż tutaj, gratuluję. Nie chcę nikogo zniechęcać do książki, nawet jeśli mnie ona nie przypadła do gustu i nawet w tym przypadku jestem podać coś pozytywnego - wiem, że ktoś w mojej rodzinie, niezaznajomiony z fenomenem skandynawskich kryminałów, z Lackberg tym bardziej, dostał tę książkę na święta. Tej osobie tak się spodobało, że styczeń spędza kursując do księgarni po kolejne części cyklu i namiętnie się nimi zaczytuje. I co ja teraz mogę powiedzieć innego niż: czytajcie i nie oglądajcie się na innych? Ale w sumie to temat na następną pogadankę...

Pogromca lwów (część 9) - Opinia TU

Czarownica, Camilla Lackberg, wyd. Czarna Owca, 8 listopada 2017, tyt. oryg. Hexen, przekład Inga Sawicka, 592 strony

niedziela, 21 stycznia 2018

Mój tydzień w pigułce - 15.01. - 21.01.


W ramach postanowień - nie powiem, że noworocznych, bo skłamię, ale raczej - podjętych w tym tygodniu, publikuję pierwszy, mam nadzieję z wielu, post będący małym podsumowaniem tego, co ciekawego działo się u mnie nie tylko w sferze czytelniczej, ale generalnie na polu kulturalnym. Codzienne blogowanie nie ma u mnie póki co szans, przynajmniej dopóki dzieci nie wyfruną z domu, a do tego (Bogu niech będą dzięki) droga jeszcze daleka, więc cotygodniowy, coniedzielny cykl wydaje się całkiem sensownym rozwiązaniem.

Jak się więc spisałam w tym tygodniu? W sumie nie najgorzej, chociaż mogłoby być lepiej. Trochę więcej samodyscypliny i chwytanie za telefon tylko w określonych porach (jakie uzależnienie od Instagrama?), i mogłabym pewnie pochwalić się jedną przeczytaną książką więcej. Nie ścigam się ze sobą i nie chcę wywoływać na sobie presji, ale ten telefon przydałoby się odstawić, przynajmniej pół godziny z tego czasu straconego poświęcić na czytanie, to jest cel. Jedna (jedyna) ukończona książka to wspaniały "To jest napad!" Marka Wałkuskiego (jak bardzo wspaniała była, możecie przekonać się tutaj). Aktualnie czytam "Zaginione miasto Boga małp" Douglasa Prestona - świetna książka póki co, uwielbiam klimat w stylu Indiany Jonesa czy Tomka Wilmowskiego. Dodatkowo dzisiaj zaczęłam i chyba dzisiaj też ukończę "branżową" lekturę, a jest to "Blog. Pisz. Kreuj. Zarabiaj" Jasona Hunta (trochę mnie śmieszy ten pseudonim, przed oczami mam nie wiedzieć skąd Jasona Bourne'a, ale zakładam, że tak pewnie MIAŁO BYĆ, biorąc pod uwagę styl autora). Jakby nie patrzeć, to jednak pięć lat minęło od opublikowania tej książki i pewne informacje nie są już aktualne, aczkolwiek znalazłam parę dość interesujących i motywujących fragmentów, które mogłabym spróbować wcielić w życie. Ale generalnie nie mam ambicji jeździć Mercedesem i latać w tropiki co dwa tygodnie (z dziećmi to mogłoby być jednak uciążliwe), a to wszystko za pieniądze zarobione na blogu, więc raczej nie grozi mi zostanie gwiazdą Internetu.

Udało mi się obejrzeć do końca serial na Netflixie "Punisher" - ciągle mój ulubiony (anty)bohater. Serial daje radę, na pewno o wieeele krwawszy i dużo lepszy od The Defenders, a o niebo lepszy od Iron Fista (ugh...). Filmowo za to u mnie - pustynia. Nie wiem, gdzie byłam w tym tygodniu, ale na pewno nie grali tam filmów...



Mam nadzieję, że za tydzień uda mi się zasypać Was garścią linków do znakomitych filmików na BookTubie i do fantastycznych postów z moich ulubionych blogów. Dzisiaj jednak ograniczę się do dwóch filmików, tych, które w tym tygodniu najbardziej mi się spodobały :




Kocham oglądać stosy nowo kupionych książek, a już w wykonaniu tych dziewczyn to najbardziej, dwie mega pozytywne i inspirujące osoby.

To by było na tyle, widzimy się za tydzień?:)